Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Branża wysokiego napięcia

06:25 03.07.2006



Siedziba koncernu EnergiaPro na razie mieści się we Wrocławiu. Jednak już za kilka miesięcy jego centrala może znaleźć się w Katowicach - tam, gdzie pracuje zarząd Południowego Koncernu Energetycznego.

PKE to drugi co do wielkości producent energii elektrycznej w Polsce, należą do niego elektrownie i elektrociepłownie ze Śląska i Małopolski. Rząd Kazimierza Marcinkiewicza planuje fuzję PKE, EnergiiPro, krakowskiego Enionu (skupia zakłady energetyczne z Małopolski, Zagłębia Dąbrowskiego i Podbeskidzia) oraz elektrowni Stalowa Wola. Ów nowy gigant - jeśli powstanie - będzie zatrudniał ponad 20 tys. osób i dostarczał prąd niemal jednej trzeciej Polaków.

Dziś z usług samej tylko EnergiiPro korzysta ponad 1,8 mln odbiorców na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie. Firma zatrudnia prawie 6 tys. osób.

Turów razem z Dolną Odrą

Największym graczem na polskim rynku energii ma być jednak Polska Grupa Energetyczna. Rządowe plany przewidują, że jej częścią staną się m.in. Elektrownia i Kopalnia Węgla Brunatnego Turów. Oba zakłady już teraz wchodzą w skład holdingu BOT Górnictwo i Energetyka (wraz z elektrowniami w Bełchatowie i Opolu oraz Kopalnią Węgla Brunatnego Bełchatów). Przygotowany przez urzędników resortów gospodarki i skarbu program zakłada, że BOT zostanie połączony z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi. Te ostatnie odpowiadają za przesyłanie prądu po całym kraju liniami wysokiego napięcia. Nowa wielka firma ma również wchłonąć Zespół Elektrowni Dolna Odra, a także zakłady energetyczne z województwa łódzkiego oraz Mazowsza, Podlasia, Lubelszczyzny i Podkarpacia.

Elektrownie nowego giganta będą produkowały ponad połowę energii elektrycznej w Polsce, ale w zasięgu jego spółek dystrybucyjnych (skupiają one zakłady energetyczne) znajdzie się tylko jedna trzecia odbiorców w kraju. Nowa firma nie sięgnie po najcenniejszą część majątku PSE - linie wysokiego napięcia, którymi płynie prąd na duże odległości. Kontrolę nad nimi utrzyma spółka PSE Operator, w której państwo ma zachować 100 proc. udziałów. Zamiast tego PGE przejmie m.in. telekomunikacyjne spółki PSE oraz pakiet akcji Polkomtela, właściciela Plus GSM.

Kto kogo połknie?

Proces ten - czyli łączenie producentów prądu (elektrownie) z jego dystrybutorami (zakłady energetyczne) to tzw. konsolidacja pionowa. Jej zwolennicy i przeciwnicy ścierają się w polskiej energetyce od lat. Ci pierwsi przekonują, że tylko w ten sposób uda się znaleźć pieniądze na modernizację elektrowni i linii przesyłowych. Ci drudzy odpowiadają, że te środki można pozyskać w inny sposób, a konsolidacja pionowa doprowadzi przede wszystkim do wzrostu cen prądu. Premier Marcinkiewicz dał wiarę zwolennikom konsolidacji pionowej, jednak i oni nie są do końca zadowoleni z rządowych planów.

- Program dla elektroenergetyki jest hasłowy - podkreśla Eugeniusz Jaroszewski, przewodniczący krajowej sekcji elektrowni i elektrociepłowni w „Solidarności”. Jak mówi, w rządowych planach brakuje najważniejszej informacji - jak ta konsolidacja ma właściwie przebiegać. Nie wiadomo, czy największa spółka w danej grupie przejmie mniejsze, czy też może wszystkie wniosą swoje udziały do nowego podmiotu. W przypadku połączenia PSE i BOT kontrowersje budzi jeszcze jedna kwestia - która z tych spółek ma być liderem konsolidacji. Takie ambicje mają szefowie PSE, którzy boją się utraty wiarygodności finansowej przez firmę po wydzieleniu z niej linii przesyłowych. Tyle że taka operacja oznacza konieczność zapłacenia 2,5 mld zł podatków. Pomysł krytykuje więc zarząd BOT. Jego prezes Paweł Skowroński wysłał nawet w tej sprawie ostry list do swojego odpowiednika w PSE - Stanisława Dobrzańskiego.

Wszystkie te problemy sprawiły, że realizacja programu konsolidacji właściwie stanęła w miejscu. Termin jej zakończenia - 30 listopada 2006 r. - ciągle jest jednak realny. Później akcje energetycznych gigantów mają trafić na warszawską giełdę. W przypadku PGE będzie to pakiet mniejszościowy - co najwyżej 35 proc.

Liberalizacja na papierze

Nowe wielkie spółki - jak przewidują autorzy rządowego programu - będą w stanie przeprowadzić niezbędne inwestycje w polskiej energetyce. A na to potrzeba miliardów złotych. Modernizacji wymagają zarówno sieci przesyłowe, jak i elektrownie. Do tego dochodzi jeszcze kwestia kontraktów długoterminowych (tzw. kadetów). To wieloletnie umowy, które w latach 90. elektrownie zawierały z PSE. Gwarantowały one elektrowniom wyższą cenę prądu, niż rynkowa. Dzięki nim siłownie zaciągały kredyty, z których sfinansowały przede wszystkim inwestycje ekologiczne. Za te pieniądze udało się również przeprowadzić modernizację sześciu z dziewięciu bloków Turowa.

Komisja Europejska uznała jednak kontrakty za niedozwoloną pomoc publiczną i nakazała ich rozwiązanie. Jeśli to nie nastąpi, elektrownie będą musiały zwrócić miliardy złotych, a rząd zapłaci olbrzymią karę. Dziś w ramach kontraktów sprzedawane jest ponad 40 proc. zużywanej przez Polaków energii. Ich koszt doliczany jest do naszych rachunków za prąd. „Kadetów” nie można rozwiązać jednym pociągnięciem pióra, bo banki zagrożą elektrowniom wypowiedzeniem umów kredytowych. Zapewne tej operacji towarzyszyć będą więc rekompensaty dla elektrowni.

Nie ma się co oszukiwać - te wszystkie wydatki sprawią, że ceny prądu w Polsce w najbliższych latach wzrosną. Przyznają to również przeciwnicy konsolidacji. Ale jak duży będzie ten wzrost? W rządowym programie jest mowa o 30 proc. w ciągu 5 lat, ale niektórzy eksperci mówią o skoku nawet o 100 proc. Co ciekawe - wg ministerialnego dokumentu - konsolidacja pionowa ma pomóc je ograniczyć. Podobnie jak pełna liberalizacja rynku energii w Polsce. Ma ona nastąpić 1 lipca przyszłego roku. Od tego czasu każdy odbiorca będzie mógł wybrać firmę, która sprzeda mu prąd. Ciągle jednak będzie też płacił lokalnemu zakładowi energetycznemu - za przesył energii.

Już teraz z wolnego wyboru dostawcy prądu mogą korzystać wszyscy polscy odbiorcy instytucjonalni - również małe i średnie przedsiębiorstwa. Takie prawo ma 1,7 mln podmiotów - ale dostawcę prądu zmieniło zaledwie 70.

- W przypadku gospodarstw domowych zapewne będzie podobnie. W Polsce nie następuje prawdziwa liberalizacja rynku energii - uważa prof. Krzysztof Żmijewski, przewodniczący Społecznej Rady Konsultacyjnej Energetyki i były szef PSE. Podkreśla, że prawdziwe otwarcie rynku blokują zakłady energetyczne, które śrubują wymagania techniczne, jakie musi spełnić odbiorca, by zmienić dostawcę prądu.

PO chce prywatyzacji elektrowni

Prof. Żmijewski to przeciwnik konsolidacji pionowej. Ale nie neguje konieczności budowy nowych elektrowni w Polsce.

- Nie ma jednak gwarancji, że większe zyski wypracowane przez spółki energetyczne dzięki konsolidacji zostaną wydane na inwestycje. Przykład KGHM czy Kompanii Węglowej nie napawa optymizmem - tłumaczy naukowiec. I zamiast konsolidacji proponuje tzw. błękitne certyfikaty. Prawo do ich emisji otrzymywałyby od państwa firmy, które zdecydowałby się na budowę nowych siłowni. Do zakupu określonej ilości certyfikatów byłyby z kolei zobowiązane wszystkie spółki, które sprzedają prąd. Przerzuciłyby więc ten koszt na odbiorców. Jednak - jak przekonuje Krzysztof Żmijewski - to rozwiązanie daje gwarancję, że pieniądze doliczane do naszych rachunków rzeczywiście pójdą na inwestycje.

Poseł Andrzej Czerwiński, specjalista od energetyki w PO uważa z kolei, że środków na modernizację elektrowni należy poszukać za granicą. Trzeba tylko sprywatyzować branżę, a następnie pozwolić, by to rynek decydował o konsolidacji.

- Wejście inwestorów zagranicznych ułatwi też rozwiązanie kontraktów długoterminowych, a także pozyskiwanie kredytów na nowe bloki - argumentuje Czerwiński. - Najważniejszy przecież jest interes konsumenta, a więc ograniczanie wzrostu cen.

Do spółki z sąsiadami

Tymczasem rząd zakłada, że nowe grupy energetyczne będą zdolne do konkurencji z europejskimi gigantami tej branży, również skonsolidowanymi pionowo i w większości kontrolowanymi przez państwo, jak szwedzki Vattenfall, czy francuski EdF. Kłopot jednak w tym, że nawet po konsolidacji polskie firmy będą od nich dużo mniejsze. Silniejsza od naszych grup będzie też czeska narodowa grupa CEZ, która już teraz prowadzi ekspansję w Europie Środkowej. Jest obecna na Słowacji, Węgrzech i Bałkanach, a nawet w Polsce. Czesi szykują się do wprowadzenia swojej spółki na warszawską giełdę.

- Pamiętajmy jednak, że zyski CEZ przeznaczane są właśnie na ekspansję zagraniczną, a nie na inwestycje w Czechach. Zastanówmy się czy podobny scenariusz odpowiada również nam - zaznacza prof. Żmijewski.

Jego zdaniem, prawdziwą nadzieją na obniżenie rachunków za prąd jest tworzenie regionalnych rynków energetycznych, skupiających po kilka sąsiadujących ze sobą państw. Tak jest w Skandynawii, gdzie konkurują ze sobą przede wszystkim narodowe koncerny z poszczególnych krajów. Wszystko z korzyścią dla klienta. By było to możliwe również w Europie Środkowej, potrzebne są jednak inwestycje w linie energetyczne łączące poszczególne kraje. Ich budowę wesprzeć powinna Unia Europejska, ale część kosztów na pewno poniosą odbiorcy.

Wygląda na to, że czas zacząć oszczędzać energię.

Dawid Kocik
Źródło: Panorama Dolnośląska
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy