BOT: Musimy zrzucić się na elektrownie
06:43
03.07.2006
Z Jerzym Łaskawcem, wiceprezesem ds. energetyki i paliw holdingu BOT, rozmawia Dawid Kocik
Rząd przygotował plan konsolidacji pionowej w energetyce. Czy zwykli ludzie, którzy kupują prąd na potrzeby domowe, powinni się z tego cieszyć?
- Podobnie można zapytać o autostrady. Czy powinniśmy cieszyć się z tego, że powstaną, jeśli będziemy musieli płacić my za korzystanie z nich? Takie pytania pojawiają się zawsze, gdy okazuje się, że trzeba płacić za usługi publiczne. Tymczasem modernizacja polskiej energetyki musi zostać dokonana, bo - oprócz elektrowni Turów - na dużą skalę nie była robiona od kilkunastu lat. Kubańczycy mają podobny problem z samochodami. Buicki z początku lat 60. naprawiają już od ponad 40 lat, choć to się nie opłaca. I nasze elektrownie są właśnie takie, jak te Buicki. Te najstarsze też trzeba będzie po kolei wyłączać.
Kiedy staną pierwsze z nich?
- W 2008 r. wchodzą w życie nowe przepisy Unii Europejskiej, do których musi się zastosować także Polska, dotyczące emisji tlenków siarki. Polskie zakłady będą mogły wyemitować do atmosfery 460 tys. ton tlenków siarki rocznie. Teraz emitują ok. 600 tys. Wyjścia są dwa - albo wyłączyć te elektrownie, ale wtedy nie starczy nam prądu na bieżące potrzeby, albo je zmodernizować. A na to potrzeba pieniędzy.
Modernizacji energetyki mają przecież służyć kontrakty długoterminowe. Ich koszt od ponad 10 lat ponoszą wszyscy odbiorcy, bo cena energii elektrycznej sprzedawanej w ramach tych kontraktów jest wyższa od rynkowej.
- Ale odbiorcy ponoszą w tej chwili koszt inwestycji i modernizacji, które już zostały dokonane w latach 90. Dzięki nim polskie elektrownie jeszcze spokojnie pracują. Potrzeba im jednak kolejnej modernizacji, którą można sfinansować tylko z kredytów bankowych. Te jednak trzeba spłacać. I polska energetyka właśnie oddaje bankom pieniądze, które pożyczyła na początku lat 90.
Pojawiają się jednak głosy, że gdyby istniały dobre połączenia elektroenergetyczne z Ukrainą, moglibyśmy kupować stamtąd tańszy prąd. Może to jest jakieś rozwiązanie?
- Nie można tak mówić. To nie ma sensu. Przecież Ukraińcy nie mają u siebie instalacji odsiarczania, ich elektrownie są stare i już się zdekapitalizowały. Owszem, oni nie są częścią Unii Europejskiej, więc rygorystyczne przepisy dotyczące emisji tlenków siarki nie będą ich obowiązywały, ale to nie powód, by z tego korzystać i pozwalać tym samym, by lody na biegunach szybciej topniały. To jest po prostu niemoralne i niepatriotyczne. Człowiek nie może przecież kierować się wyłącznie prymitywnym kryterium ceny.
Ta ma być - przynajmniej w przypadku prądu - coraz wyższa. Rządowy program dla elektroenergetyki zakłada jej wzrost nawet o 30 proc. w ciągu 5 lat. Nie da się tego ograniczyć?
- Przeciwnie, spodziewam się, że ten wzrost będzie większy niż te 30 proc. Do poziomu takiego jak w Niemczech, czyli niemal dwukrotnie wyższego niż w Polsce. Konsolidacja pionowa i rozsądne rozwiązanie kontraktów długoterminowych pozwolą jedynie opóźnić tę podwyżkę. Problem jest bowiem w tym, że energetyki nie stać na konieczną modernizację. Jak już mówiłem, musi ona zostać sfinansowana za pomocą kredytów. Banki zgodzą się ich udzielić, jeśli będą wiedziały, że w kolejnych latach wzrosną przychody elektrowni. Wyrównanie cen między Polską a Europą Zachodnią jest więc nieuniknione. Ale to nie znaczy, że za wszystko zapłaci odbiorca. On już teraz pokrywa koszty kontraktów długoterminowych za pośrednictwem tzw. stałego składnika opłaty przesyłowej, który jest doliczany do każdego rachunku za prąd w Polsce. W ubiegłym roku w skali całego kraju te koszty wniosły 3,1 mld zł. One znikną wraz z rozwiązaniem kontraktów. To jednak wcale nie musi oznaczać spadku ceny, bo elektrownie - na przykład Turów - nie mogą od razu jej obniżyć ze 180 zł za megawatogodzinę, jak jest w kontrakcie, do 120 zł. Jeśli tak zrobią, stracą możliwość regulowania swoich zobowiązań i zostaną przejęte przez banki. Chodzi więc o to, żeby społeczeństwo zgodziło się na podwyżkę cen po jakich elektrownie sprzedają prąd dystrybutorom właśnie o ten składnik stały opłaty przesyłowej. Ta operacja nie przełoży się na wzrost ceny za prąd w naszych domach, a elektrownie dalej będą w stanie spłacać kredyty zaciągnięte pod zastaw kontraktów długoterminowych. Trzeba to tylko mądrze zrobić.
To jednak tylko spowolni wzrost cen?
- Tak, ale mam nadzieję, że w tym samym czasie nasze płace również zaczną iść w górę. Oczywiście, nie będzie to możliwe bez wzrostu produkcji polskiej gospodarki, a to oznacza większe zużycie energii elektrycznej. Tymczasem my stopniowo będziemy wyłączać stare bloki w elektrowniach. Muszą więc powstawać nowe, nie tylko by pokryć ten ubytek, ale i rosnące zapotrzebowanie na prąd. Szacuje się, że do 2020 r. w Polsce trzeba wybudować nowe bloki o mocy 20000 megawatów. Tak, by moc wszystkich wynosiła 40000 MW (dziś krajowe elektrownie dysponują mocą ok. 30000 MW - red.). Ale na to potrzeba 20 mld euro. Nie ma takiej firmy, która sama potrafiłaby sfinansować taką inwestycję. Natomiast banki tylko wtedy pożyczą pieniądze, jeśli będą wiedziały, że cena prądu w Polsce osiągnie poziom europejski. Jeśli nie, to pracę zamiast naszych energetyków, będą mieli ich koledzy w niemieckich elektrowniach. Bez modernizacji i budowy nowych bloków prąd trzeba będzie importować.
Może jednak zamiast podnosić ceny i przeprowadzać konsolidację pionową, by sfinansować budowę nowych elektrowni, warto byłoby sięgnąć po tzw. błękitne certyfikaty? To propozycja prof. Krzysztofa Żmijewskiego, przewodniczącego Społecznej Rady Konsultacyjnej Energetyki.
- Błękitne certyfikaty to rzeczywiście idea piękna, ale prawdopodobnie pozostanie tylko ideą. Bo na czym to ma w praktyce polegać? Otóż państwo będzie dawało prawo - błękitny certyfikat - tym, którzy zdecydują się inwestować w nowe bloki energetyczne. Certyfikaty będą musieli wykupić ci, którzy sprzedają prąd, przerzucą więc ten koszt na odbiorcę. I nie będzie pan wiedział nawet do kogo trafiają te pieniądze doliczone do pana rachunku za prąd. To będzie właściwie kolejny podatek pośredni - jak VAT i akcyza dzisiaj.
Czy konieczność budowy nowych elektrowni, o której wspominał Pan wcześniej, oznacza, że w Polsce musi powstać również elektrownia atomowa?
- Musimy się zastanowić, jak wybudować te 20000 MW, o których mówiłem. Elektrownia jądrowa jest nieco droższa w budowie niż konwencjonalna, ale za to tańsza w eksploatacji. Tak więc załóżmy, że wychodzi na to samo. Nowe elektrownie na węgiel - zarówno brunatny, jak i kamienny - będą oznaczały konieczność dodatkowych inwestycji w nowe kopalnie. Jeśli się na to nie decydujemy, to rozbudowę energetyki trzeba oprzeć albo o gaz, albo o energię atomową. Krajowe złoża gazu są niewystarczające, zostaje więc energetyka jądrowa. Jednak do tego trzeba jeszcze przekonać opinię publiczną. To nie będzie proste - w Poznaniu powiedzą: - bardzo chętnie, ale nie pod Piłą. Gdańszczanie na to: - broń Boże koło Żarnowca. A to dwie potencjalne lokalizacje. I będzie tak jak ze spalarniami śmieci. Tymczasem Francuzi, gdy budują elektrownie atomową, oferują okolicznym mieszkańcom o połowę tańszą energię, monitoring ekologiczny jest przejrzysty, a samorządy wręcz biją się o taką inwestycję.
W Polsce to chyba mało realne. Energetyka jądrowa wywołuje strach - ciągle pamiętamy o Czarnobylu.
- Trzeba zadać sobie pytanie, czy jest to strach rzeczywisty czy wmówiony. Zieloni twierdzą, że z powodu awarii w Czarnobylu umrze jeszcze 20 tys. ludzi. Tymczasem naukowcy mówią o 37 osobach, które zmarły w wyniku tej katastrofy i ok. 200 zarażonych chorobą popromienną. To oczywiście jest problem, ale pamiętajmy, że co roku w Polsce w wypadkach drogowych gnie ponad 5 tys. osób. Może więc przykład Finów pomoże? Albo Czechów? Oni budowę elektrowni atomowej w Temelinie przygotowywali 7 lat. Austriacy ich strasznie atakowali, ale Czesi postawili na swoim i Temelin powstał. Teraz chcą budować Temelin II. Pozostaje wierzyć, że jest to możliwe i w Polsce. Trzeba tylko rozsądnie zważyć wszystkie argumenty, nie dać ponieść się emocjom.
Ale z programu konsolidacji pionowej jest Pan chyba zadowolony? Zabiega Pan o takie rozwiązanie od lat.
- Kłopot w tym, że program dla elektroenergetyki został już nawet uchwalony przez Radę Ministrów, ale nie jest realizowany. Coś się zatrzymało na szczeblu centralnym, wygląda na to, że powodem jest spór o ostateczną koncepcję konsolidacji. A to jest mało ważne kto kogo wchłonie. Przecież w małżeństwie wszystko jedno, czy żona ma nazwisko męża, czy mąż nazwisko żony. Trzeba również pamiętać, że nie da się wszystkich celów zrealizować jednocześnie. Rząd powinien więc określić priorytety - co najpierw, czy wydzielenie operatora krajowego systemu przesyłowego z Polskich Sieci Elektroenergetycznych, czy też utworzenie silnej grupy energetycznej wokół PSE i BOT. Ten drugi cel jest ważniejszy. Tymczasem zarząd PSE wszystko podporządkowuje wydzieleniu operatora i jeszcze chce to zrobić w taki sposób, że firma musi zapłacić 2,5 mld zł podatków. To jest bardzo nierozsądne, zwłaszcza, że można tę operację przeprowadzić w inny sposób, bez tak potężnych kosztów. Wystarczy pozostawić PSE jako operatora, a pozostałe aktywa włączyć do Polskiej Grupy Energetycznej (PGE). To prostsze, ale widać, że ktoś ma ambicję, by to PSE przyłączały do siebie BOT, a nie odwrotnie.
Po konsolidacji PGE ma być jednym wielkim koncernem, czy holdingiem kilku dużych spółek?
- Uważam, że PGE powinna być strukturą podobną do szwedzkiego Vattenfalla, czy niemieckiego RWE. A to są holdingi koncernów, nie koncerny. RWE dzieli się na RWE Power, czyli elektrownie konwencjonalne, RWE Trading czyli obrót, RWE Energy czyli sieć itd. Inaczej po prostu nie da się tak wielkim organizmem zarządzać. Powstanie PGE do końca roku jest technicznie możliwe, tylko rząd musi ostatecznie zdecydować, jakie rozwiązanie wybiera.
Pan dość długo pozostawał w zawieszeniu jako p.o. prezesa BOT, ostatecznie udało się Panu przetrwać na stanowisku wiceprezesa ds. energetyki i paliw. Trudno było to osiągnąć?
- Nie starałem się na siłę przetrwać w zarządzie BOT, mimo plotek o tym, że nie mam szans, bo jestem ze starej ekipy. Uważam, że nie jest to wynik cudu, tylko po prostu ktoś się zorientował, że jednak coś potrafię. I to - przyznam szczerze - natchnęło mnie optymizmem, że to wszystko nie skończy jak zawsze, to znaczy rozmyje się w dyskusjach, podczas których nikt nie słucha fachowców, za jakiego jednak się uważam.
Źródło:
