Co z tymi górnikami
06:16
11.09.2006
Restrukturyzacja górnictwa tylko w ostatnich trzech latach pochłonęła 6 miliardów złotych. Środki na realizację programu, przeznaczone na restrukturyzację zatrudnienia i redukcję zdolności produkcyjnych, pochodziły przede wszystkim z budżetu państwa. Ale to nie wszystkie środki, jakie przez ostatnie lata budżet wpompował w górnictwo węgla kamiennego. W latach 1998-2002 na restrukturyzację branży górniczej przeznaczono drugie tyle.
Dodatkowo na restrukturyzację zatrudnienia kolejne 4 miliardy złotych. Jednocześnie w oparciu o ustawę o restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego w latach 2003-2006 umorzona została większość zobowiązań publicznoprawnych spółek węglowych. Budżet podarował kopalniom - bagatela - 18 miliardów złotych. Prosty rachunek pokazuje, że w ciągu ostatnich lat kopalnie kosztowały podatników około 34 miliardów złotych. Za mało? Oczywiście.
MUNDIAL NA ULICACH
Niedawno górnicy dostali dalsze 130 milionów złotych do podziału z zysku spółek węglowych w 2005 roku. Potrzeba jeszcze 100 milionów na sfinansowanie deputatów węglowych. Do tej pory tzw. węgiel deputatowy górnicy dostawali w naturze; wkrótce mają odbierać za niego pieniądze. Za każdą tonę chcą jednak dostawać cenę rynkową. Ile naprawdę dostaną górnicy, jeszcze nie wiadomo. Zarządy spółek mają to dokładnie policzyć. Policzą także, ile każda z firm wyda na wypłaty, bo suma ustalona w Warszawie to pieniądze przeznaczone dla pracowników, od których spółki muszą odprowadzić podatki i składki. Te pieniądze to cena za spokój w Warszawie. Kilka godzin przed wyjazdem na potężną manifestację do stolicy, planowaną na środę, gdy odbywał się mundialowy mecz piłkarski Polska-Niemcy, autobusy zostały odwołane.
- Gdyby nie prezydent, byłaby zadyma w Warszawie - twierdzi Dominik Kolorz, przewodniczący górniczej Solidarności. Zanim doszło do oficjalnych rozmów, odbywały się nieoficjalne konsultacje Kolorza z prezydentem i przedstawicielami rządu. - Chcieliśmy wywalczyć pieniądze, a nie za wszelką cenę organizować rozróbę - mówi Kolorz.
POD PISTOLETEM
O tym, że jakieś wypłaty będą, było pewne od samego początku sporu. Ministerstwo Gospodarki zręcznie jednak odkładało w czasie ostatnie ustalenia. Po namyśle zaproponowano 100 milionów do podziału. W zamian związkowcy mieli zagwarantować, że z pracy odejdzie około 1300 osób z uprawnieniami emerytalnymi (w tym 270 działaczy) i że szybko powstanie jeden układ zbiorowy pracy. Związkowcom nie odpowiadały warunki i suma. Ostatecznie zgodzili się na ogólnikowe zapewnienia, a rząd dał więcej pieniędzy.
- Górnicy zawsze używali pistoletu strajkowego, gdy walczyli o pieniądze. Ponieważ prawie zawsze wygrywali, pewni są jego skuteczności - uważa Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha.
A ten rząd, podobnie jak poprzedni, tylko ich w tym utwierdził. Debata nad górniczymi emeryturami pokazała, że w przypadku tej grupy zawodowej spokój władzy jest ważniejszy od podstawowych zasad ekonomii. Spełnienie przez rząd warunków postawionych przez górników to podcięcie gałęzi, na której się siedzi. Górnicy wyciągnęli pistolet strajkowy w momencie dla branży niebezpiecznym, bo sytuacja ekonomiczna spółek węglowych, wskutek spadających cen węgla, stale się pogarsza. - W pierwszych trzech miesiącach wypracowaliśmy 39 milionów złotych zysku, ale kwiecień i maj przedstawiają się nieciekawie - mówi Ryszard Fedorowski z Katowickiego Holdingu Węglowego (KHW).
Na dodatek maleje wielkość sprzedaży, bowiem lato to martwy sezon. Największa w branży Kompania Węglowa (KW) sprzedała w kwietniu 3,6 miliona ton węgla - o 1,4 miliona ton mniej niż w marcu. A gdy w okresie styczeń-kwiecień ubiegłego roku zarabiała na każdej tonie ponad 15 złotych, teraz tylko nieco ponad 5 złotych.
Także ubiegłoroczne zyski, których część otrzymają górnicy, okazały się słabsze od oczekiwanych. Zarobione przez Jastrzębską Spółkę Węglową (JSW) 750 milionów złotych było zaledwie połową zysku wypracowanego rok wcześniej (1,5 miliarda złotych). Nie lepiej jest w przypadku KW: 283 milionów złotych wobec 450 milionów z 2004 roku.
W tej sytuacji wypłata premii górniczej będzie dla Ministerstwa Gospodarki kłopotliwa. Dlaczego? Zmniejszy dywidendę, na którą liczył Skarb Państwa, i osłabi kondycję ekonomiczną spółek. KHW w ogóle nie zamierzał wypłacić w tym roku dywidendy. Planował przeznaczyć zysk na pokrycie bieżących strat i likwidację starych długów. Dzięki temu mógłby utrzymać podobny do ubiegłorocznego poziom inwestycji (321 milionów złotych) zapewniających utrzymanie rentowności. Wypłata 20-milionowych zysków może te plany pokrzyżować.
Podobnie jest w JSW, gdzie chciano zyski zainwestować. Jeszcze większy problem ma Kompania, która czeka na dokapitalizowanie w wysokości blisko 400 milionów złotych i sama boryka się ze spłatą długów po przejętych przed trzema laty spółkach węglowych.
DWA PROBLEMY
Zdaniem Pawła Poncyliusza, wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo, problemów jest wiele. Ale dwa są najważniejsze. Pierwszy to przerosty zatrudnienia, drugi - zbyt duża liczba kopalń - tak przynajmniej uważa rząd. - Przerosty zatrudnienia dotyczą przede wszystkim powierzchni. Do tej pory nacisk kładziono na redukcję zatrudnienia na dole. Na powierzchni tego nie dopilnowano i stało się tak, że mamy dzisiaj 1300 osób, które już nabrały uprawnień emerytalnych, a ciągle w kopalniach pracują - mówi Poncyliusz.
Nie da się jednak skupić na jednym modelu redukcji zatrudnienia. - Trzeba ludziom zaproponować pakiet możliwości. Nie da się też załatwić tego jedną decyzją w jeden dzień. Rozkładając działania w czasie, da się osiągnąć korzystne dla ludzi i firm efekty - uważa Poncyliusz.
Przerosty ciągle dotyczą też wydobycia. - Trzeba będzie redukować wydobycie i ja wcale nikomu nie obiecuję, że obędzie się to bez likwidacji konkretnych kopalń. Na razie zapoznałem się z planami techniczno-ekonomicznymi firm górniczych. Takich kopalń, gdzie wydobywa się więcej kamienia niż węgla, na pewno nie będziemy potrzebowali - uważa Poncyliusz.
CO Z TYMI GÓRNIKAMI?
Zdaniem górników to bardzo naiwne twierdzenia. Wskazują oni, że według Międzynarodowej Agencji Energii do roku 2020 światowa produkcja węgla będzie dynamicznie rosła - a zapotrzebowanie na węgiel w ciągu najbliższych lat ma rosnąć przeciętnie o 1,7 proc. rocznie. Kraje UE zwiększą w ciągu tych najbliższych lat import węgla o około 100 milionów ton, czyli tyle, ile Polska produkuje obecnie.
A co z Polską? Jakiś czas temu działacze Związku Zawodowego Górników w Polsce wskazywali, że wbrew obiegowym opiniom na temat nadmiaru węgla faktycznie mamy do czynienia z jego brakami na rynku wewnętrznym. Bogusław Ziętek, jeden z aktywnych związkowców, zauważa jednak, że obecnie, aby kupić węgiel, trzeba przed bramą kopalni ustawić się w długiej kolejce. - Trzeba w niej stać kilka dni. Chętni gotowi są płacić gotówką. Mimo to kopalnie nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania. Obrazki ogromnych kolejek samochodów oczekujących na węgiel nie są jednak żadnym argumentem. Okazuje się, że w wielu składach węglowych w północnej Polsce nie ma węgla. Dlaczego więc ciągle słyszymy o jego nadprodukcji, skoro są ogromne problemy z kupnem - zastanawia się Ziętek.
Co prawda faktem jest, że zużycie węgla przez odbiorców indywidualnych spadło o kilkanaście milionów ton. Nie oznacza to jednak, że przestał im być potrzebny, lecz tylko tyle, że jest droższy. To, że coraz większej liczby ludzi nie stać na zakup węgla, wynika z narzucanych przez rynek relacji cenowych wewnątrzkrajowej dystrybucji tego surowca.
- Relacje te są wynikiem krzyżujących się interesów różnych grup pośredników pasożytujących na górnictwie, a także olbrzymich cen transportu kolejowego węgla, które same z kolei są wynikiem destrukcyjnych działań państwa wobec PKP - zmuszających to przedsiębiorstwo do zarabiania kosztem górnictwa - uważa Ziętek.
Ta sama tona węgla, która przy bramie kopalni kosztuje od 100 do 150 złotych, w składach węgla kosztuje od 400 do 600 złotych. Różnica cen jest więc uderzająca, co pokazuje, jak niewielka część ceny płaconej za tonę węgla zasila górnictwo. Dla indywidualnych odbiorców cena 400-600 złotych za tonę jest bardzo często ceną zaporową. Tymczasem wszystko zmierza w tym kierunku, by ceny węgla jeszcze bardziej rosły.
Kolejny rząd twierdzi jednak, że polskie kopalnie wydobywają o blisko dziesięć milionów ton węgla za dużo. Ma to być argument na rzecz dalszego ograniczania mocy produkcyjnych górnictwa. Czy aby na pewno likwidacja poszczególnych kopalń może postawić przemysł węglowy w Polsce na nogi? - Równoczesne zmniejszanie zatrudnienia i likwidacja zdolności produkcyjnych powodowały, że nie tylko nie osiągano żadnych efektów ekonomicznych, ale wprost przeciwnie - rosły koszty, a branża popadała w coraz większe zadłużenie. Ograniczając zatrudnienie, kopalnie zmniejszały koszty, ale równoczesne zmniejszanie wydobycia powodowało, że te zmniejszone koszty rozkładały się na mniejszą produkcję. Skutek był oczywisty - uważa Ziętek.
Nie zgadza się też z obiegową opinią, że górnictwo to czarna dziura, do której wszyscy przez lata tylko dopłacają. Tylko przez siedem miesięcy tego roku górnictwo odprowadziło do budżetu państwa i budżetów samorządowych, w różnej formie, ponad 2,75 miliarda złotych.
Igor Stokłosa
Źródło:
