Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Bruksela mówi: "sprawdzam"

05:47 23.09.2006

Polskie stocznie "wiszą" na Brukseli. Jeśli unijna komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes zaakceptuje strategię dla sektora stoczniowego i plany naprawcze trzech największych stoczni: Gdyńskiej, Szczecińskiej i Gdańskiej łatwiej wyjdą one z dołka. Jeśli nie, może dojść do upadku, a co najmniej do dalszego osłabienia całej stoczniowej branży. Chodzi bowiem o pomoc publiczną - tę już udzieloną i planowaną na najbliższe lata.

Komisja Europejska ma prawo oceniać, czy mieściła się ona i mieści w unijnych regułach. Skoro uzna, że pomoc była niezgodna z nimi, stocznie musiałyby oddać budżetowi pieniądze i nie otrzymałyby dalszego wsparcia. A stocznie nie mają z czego oddać i nie miałyby z czego żyć.

Jak to ujął w wypowiedzi dla polskiego radia (1 bm.) rzecznik pani komisarz Jonathan Todd komisja musi dostać zapewnienie, że stocznie zostaną tak zrestrukturyzowane, iż będą rentowne w przyszłości - już bez dotacji. Ścisłe reguły dotyczące pomocy publicznej udzielanej stoczniom obowiązują wszystkie kraje członkowskie, w tym Polskę. Rzecznik dodał, że jeśli potrzebne dokumenty dotrą w najbliższych dniach, rozpocznie ich dokładną analizę. W ciągu trzech miesięcy zadecyduje, czy finansowe wsparcie przekazane stoczniom było legalne, czy nie.

Dokumenty dotarły, ale była to przysłowiowa droga przez mękę. Rząd już w lutym zobowiązał się przesłać je do KE, ale - w poprawionej wersji, pojawiły się tam dopiero 4 września, rzecz można w ostatniej chwili, na granicy wytrzymałości pani komisarz. Poganiała nas (w końcu lipca) listem skierowanym do ministra gospodarki i skarbu, a nawet - przez rzecznika - stanowczym ultimatum z 29 sierpnia; albo rząd prześle potrzebne dokumenty, albo wstrzyma pomoc dla stoczni, a one zwrócą do budżetu to, co już otrzymały. Następnego dnia, obecny z oficjalną wizytą w Brukseli premier Jarosław Kaczyński, rozmawiał o trudnej sytuacji stoczni z przewodniczącym KE José M. Borroso, zapewnił, że papiery dotrą. A relacjonując swoją wizytę w polskim radio przekonywał, że pomoc musi być zgodna z zasadami przyjętymi w Unii.

Prywatyzować, dokapitalizować, oddłużać...

Strategia dla przemysłu stoczniowego na lata 2006 - 2010 przyjęta przez rząd (31 sierpnia) w tzw. obiegowym trybie, bierze za punkt wyjścia te właśnie zasady. I na ich podstawie formułuje generalne wytyczne dla opracowanych przez trzy stocznie i zmodyfikowanych, zgodnie z uwagami KE indywidualnych programów restrukturyzacyjnych. W Strategii - informuje biuro prasowe Ministerstwa Gospodarki - określono kierunki działań, których realizacja pozwoli stoczniom konkurować na globalnym rynku, zahamuje spadek miejsc prac, stworzy warunki dla stabilnego wzrostu i efektywności sektora. Dokument przygotowało MG w ścisłej współpracy z MSP, MF, UOKiK, ARP i KUKE. W konsultacji brali udział przedstawiciele zarządów i związków z trzech stoczni, pozytywną opinię wydał branżowy zespół trójstronny ds. przemysłu stoczniowego.

Na konferencji prasowej zwołanej w dniu przyjęcia Strategii wiceminister gospodarki Paweł Poncyliusz podkreślił, że wszystkie plany restrukturyzacyjne polskich stoczni uwzględniają prywatyzację i wejście inwestorów branżowych. Poinformował też, że trwają uzgodnienia co do jednej kwestii: dokapitalizowania wszystkich trzech stoczni, celem dalszej, rentownej działalności.

Na dokapitalizowanie Stocznia Gdyńska potrzebuje ok. 300 mln zł, Gdańska - ok. 200 mln zł, a Szczecińska Nowa - ok. 190 mln zł. Stoczniom brakuje też środków na sfinansowanie tzw. udziału własnego czyli pokrycia połowy kosztów restrukturyzacji, a takiego udziału wymagają przepisy dotyczące pomocy państwa dla zagrożonych przedsiębiorstw.

Trzeci, obok prywatyzacji i dokapitalizowania kluczowy problem ujęty w Strategii dotyczy oddłużenia. Mówiąc w uproszczeniu, wszystkie trzy stocznie uważają, że gdyby nie ogon starych długów, w tym zobowiązań publicznoprawnych (chodzi głównie o zaległe składki ubezpieczeniowe) mogłyby funkcjonować dużo lepiej, mieć większą wiarygodność, płynność itp. Bez tego, przekonują, trudno znaleźć inwestorów – chcą finansować rozwój, a nie spłatę starych długów. W końcu maja gotowy był projekt ustawy o restrukturyzacji finansowej i promocji zatrudnienia przedsiębiorstw przemysłu okrętowego. Skutki jej wprowadzenia szacowano na ponad 700 ml zł (m.in. 300 mln zł miałyby wynieść umorzenia zobowiązań publicznoprawnych, w tym 220 mln zł długów wobec ZUS). Twórcy ustawy, prawnicy z branży związani z PiS, argumentowali: albo stocznie dostaną pomoc z budżetu, albo padną. Wówczas koszty będą o wiele wyższe. Szacowano je na ponad 3,3 mld zł. Nie wdawajmy się jednak w szczegóły, gdyż sprawa na razie przycichła, sam problem pozostaje jednak jak najbardziej aktualny i dla stoczni bolesny. Najaktualniejszy dotyczy jednak kwestii czy Komisja zablokuje, czy zaakceptuje - i pod jakimi warunkami - tę przeszłą i przyszłą pomoc publiczną dla polskich stoczni.

- Dla wyjaśnienia wielu spraw na pewno konieczne będą częste wizyty przedstawicieli zarządów stoczni w Brukseli - uważa wiceminister Poncyliusz. Na 75 proc. ocenia szanse, że Bruksela zatwierdzi naszą strategię wobec stoczniowej branży i programy naprawcze. Według obiegowych danych, pomoc publiczna już udzielona stoczniom i planowana wynosi ok. 4 mld zł, jednak spora jej część to pomoc sprzed 1 maja 2004 r., czyli sprzed naszej akcesji i do niej KE nie rości pretensji. Natomiast w pomocy po-akcesyjnej znalazły się m.in. dopuszczone przez Unię 6 proc. dopłaty do kosztów budowy pewnego typu statków. Po latach wstrzemięźliwości finansowo-pomocowej, do wspierania produkcji stoczniowej zmusił Unię kilka lat temu cenowy dumping ze strony azjatyckich producentów, zwłaszcza z Korei Południowej. Już trzy lata temu Korea zadeklarowała, że w ciągu najbliższych 10 lat chce opanować 40 proc. światowej produkcji statków. W tymże 2003 r. Polska - warto przypomnieć - pod względem portfela zamówień na statki zajmowała pierwsze miejsce w Europie, a w światowym rankingu producentów statków lokowała się w czołówce.

Jak z tego widać pomoc pomocy nie równa, nie każda jest be..., a ostra konkurencja na stoczniowym rynku odbija się echem także na forum Unii i Komisji Europejskiej.

Komisarz N. Kroes pilnuje, by konkurencja była uczciwa. I z tego punktu widzenia krytykuje niektóre pomysły naszych stoczni, w tym Gdańskiej, dotyczące ich restrukturyzacji. - Jeśli chodzi o restrukturyzację Stoczni Gdańskiej, moje służby nie są przekonane, że strategia wybrana w projekcie planu restrukturyzacyjnego jest osiągalna i doprowadzi stocznię do uzyskania długookresowej rentowności bez zbędnego zakłócania konkurencji - pisze pani komisarz w liście do ministrów gospodarki i skarbu. Krytykuje też przejęcie Stoczni przez państwowe podmioty i uznaje, że stocznia będzie w dalszym ciągu wymagała pomocy państwa, na co komisja zgody nie wyrazi. (por. Stoczniowe święto a potem pogrzeb? W. Gadomski, "GW" 28 sierpnia br.). Stocznia Gdańska - przypomnę - w końcu lipca została oddzielona od Gdyńskiej, kontrolny pakiet jej akcji (61 proc.) przejęła za długi "Gdyni" Agencja Rozwoju Przemysłu i należąca do ARP Centrala Zaopatrzenia Hutnictwa, stąd uwaga w liście pani komisarz o państwowych podmiotach.

Kolebka z odzysku

Prezes usamodzielnionej Stoczni Gdańskiej, Andrzej Jaworski w rozmowie z "NŻG" podkreśla: - Paradoks polega na tym, że pomoc publiczna dla Stoczni Gdańskiej, w porównaniu z innymi, to były przysłowiowe grosze – ok. 50 mln zł, całą pomoc dostały Gdynia i Szczecin. Więc nawet gdybyśmy mieli zwracać te pieniądze, to jest to do przeżycia. Podkreśla, że już w poprzednim roku Stocznia Gdańska wypracowała zysk netto - niewielki (0,5 mln zł), ale jednak - ma także zysk po pierwszym półroczu br. Gdyby nie stare problemy i stare długi, np. wobec ZUS, w postaci kilkudziesięciu milionów, skok w samodzielność byłby o wiele łatwiejszy. - Ale cóż, zapomniał o tej branży poprzedni rząd, nie oddłużył stoczni, w traktatach akcesyjnych ta sprawa także nie znalazła odbicia. Mimo tych i innych kłopotów, jako pierwsi przedstawiliśmy nasz plan restrukturyzacji, został on przyjęty bardzo dobrze i wydaje mi się, że jesteśmy najlepiej przygotowani do działań naprawczych.

Na konferencji prasowej wiceminister Poncyliusz miał jedną uwagę: - W planie restrukturyzacyjnym Stoczni Gdańskiej muszą znaleźć się zapisy zobowiązujące właściciela i kierownictwo stoczni do podniesienia kapitału tylko poprzez inwestorów zagranicznych, a nie poprzez spółki skarbu państwa lub przedsiębiorstwa z nimi związane. Tego przede wszystkim dotyczą wątpliwości KE.

Jednak zdaniem prezesa Jaworskiego szanse powinny być takie same zarówno dla podmiotów krajowych, jak i zagranicznych. - Nasza stocznia już teraz osiąga zysk, jesteśmy na plusie, przeprowadzenie restrukturyzacji spowoduje, że wynik będzie coraz lepszy, wierzymy w to i wierzą nasi partnerzy. Wydaje się więc nieuzasadnione, aby z przewidywanego zysku wyłączać podmioty polskie. Jeśli firma jest potencjalnie i de facto dobra, to nie można jej przyszłości ograniczać tylko i wyłącznie do inwestorów zagranicznych. Nie chciałbym, aby powtórzyła się sytuacja jak z bankami, że wszystkie stocznie będą sprywatyzowane przez kapitał obcy. Najważniejsze, aby inwestorzy byli "z klasą", wiedzieli czego chcą. A mnie osobiście, jeśli miałbym wybierać, dużo bliżej byłoby do inwestora polskiego, niż zagranicznego, jeśli oczywiście obaj byliby równie dobrzy.

Sprawa ewentualnego upadku polskich stoczni po negatywnej decyzji Brukseli wywołuje większe obawy na zewnątrz, niż wewnątrz stoczni. - O tym mogą mówić tylko laicy, albo osoby, które nie wiedzą o co chodzi - komentuje prezes Jaworski. Jego zdaniem: ... z Brukselą są zawsze problemy, bo jest tam cała masa lobbystów, lobbujących na rzecz swoich krajów i firm, a my dopiero tego się uczymy.

Również związkowcy nie robią (na razie) paniki. - W stoczni tej sprawy tak się nie przeżywa, widzimy w tym wszystkim raczej atak konkurencji. Przejmujemy się, ale nie tak: być, albo nie być. Mimo skrajnych wypowiedzi, Unia na to nie pójdzie, wie co to znaczy uderzyć w kilkanaście tysięcy stoczniowców i w kilkanaście tysięcy ludzi z przedsiębiorstw związanych z tą branżą. To jest niewyobrażalne - mówi Karol Guzikiewicz, wiceprzewodniczący stoczniowej "S". Jego zdaniem, zagrożeniem większym od unijnej, ewentualnie negatywnej decyzji jest brak ludzi, nie tylko spawaczy, czy monterów, ale dźwigowych, kierowców i innych. W stoczni pracuje obecnie ponad 3000 osób, a brakuje ok. 50 pracowników, w tym kilkuset kadłubowców, pracujących przy produkcji kadłubów statków, w sumie jest to jedna szósta załogi. - Do tej pory restrukturyzacja kojarzyła się ludziom ze zwolnieniami, teraz zaczyna się kojarzyć z poszukiwaniem rąk do pracy - mówi związkowiec. Ludzi ściągają nie tylko stocznie zachodnie, ale i polskie, np. sąsiednia Stocznia Remontowa, małe spółki i spółeczki produkujące jakieś urządzenia dla stoczni. Często płacą po kilkaset złotych więcej i ta konkurencja polsko-polska dobija kolebkę. – Exodus jest zatrważający, potrzebne są 20-30 proc. podwyżki, zarobki u nas muszą być atrakcyjne w stosunku do płac w danym regionie - uważa Guzikiewicz. Aby były, muszą być dobre zlecenia i są na to szanse.

Po rozwodzie z Gdynią kolebka z odzysku odbudowuje strukturę firmy, swoje zaplecze, służby marketingowe, zaopatrzeniowe itp. W sierpniu minęło 10 lat od ogłoszenia upadłości Stoczni Gdańskiej, we wrześniu mija 8 lat od niefortunnej sprzedaży kolebki "S", Stoczni Gdyńskiej. Dzięki "Gdyni" miała się dźwignąć i rozwijać, a została stłamszona i rozgrabiona. Na skutek różnych własnościowych manipulacji i złego zarządzania – o czym kilkakrotnie wcześniej pisaliśmy - pozbawiono ją majątku, nie ma nawet własnych pochylni, teraz stara się je odzyskać. Dewastacja pomieszczeń i stoczniowych terenów zasmuca. Tam, gdzie konstruowano i budowano statki - ruina, gruz, potłuczone szkło, chwasty i gołębie. Ten obraz stoczni musi się zmienić i zmienia - mówi związkowiec. - Nie idziemy w dół, a powolutku do góry. Jeśli nie można nam pomóc, to może przynajmniej można nie przeszkadzać?

Irena Dryll
Źródło: Nowe Życie Gospodarcze
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy