Jeśli jednak słupek rtęci wskaże ujemne temperatury, a ulice pokryje warstwa śniegu można myśleć o godziwym zarobku. W sezonie zimowym dobrze radzą sobie firmy zajmujące się odśnieżaniem miejskich ulic. Jedna pługopiaskarka jest w stanie wypracować dziennie (po odliczeniu kosztów) od 50 do 150 zł zysku za godzinę pracy. Również zakłady wulkanizacji i wymiany opon nie narzekają na brak zimowych zleceń. Warsztaty odwiedza w sezonie około 50 klientów dziennie. Każdy zapłaci za usługę średnio od 50 zł do 3 tys. zł (gdy nie tylko wymienia, ale też kupuje opony i felgi na zimę). Do uruchomienia firmy odśnieżającej potrzebny jest spory kapitał. Na początek kilkaset tysięcy złotych.
Śnieg - czysty zysk - Kupno jednego samochodu to wydatek rzędu 70 tys. zł, za pług do samochodu zapłacimy około 30 tys. zł - wylicza Andrzej Furmanek, właściciel przedsiębiorstwa Furmanek, jednej z siedmiu firm, które w tym roku zadbają o utrzymanie czarnej nawierzchni na łódzkich ulicach. Bardzo dobrze sprawdzają się stare rosyjskie Kamazy. To mocne maszyny, które odpalają nawet przy dwudziestu stopniach na minusie dodaje.
Zamiast kupować samochody można je wynająć (wynajem jednego samochodu to wydatek około 5 tys. zł miesięcznie). Jednak w dłuższej perspektywie bardziej opłaca się posiadanie własnego taboru. - Po sezonie za serwis własnego pojazdu płacę około 3 tys. zł. To tańsze rozwiązanie niż wynajem. Mam więc niższe koszty własne i mogę zaoferować w przetargu niższą cenę - wyjaśnia Andrzej Furmanek.
Poza sprzętem, do walki ze śniegiem potrzebne są jeszcze tony piachu, soli i chlorku wapnia.
- Tona soli kupowana w Kłodawie kosztuje około 200 zł. Warto jednak czekać na letnie promocje. Ceny mogą być niższe o około 10 proc. od pierwszego lipca do końca sierpnia. Przy wniesieniu przedpłaty
cena spada nawet o 15 proc. Z kolei za tonę piasku trzeba zapłacić około 15 zł - radzi Furmanek.
Najdroższy jest chlorek wapnia używany przy temperaturach poniżej minus 10 stopni. Tona chlorku wapnia kosztuje około 1,3 tys. zł.
Zabezpieczenie odpowiedniej ilości "posypki" na cały sezon będzie kosztować średnio 50 tys. zł dla każdego z samochodów. Warto także pomyśleć o wyposażeniu floty w systemy nawigacji GPS.
- W tym roku zażądaliśmy, żeby każdy z pługów posiadał system GPS, dzięki któremu wiemy, czy daną ulicą o wyznaczonej godzinie przejechała pługopiaskarka. Co więcej, wiemy także, czy jej lemiesz był opuszczony i czy sypała piachem. Mamy dokładną kontrolę nad rzetelnością wykonywanego zlecenia - mówi Aleksandra Mioduszewska z Zarządu Dróg i Transportu w Łodzi.
Czas na przetarg Mając odpowiedni sprzęt i zapas materiału do posypywania, warto powalczyć o intratne zlecenia. Kontrakty o najwyższej wartości podpisuje się najczęściej po wygraniu przetargu na usługi odśnieżania. Budżet, jaki przeznaczają na ten cel urzędy miejskie, jest ogromny. W Łodzi, na odśnieżanie przeznaczono w tym roku 17 mln zł.
- Każdy dzień czuwania pługosolarek kosztuje nas 35 tys. zł. Opady śniegu generują wzrost wydatków. Za jeden wyjazd wszystkich 76 pługosolarek płacimy firmom 200 tys. zł - mówi Aleksandra Mioduszewska.
Duże firmy (liczące po kilkadziesiąt samochodów) dobrze radzą sobie z wygrywaniem przetargów na odśnieżanie. Mają odpowiednią liczbę pojazdów i zabezpieczenia finansowe. Mniejsze, rodzinne firmy, aby zdobyć zlecenie w sektorze zamówień publicznych, często poszukują partnerów do współpracy albo obniżają koszty działalności. Dzięki tej strategii przedsiębiorstwo Furmanek wygrało przetarg w Łodzi.
- Nie mamy rozbudowanej administracji i księgowości. Przekłada się to na mniejsze koszty prowadzenia działalności. Niższe koszty dają nam możliwość zaoferowania niższej ceny za odśnieżanie. Przetarg wygraliśmy właśnie niską ceną i to jest
dobra strategia dla mniejszych firm - tłumaczy właściciel.
Aby wygrać przetarg
firma Andrzeja Furmanka musiała wejść w konsorcjum z trzema innymi łódzkimi firmami także rodzinnymi. - Razem mieliśmy odpowiednie zaplecze finansowe wymagane do udziału do przetargu - wyjaśnia właściciel firmy, który posiada trzy pługosolarki i zatrudnia trzech kierowców.
- Często wygrywają firmy, które w momencie ogłoszenia wyników przetargu nie mają ani jednego samochodu i dopiero zaczynają szukać podwykonawców. Tyle, że to nie zawsze gwarantuje odpowiednią jakość usług - mówi Andrzej Furmanek.
Zysk na czterech kołach Mniej, bo około 200 tys. zł wystarczy, by założyć firmę wulkanizacyjną i zająć się zarabianiem na wymianie i konserwacji opon samochodowych. Połowę tej kwoty stanowi koszt zakupu kilku tysięcy sztuk opon, zatrudnienia czterech pracowników (koniecznie z doświadczeniem) oraz wynajmu lub budowy zakładu (hala o powierzchni 500-1000 m2). Punkt może być położony za miastem. Klienci mają przecież samochody, więc sami do nas przyjadą. Pozostałą część kapitału należy przeznaczyć na maszyny do wulkanizacji, środki konserwujące opony, potrzebne narzędzia oraz na reklamę firmy. Potem trzeba już tylko czekać na pierwszy śnieg.
- Wulkanizacja to biznes sezonowy. Po pierwszych opadach śniegu mamy około 50 klientów dziennie. Za samą wymianę opon każdy zostawia u nas przynajmniej 50 zł - mówi Robert Sochacki, właściciel firmy Sochacki Serwis Ogumienia.
Jeżeli klient nie ma swoich opon, można liczyć na jeszcze większy zarobek z ich sprzedaży. W zależności od marki gum (np. Dębica, Kormoran, Kleber, Goodyear lub Michelin) zapłaci od 100 do 500 zł za sztukę. Robert Sochacki dodaje, że dobrym okresem na zarobek jest początek listopada, w okresie Święta Zmarłych. - Wielu kierowców zmienia opony przed wyjazdami do rodziny - wyjaśnia Robert Sochacki.
Klient zamiast reklamy Zdaniem samych zainteresowanych wulkanizacja to interes, na którym da się zarobić kilka tysięcy miesięcznie, ale pod jednym warunkiem.
- Konkurencja na rynku jest duża. W samym Wrocławiu działa około kilkudziesięciu firm, a klienci rzadko kierują się reklamą. Większość przyjeżdża z polecenia np. kolegi - mówi Robert Sochacki i radzi, by postawić na znających fach pracowników. - Często zdarza się, że przyjeżdżają do nas klienci i mają źle wyważone koła. Gdy poprawimy po innej firmie, zyskujemy wiarygodność i lojalnego klienta - mówi Robert Sochacki.
Drugim wymogiem jest odpowiednio duży zapas opon. Lepiej z góry założyć, że kierowca chce przyjechać do zakładu i wyjechać na nowych oponach.
- Jeżeli klient będzie musiał czekać na nowy komplet, pojedzie do konkurencji. Dlatego mam w ofercie kilkaset kompletów niemal wszystkich producentów - dodaje Robert Sochacki.
- Jeżeli chcemy zapewnić sobie klientów z wyższej półki, czyli właścicieli drogich markowych aut, należy zwrócić uwagę na estetykę zakładu. Czysta hala, mili pracownicy, dobrej jakości narzędzia i maszyny wzbudzą zaufanie takich klientów i zapewnią nam zyski na zadowalającym poziomie - mówi.
Paweł Krusiński, Aneta Wieczorek (miesięcznik "Własny Biznes")