Magia ZUS: Ktoś tu zgubił składkę?
06:04
26.03.2007
Nie naliczono wówczas jednej składki i okazało się, że ZUS nie ma z czego wypłacić milionom ludzi comiesięcznego świadczenia. Zakład wziął więc kredyt z budżetu w trakcie roku budżetowego (kilka miliardów złotych), czego zgodnie z prawem zrobić nie mógł.
- Cały Sejm z czasów rządów koalicji AWS-UW głosując "za", wiedział, że jest to naruszenie konstytucji - ujawnia po latach b. minister pracy i polityki społecznej Krzysztof Pater. - Nikt jednak nie odważył się odesłać ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, mając na uwadze to, że emerytom i rencistom groziło nieotrzymanie świadczeń pod koniec roku.
Trzy lata później znowelizowano ustawę o FUS-ie (przy okazji umarzając jego zobowiązanie wobec Skarbu Państwa). Wpisano też, na wszelki wypadek, że tak "pożyczać" już nie wolno. Odcięto więc ścieżkę do kolejnych manipulacji na przyszłość.
- Od tamtego czasu żaden zabieg budżetowy wokół FUS-u mnie nie zdziwi - przyznaje Pater. - To dopiero była karkołomna konstrukcja.
Kto wierzy w reformę i godziwe wypłaty?
Badania dotyczące odbioru reformy emerytalnej, od sześciu lat przeprowadzane przez ośrodek GfK Polonia, nie dają jednoznacznych odpowiedzi, m.in. z powodu zbyt skomplikowanych i wieloznacznych pytań. Pokazują tylko, że ludzie w wieku przedemerytalnym wierzą nowemu systemowi w bardzo ograniczonym stopniu (ufa mu tylko co czwarty obywatel). Potwierdzają to wyniki badań "Diagnoza społeczna", przeprowadzonych przez prof. Tadeusza Szumlicza jeszcze w roku 2000. A więc tuż po wdrożeniu reformy, kiedy wiedza na jej temat była zupełnie świeża. Wówczas to na pytanie, czy nowy system emerytalny uzależnia wysokość emerytury od płaconych składek, 45 proc. respondentów odpowiadało, zgodnie z rzeczywistymi założeniami reformy, że tak; 10 proc., że nie; a 45 proc. nie miało w tej sprawie zdania. Zatem aż 55 proc. osób nie dostrzegało podstawowej zasady nowego systemu. Tylko 49 proc. pytanych zauważyło natomiast, że ich pieniędzmi zarządzają teraz również instytucje prywatne. Wnioski, które wyłoniły się z badań, skłoniły Tadeusza Szumlicza do takiej oto refleksji: "W prezentacjach nowego systemu emerytalnego obraz przyszłych dochodów emerytalnych jest na ogół zamazywany. W opisach ich kształtowania nie docenia się znaczenia wskaźnika (stopy) zastąpienia, a więc prostej miary wyrażającej, w jakim stopniu dochody z pracy są zastępowane przez dochody emerytalne".
- Ludzie błędnie wówczas zrozumieli, że drugi filar doda im coś więcej (najlepiej Hawaje z reklamy), nie zaś to, że jest po prostu tylko częścią starego systemu, tyle że zarządzaną po nowemu - wyjaśnia Szumlicz. - Natomiast na cokolwiek "więcej" trzeba będzie oszczędzać dodatkowo.
Według tych badań, 51 proc. Polaków czerpało wiedzę o reformie z programów telewizyjnych, a 25 proc. z reklam. Zapewne więc zbytnio uległo zapewnieniom rządu Jerzego Buzka, że "reforma emerytalna jest ważna, bo chcemy mieć dobre i pewne emerytury". A jedno, i drugie jest co najmniej wątpliwe. Słowem - dobrą znajomość reformy można między bajki włożyć.
Trup w każdym samolocie
Kondycję polskiego systemu emerytalnego pogarsza otwarcie unijnego rynku pracy. Twórcy reformy zapewne o tym nie myśleli, ale exodus kilkuset tysięcy Polaków za chlebem to jeszcze jeden "trup w szafie" krajowego systemu emerytalnego. Polacy wylatują do Londynu czy Dublina, a w walizkach znikają także ich składki. Jednak problem narasta.
Zgodnie z unijnymi regulacjami, prawo do emerytury nasi nowi emigranci zachowują przez cały czas. Dotyczy to zarówno osób należących do nowego systemu (tu okresy składkowe mają mniejsze znaczenie, liczy się głównie zebrany kapitał), jak i potencjalnych emerytów ze starszych roczników. A więc wszyscy ci, którzy urodzili się przed rokiem 1949 i w Polsce przepracowali mniej niż wymagane 25 lat (dla uproszczenia, pomińmy pracę w warunkach specjalnych), mają szansę doczekać się polskiej emerytury. Jeśli np.
przepracowali w kraju 18 lat, a brakujące siedem "dorobią" w Irlandii,
i tak otrzymają świadczenie (konkretnie - jego 18/25), pod warunkiem udokumentowania okresów składkowych. Zostając w Polsce bez pracy nie mieliby na to szans. Mogliby liczyć co najwyżej na zapomogi
z opieki społecznej.
FRD - cud nad Wisłą
ZUS ma jedną dziedzinę, w której może się wykazać - Fundusz Rezerwy Demograficznej. Instytucja powołana do uzupełnienia deficytu systemu emerytalnego, gdy ruszą wypłaty z OFE, zbiera dwa promile składki. Do końca ub.r. uzbierała 2,4 mld zł, których obsługą zajmował się jeden człowiek - Marcin Sławiński. Do pomocy ma on ludzi delegowanych w razie potrzeby (np. informatyka), a nad sobą - zarząd nadzorujący jego pracę. Takie zasoby okazują się wystarczające i tanie. Łącznie z kosztami banków i brokerów, za cały rok 2005, kiedy w FRD znalazło się 1,54 mld zł (późniejsze dane są niepełne), koszty wyniosły 950 tys. złotych. Oznacza to cenę zarządzania w wysokości 0,065 proc. aktywów. Podobny wskaźnik dla OFE sięgał zaś 1,4 proc. (22 razy drożej). ZUS osiąga też wyniki lepsze od wszystkich OFE! W roku 2005 stopa zwrotu w części akcyjnej (30 proc. aktywów), wyniosła 34,8 procent. W tym czasie średnia funduszy inwestujących w akcje liczyła 23 procent. Na obligacjach w FRD zarobiono zaś 10 proc., 1 pkt. proc. więcej niż w funduszach komercyjnych. I to nie przypadek. Od roku 2002 (start FRD) do końca roku 2004 fundusz inwestował tylko w instrumenty dłużne i też był lepszy od OFE.
- Na bonach i obligacjach skarbowych osiągnęliśmy za dwa lata stopę zwrotu 26,7 proc., podczas gdy najlepszy fundusz inwestujący na tym samym rynku osiągnął 23,5 procent - chwali się Sławiński. - Średnia dla wszystkich funduszy wyniosła natomiast 16 procent.
Wyniki znakomite, ale gwiazda ZUS-u zgaśnie w roku 2008. Reformatorzy zapisali, że FRD zniknie, gdy ruszą wypłaty z II filara (o ile do 2009 r. rządzący napiszą stosowną ustawę). Powód likwidacji jest banalny - zakładano, że OFE tak się sprawdzą, iż nie będą potrzebne dopłaty. Zniknie też rezerwuar, z którego silniejsze grupy domagałyby się podwyżek. Naiwnie wierzono też, że politycy zasilą FRD wpływami z prywatyzacji, na co prawo pozwala.
- Nie zdarzyło się, aby przychody z prywatyzacji zasiliły fundusz - rozwiewa nadzieję Przemysław Przybylski, rzecznik ZUS-u.
Zamiast zakładanych 20 mld zł (to wcale nie dużo), na uzupełnienie deficytu emerytalnego uzbierano 12 proc. tej sumy. To tyle, ile FUS wypłaca w ciągu 12 dni.
Demografia zniszczy stare systemy emerytalne
Pod koniec XIX w. systemy emerytalne, tyle że oparte na solidarności międzypokoleniowej, zaczęto wprowadzać w wielu krajach Europy. W systemach tych pracownik lub pracodawca odprowadza składkę na fundusz, z którego finansowane są emerytury starszego pokolenia. A potem pracownik przechodzi na emeryturę, którą finansują młodsi.
Jednym z pierwszych krajów, w których wprowadzono taki system, były Niemcy. Ustawy o ubezpieczeniach emerytalnych zostały uchwalone przez Reichstag niewielką większością głosów w roku 1889, już po upadku kanclerza Bismarcka, uważanego za twórcę niemieckiego państwa dobrobytu. Początkowo emerytury przysługiwały tylko robotnikom, w 1911 r. uprawnienia rozszerzono na urzędników.
W końcu XIX w. w Europie Zachodniej dobiegało końca zjawisko zwane eksplozją demograficzną (dziś trapi ono niektóre kraje afrykańskie, azjatyckie i południowoamerykańskie). Europa po tej eksplozji była młoda - nadal utrzymywał się wysoki, choć malejący przyrost naturalny (1 - 2 proc. rocznie), a przeciętna długość życia wprawdzie rosła, lecz była dużo niższa niż obecnie. W latach 90. XIX w. statystyczny Anglik i Szwed żyli po 49 lat, a Francuz - zaledwie 45. Niemal połowa z tych, którzy płacili składki emerytalne, nie doczekiwała wieku emerytalnego, a ci, którzy przekroczyli 60 lat,
mieli przed sobą średnio nie więcej niż pięć lat życia. Społeczeństwo stopniowo bogaciło się i w tych warunkach wydawało się słuszne i sprawiedliwe, by wszystkie grupy społeczne mogły z pomocą państwa korzystać z ogólnego wzrostu dobrobytu. System ów działał sprawnie, dopóki stosunek liczby emerytów do pracowników utrzymywał się na stałym poziomie lub przynajmniej rósł wolniej od tempa wzrostu gospodarczego. W takich warunkach składka (wszystko jedno, kto ją płacił: pracownik, pracodawca czy ogół podatników) mogła być niska i stabilna, co nie zagrażało wzrostowi gospodarczemu.
Ale gmach państwa dobrobytu został podkopany przez sam dobrobyt. W ciągu ostatniego wieku średnia długość życia niemal się podwoiła, a wskaźniki przyrostu naturalnego zjechały do poziomu bliskiego zera, lub nawet niższego. A to oznacza, że coraz mniejsze grono osób w wieku produkcyjnym musi utrzymywać coraz większą liczbę emerytów. Bank Światowy w opublikowanym w maju 2003 r. dokumencie "Pension Reform in Europe: Process and Progress" (jednym z jego autorów jest Michał Rutkowski, współautor polskiej reformy emerytalnej) szacuje, że do 2050 r. w krajach UE liczba obywateli w wieku ponad 65 lat podwoi się i stanowić będzie aż 53,4 proc. dorosłej ludności. Prognoza jest oparta zresztą na optymistycznym założeniu, że zwiększy się przyrost naturalny.
Jeżeli systemy opieki socjalnej nie zostaną zmienione, za pół wieku musiałyby pochłaniać przeszło połowę europejskiego PKB. To oczywisty nonsens. Europa ma dwa wyjścia: przebudować modele opieki społecznej, opierając je na indywidualnych oszczędnościach, lub zmienić trend demograficzny. I jedno,
i drugie okazuje się bardzo trudne.
Zmiany demograficzne przebiegają podobnie niemal we wszystkich krajach
i obszarach cywilizacyjnych. Obserwując dane demograficzne, można z dużą dokładnością określić, w jakim punkcie rozwoju znajduje się dane państwo. Wysokie wskaźniki urodzeń i zgonów oraz duży współczynnik dzietności (5 do 10 dzieci urodzonych w ciągu życia przez przeciętną kobietę), śmiertelność niemowląt przekraczająca 200 na 1000 urodzeń żywych, ponad połowa populacji w wieku do 14 lat - to cechy społeczeństwa przednowoczesnego. Taki jego stan trwał przez tysiące lat.
Pierwszym sygnałem nadejścia nowoczesności są zawsze zmiany demograficzne. Wskaźniki płodności i urodzeń są wciąż wysokie, ale spada śmiertelność niemowląt i całej populacji, a w konsekwencji następuje szybki przyrost naturalny. W latach 1800 - 1871 liczba ludności Niemiec podwoiła się, a do 1914 r. wzrosła o 60 procent. Francja bała się demograficznej ekspansji Niemców, zaś ci przerażeni byli widmem zmiażdżenia przez "rosyjski walec parowy". Na przełomie wieku XIX i XX Rosja nie tylko rozwijała swój przemysł, ale przede wszystkim eksplodowała demograficznie. W latach 1901 - 1914 notowano w niej przyrost naturalny sięgający 20 promili rocznie, a ludność imperium powiększyła się o jedną czwartą.
Wiek XIX należał do Europy. W tym czasie populacja Indii zwiększyła się jedynie o 6 proc., a Chin o 35 proc. (ale spadła w latach 1840 - 1870). Azja "eksplodowała" w wieku XX. Liczba mieszkańców Indii i Chin wzrosła ponadtrzykrotnie, podczas gdy w Europie przyrost naturalny gwałtownie hamował. W miarę jak społeczeństwo staje się coraz bogatsze, maleje bowiem chęć do reprodukcji.
To jednak nie znaczy, że każdy kraj podąża zgodnie z tym samym trendem demograficznym. W krajach nowoczesnych ukształtowały się co najmniej cztery, nieco odmienne, modele. Można je nawet nazwać: europejski, północny, amerykański i postkomunistyczny.
Pierwszy (Niemcy, Włochy i większość innych krajów naszego kontynentu, a także Japonia) charakteryzuje się małą liczbą dzieci, jakie rodzi w ciągu swego życia przeciętna kobieta (mniej niż 1,5), przyrostem naturalnym wynoszącym około zera lub ujemnym, liczebną przewagą ludności starszej nad dziećmi i młodzieżą.
Model północny (np.: Szwecja, Finlandia, Norwegia, ale także Francja) charakteryzuje się nieco wyższą dzietnością (średnio kobieta w ciągu swego życia rodzi od 1,5 do 2 dzieci) i dodatnim, choć niezbyt wysokim przyrostem naturalnym.
Z punktu widzenia demografa sytuacja jest lepsza niż w większości krajów europejskich, lecz wskaźniki płodności i tak nie zapewniają reprodukcji rozszerzonej. Za kilka lat również w tych krajach przyrost naturalny będzie ujemny.
Model amerykański (USA, a także Irlandia) jest nieco odmienny od europejskiego. Mieszkańcy tych krajów są bogatsi od przeciętnych Europejczyków,więc można byłoby się spodziewać gorszych wskaźników demograficznych. Tymczasem jest odwrotnie - przeciętna kobieta rodzi więcej niż dwoje dzieci (a więc reprodukcja jest rozszerzona), a przyrost sięga 5 do 10 promili.
Model postkomunistyczny charakteryzuje się bardzo niską dzietnością i ujemnym przyrostem naturalnym. Co ciekawe - kraje Europy Środkowo-Wschodniej są dziś na podobnym poziomie bogactwa, jak Europa Zachodnia w latach 60., a wskaźniki demograficzne mają gorsze niż współczesna Europa. Najgorsza sytuacja występuje w byłych republikach ZSRR - na Ukrainie, Rosji, Białorusi, gdzie od kilku lat utrzymuje się silny spadek liczby ludności (5 do 10 promili rocznie). Zjawiska prowadzące do niekorzystnego stanu demograficznego mają swe źródła jeszcze w okresie komunizmu. Ustrój ten próbował przyśpieszyć modernizację metodami nakazowymi, co prowadziło do wielu patologicznych zjawisk społecznych. W latach 90. we wszystkich krajach postkomunistycznych nastąpił szybki spadek dzietności i przyrostu naturalnego. Zjawisko to wystąpiło także w Polsce. Od 2002 r. notujemy ujemny przyrost naturalny, a do tego współczynnik dzietności (1,22 dziecka na kobietę) jest jednym z najniższych w Europie.
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jaka jest przyczyna zapaści demograficznej.
Już w latach 30. niektóre kraje europejskie zaczęły się niepokoić pogarszającymi się wskaźnikami demograficznymi, starając się odwrócić niekorzystne trendy. W szczególnie dramatycznej sytuacji znalazła się Francja, której ludność w latach 1900 - 1936 wzrosła zaledwie o 800 tys. osób. Niechęć Francuzów do prokreacji stała się przedmiotem dowcipów w wielu krajach. Ale politykom francuskim wcale nie było do śmiechu - bo w tym samym okresie przybyło 11 mln Niemców. Rządy francuskie starały się zachęcić do rodzenia dzieci. W 1938 r. został wprowadzony kodeks rodzinny, który rygorystycznie zakazywał aborcji i ograniczał możliwość rozwodów. Wprowadzone także zostały zasiłki rodzinne, które miały szczególnie wspomagać rodziny wielodzietne. Ten system opieki nad rodziną rozrastał się w następnych dekadach. Dziś Francuzka, która urodzi dziecko, może liczyć na zasiłek od czwartego miesiąca ciąży, do trzeciego roku życia dziecka wynoszący 151 euro miesięcznie. Są też stałe dodatki na kolejne dzieci - rodzina z trójką potomstwa ma 240 euro miesięcznie, z piątką - 510 euro. Do tego dochodzą dodatki na dzieci chore i niepełnosprawne, dla rodziców samotnych (miesięcznie 493 euro plus 164 euro na każde dziecko), dodatek z okazji rozpoczęcia roku szkolnego (65 euro na dziecko), no i oczywiście zasiłki dla bezrobotnych, tanie mieszkania komunalne, bezpłatna opieka medyczna itd. Łączne zasiłki wspomagające rodzinę we Francji (i politykę pronatalistyczną) kosztują 2,8 proc. PKB - co jest jednym z najwyższych takich wskaźników w Europie. Dla porównania, w USA jest to 0,4 proc. PKB,
a w RFN 1,8 procent. Równie hojną politykę prorodzinną oferują obywatelom kraje skandynawskie. Szwecja wydaje na ten cel 2,9 proc. PKB, Dania 3,8 proc., Norwegia 3,2, Finlandia 3 procent.
Francja i Szwecja oraz pozostałe kraje skandynawskie są przedstawiane jako przykład skutecznej polityki pronatalistycznej, ale rzeczywiste jej wyniki wcale nie są jednoznacznie pozytywne.
We Francji wskaźnik dzietności wyniósł w 2000 r. 1,9, ale w rodzinach rdzennych Francuzów już tylko 1,4, natomiast w rodzinach imigrantów (głównie muzułmańskich) aż 4. Francuska polityka prorodzinna przyciąga imigrantów - bo mając kilkoro dzieci, można się z samych zasiłków utrzymać na przyzwoitym poziomie - lecz nie stymuluje do rozmnażania się rdzennych mieszkańców.
W Szwecji w latach 1990 - 2000 nastąpił spadek dzietności z 2,13 do 1,54 i dziś liczba ludności Szwecji rośnie tylko dzięki imigrantom. Ten spadek dzietności być może wywołało ograniczenie pomocy dla rodzin. Na początku lat 90. Szwecja przeznaczała na ten cel aż 4,5 proc. PKB. Tyle że tamten poziom był trudny do utrzymania, gdyż obciążona podatkami gospodarka przestała się rozwijać i konieczne stały się cięcia budżetowe. Szwedzi obawiali się zresztą, że zbyt hojne zasiłki przyciągną zbyt wielu przybyszów z zagranicy.
Najwyraźniej stymulowanie wzrostu demograficznego bodźcami materialnymi ma swoje granice. W dodatku znacznie silniej działa na rodziny ubogie lub pozostające na marginesie społecznym niż na osoby o przeciętnym lub wyższym statusie finansowym.
Decyzje o liczbie posiadanych dzieci są bardzo osobiste, by nie powiedzieć - intymne. Badania socjologiczne pokazują, że w krajach o niskim przyroście naturalnym i małej dzietności kobiety marzą o posiadaniu... mniejszej liczby dzieci. Jedno, najwyżej dwoje - tyle wystarczy. Stwierdzenie banalne? Niekoniecznie. Słaba rozrodczość jest wynikiem wolnej woli, którą bardzo trudno sterować. Wymarzony model rodziny zależy od dziesiątków rozproszonych i niesterowalnych czynników - religii, kultury (i subkultur), sposobu robienia kariery, więzi w ramach dużej rodziny, warunków mieszkaniowych, preferencji konsumpcyjnych, obyczajowości. Być może za jakiś czas "wymarzony model" się zmieni - może nadejdzie moda na rodziny wielodzietne, na pracę w domu (kobiet i mężczyzn), która umożliwi jednoczesne wychowywanie dzieci? Tego nie można wykluczyć, ale zaprojektować nie sposób. Czy jesteśmy zatem skazani na kłopoty wywołane starzeniem się społeczeństwa i prognozowanym wyludnieniem krajów rozwiniętych? Zapewne tak. Należy założyć, że stan demografii będzie się pogarszał, niezależnie od polityki prorodzinnej lub jej braku. Być może jest to największe wyzwanie, przed którym stoi cywilizacja europejska. Pierwszym krokiem dla jej uniknięcia musi być przebudowa systemów emerytalnych.
Witold Gadomski
Źródło:
