W Polsce uzdrowiciele trafiają na niezwykle podatny grunt. Lekarze uważają, że jest to spowodowane niskim poziomem edukacji i słabym dostępem do klasycznej opieki medycznej. Czasem bliżej jest do znachora. Na początku lat 90. Polacy przeżywali fascynację Anatolijem Kaszpirowskim. Kto nie pamięta sławnego odliczania: adin, dwa, tri? Seanse Kaszpirowskiego były nawet pokazywane w telewizji. Rosjanin leczył chorych wysyłając im pozytywną energię. Czy tak było naprawdę, nie sposób zweryfikować. Jednak niedawno rosyjski sąd skazał popularnego przed laty Kaszpirowskiego na grzywnę 70 dolarów, za uzdrawianie ludzi podczas zbiorowych seansów. Po terapii Rosjanina pełne ręce roboty mieli psychiatrzy i rosła liczba nerwic. Jednak dzięki swojej działalności Kaszpirowski, jak sam przyznał, stał się jednym z pierwszych radzieckich milionerów.
Jeszcze przed uzdrowicielem ze Wschodu, już w latach 70. Polacy szukali pomocy u Clive'a Harrisa. Kanadyjczyk przyciągał do polskich kościołów tłumy wiernych. Podczas grupowych, bezpłatnych seansów połączonych z modlitwą miało dochodzić do uzdrowień. Harris nakładał na chorego ręce i przekazywał energię. Za jego pomoc ludzie wrzucali pieniądze do koszyczków. Każdy dawał, ile chciał. Nie było przymusu. Uzdrowiciel od czasu do czasu wciąż jeszcze pojawia się na seansach w Polsce.
Według Zbigniewa Morawca, onkologa i dyrektora oddziału onkologii w łódzkim szpitalu im. Kopernika, za uaktywnienie się w latach 90. różnej maści uzdrawiaczy odpowiedzialne jest wysokie
bezrobocie w Polsce.
- Nagle zrodziła się możliwość łatwego zarabiania pieniędzy - opowiada Morawiec. - Wielu "uzdrawiaczy" cynicznie z tego faktu skorzystało, czerpiąc niemałe zyski.
Łódzki lekarz uważa, że z bezradności i poszukiwania nadziei przez wielu chorych korzystają przede wszystkim osoby mające duże umiejętności wpływania na innych ludzi.
- To podstawowa cecha w tym fachu - uważa Zbigniew Morawiec. - Pacjent liczy na pomoc i jest podatny na sugestie, nawet na najbardziej szkodliwe porady. Miałem w swoim gabinecie wiele ofiar różnej maści uzdrawiaczy.
Z radykalną opinią łódzkiego onkologa nie zgadza się Zbigniew Nowak, jeden z najpopularniejszych polskich bioenergoterapeutów.
- Niestety, jak w każdym zawodzie mamy do czynienia z ludźmi nieuczciwymi - stwierdza Nowak. - Jednak mając świadomość, że chodzi o ludzkie zdrowie, a nierzadko życie, środowisko odpowiedzialnych terapeutów prowadzi działalność edukacyjną. Informujemy o cechach, które wyróżniać powinny profesjonalistów w zawodzie, np. szyldzie świadczącym o przynależności do cechu rzemieślniczego. Inną diagnozę stawia, proszący o anonimowość, znany warszawski bioenergoterapeuta.
- W naszym kraju na rynku uzdrowicieli panuje totalna wolna amerykanka - uważa. - Działa wielu oszustów, dlatego środowisko powinno dążyć do nałożenia ram i wymagań osobom, które chcą pomagać chorym. Trzeba wprowadzić państwowe egzaminy, które zweryfikują kandydatów.
Jak pokazuje życie, chorzy nie zawsze mogą trafić do uczciwych uzdrawiaczy. Niemalże w każdej gazecie, w rubryce z ogłoszeniami można natknąć się na oferty szybkiego wyleczenia z wszelkiego rodzaju chorób: od nowotworów począwszy, poprzez rozbijanie kamieni nerkowych, leczenie łuszczycy, na rozwiązywaniu kłopotów psychicznych skończywszy. Głośny stał się przypadek "uzdrowicielki" z Gdańska. Kobieta zapewniała, że po kupieniu jej książki i wpłaceniu 200 złotych wypędzi z opętanego złe duchy albo złoży na odległość złamana nogę i spowoduje, że kończyna szybko się zrośnie.
Na szczęście chorzy mogą liczyć też na profesjonalistów.
- Swoim pacjentom mówię, że energoterapia będzie skuteczna jedynie w połączeniu z tradycyjną medycyną - zapewnia Zbigniew Nowak. - Podkreślam, że tylko zażywając leki i stosując się do zaleceń lekarzy, terapia, którą prowadzę z chorym będzie przynosić efekt.
I ty możesz zostać bioenergoterapeutą
W praktyce, w Polsce każdy może zacząć działać na rynku uzdrowicielskim. Aktywność paramedyczna przybiera różne postaci m.in. bioenergoterapii, radiestezji, kręgarstwa, urynoterapii czy wypędzania duchów. Tylko pierwsza z wymienionych dziedzin podlega normom prawnym. Bioenergoterapia uznawana jest bowiem za działalność rzemieślniczą. Do uprawiania pozostałych wystarczą chęci i zdobycie pacjentów. Nie trzeba nawet rejestrować firmy. To niskokosztowy biznes. Trochę pieniędzy trzeba jedynie wydać na rozreklamowanie działalności w prasie i internecie. Żaden urząd nie jest tez w stanie zabronić np. leczenia moczem lub ziołami. Natomiast do wykonywania zawodu bioenergoterapeuty dopuszcza chętnych Izba Rzemieślnicza. Kandydat musi przystąpić do egzaminu czeladniczego i gdy zaliczy test pozytywnie, zostaje przyjęty do cechu. Egzamin poprzedza kurs organizowany przez izbę. Wysokość opłat egzaminacyjnych ustala izba rzemieślnicza. Opłata za egzamin mistrzowski nie może być wyższa niż 40 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, a za egzamin czeladniczy nie wyższa niż 20 proc.
Jednak zdany egzamin to nie wszystko. Bioenergoterapeuci podkreślają, że do pomocy chorym niezbędny jest wewnętrzny dar, nienazywalna energia. Nie mniej przydatna jest też znajomość, choćby podstawowa, anatomii człowieka, budowy ludzkiego organizmu, funkcjonowania ludzkich narządów i procesów zachodzących w organizmie.
- Swój dar odkryłem w roku 1985 - opowiada Zbigniew Nowak. - To było w Kuwejcie, w którym byłem na zaproszenie moich znajomych i pomogłem kilku Arabom. Kiedy moje diagnozy pokryły się ze spostrzeżeniami lekarzy, uwierzyłem, że mogę nieść pomoc chorym ludziom.
Profesjonaliści z branży podkreślają, że aby osiągnąć jak największą wiarygodność, potrzebne są jawność i przejrzystość.
- Wiarygodny bioenergoterapeuta nie pozwoli sobie na działalność bez szyldu i stałego adresu - uważa Zbigniew Nowak. - Dlatego profesjonaliści zakładają własne firmy albo też skupiają się w kilka osób i tworzą spółki. Ci, którzy działają legalnie mają dyplomy czeladnicze oraz mistrzowskie i powinni eksponować je w swoich gabinetach.
- Przyjmuję pacjentów w dwóch warszawskich gabinetach - opowiada jeden z bioenergoterapeutów. - Prowadzę działalność gospodarczą, rozliczam się z fiskusem. Płacę, jak każdy przedsiębiorca składki na ubezpieczeni zdrowotne, emerytalne, odprowadzam podatek
VAT. Nie mam nic do ukrycia, a przed dopuszczeniem do zawodu, musiałem zdać kilka egzaminów.
Dobry biznes?
Bioenergoterapeuci starają się nie podkreślać komercyjnej strony swojej działalności. Wolą raczej mówić o ludziach, którym pomogli. Trudno jednak nie odkryć, że działalność uzdrowicielska przynosi spore dochody.
Niektórzy jak np. Zbigniew Nowak, mają strony internetowe, a nawet własne programy telewizyjne. Uznani bioenergoterapeuci przyjmują w swoich domach. Wielu ma prywatne gabinety. Jedna wizyta u znanego warszawskiego bioenergoterapeuty kosztuje średnio 100 zł. Jednak najczęściej konieczne są minimum trzy spotkania.
- Poza tym każdy odwiedzający mnie pacjent musi ściśle stosować się do zaleceń, m.in. żyć w czystości psychicznej - dodaje warszawski bioenergoterapeuta. - Tylko postępowanie wedle moich wskazań daje szansę na skuteczną terapię.
Aż tak rygorystycznych warunków nie stawia Zbigniew Nowak.
- Jedyne do czego wręcz zmuszam moich pacjentów, to łączenie bioterapii z medycyną klasyczną - opowiada. - Tylko stosowanie leków i moja energia mogą doprowadzić do uleczenia.
Chorzy odwiedzają Zbyszka Nowaka w Podkowie Leśnej. Bilet na jedno spotkanie kosztuje 50 zł. Możliwa jest też opieka nad pacjentem na odległość. Wtedy trzeba zostawić u Nowaka zdjęcie chorego. Miesięczny koszt to również 50 zł.
Ilu mieli pacjentów? Jak dużo zarabiają? O tym nie chcą mówić. Wolą raczej pochwalić się liczbą podziękowań za pomoc.
- Na mojej stronie internetowej jest ponad 1000 plików dźwiękowych z wypowiedziami osób, którym pomogłem - mówi Nowak. - Ale to tylko niewielka część ze sporej grupy.
Biznes jak każdy inny
Jak wygląda wizyta u energoterapeuty? Czy ma magiczną różdżkę, a może kulę. Czy wygląda normalnie, a może przywdziewa jakieś niezwykłe szaty. Postanowiliśmy przekonać się sami i pojechaliśmy na spotkanie do Zbyszka Nowaka. O terminach sesji chorzy mogą dowiedzieć się ze strony internetowej. Energoterapeuta przyjmuje trzy razy dziennie od poniedziałku do środy w godzinnych odstępach.
Zaraz po wejściu do domu Nowaka chory kupuje bilet na spotkanie. Dostaje butelkę wody mineralnej ze specjalną naklejką. Z podobizną Nowaka i rąk które leczą. Koszt to 50 zł. Bilet trzeba wypełnić, wpisując
dane chorego oraz dolegliwości i choroby. Naklejkę z imieniem i nazwiskiem osoby, której woda ma pomóc trzeba przykleić na butelkę. Pacjentów indywidualnych Nowak przyjmuje w swoim gabinecie. To spory pokój, na środku którego stoi duży stół. Książki na regałach, stare komody i duże modele żaglowców. Żadnych tajemniczych przedmiotów, żadnych różdżek, kul czy innych niezwykłości. Nowak ubrany w białą koszulę, kamizelkę, spodnie i krawat. Wita się serdecznie i zaprasza na spotkanie.
Swój biznes prowadzi razem żoną Aleksandrą. Jest jego rzecznikiem prasowym. Prowadzi korespondencję, odpowiada na maile. Jest gospodynią programu w stacji TV4, w którym występuje Zbyszek.
Pacjenci odwiedzający energoterapeutę, obok uczestnictwa w spotkaniu, mogą kupić książki autorstwa Nowaka np. "Kurierem z Podkowy" za 12 zł, czy "Ocean czasu". "Kurier" to opowieści ludzi, którym pomógł Nowak wyzwolić się z chorób i kłopotów życiowych. Do nabycia są też kalendarze różnej wielkości: przekazujące energię i zapewniające pomyślność w życiu i interesach, płyta DVD z programem Zbyszka oraz miód z pasieki Nowaka. Mały słoiczek za 10 zł.
Ręce które leczą
Gdy wybija pełna godzina chorzy schodzą do sali w piwnicy domu. Ściany w pomieszczeniu wypełniają setki listów, podziękowań, obrazków od ludzi, którym pomógł Zbyszek. Na dużym ekranie prezentowany jest program "Ręce które leczą" z terapeutą w roli głównej. W programie chorzy opowiadają z jakich chorób wyleczył ich Nowak. Wyzdrowieli np. z zakaźnej żółtaczki, wyzbyli się chronicznych bóli głowy. Po półgodzinnym seansie zapada cisza. Po chwili z głośników płyną kojące dźwięki z filmu "Misja". Do sali wkracza Zbyszek Nowak. Przy ustach mikrofon. Jest uśmiechnięty i kipi energią. Wita się z przybyłymi. Zaczyna swoją opowieść o chorobach, energii.
Nowak nieustannie jest w ruchu. Uśmiecha się, gestykuluje, emanuje pozytywną energią.
Kolejny punkt spotkania to przekazywanie energii.
- Wykonamy trzy gesty, które pomogą nam pobrać energię - mówi.
Łagodna muzyka towarzyszy przekazowi. Po paru minutach kolejny seans energetyczny. Tym razem dłuższy. Wszyscy w skupieniu wykonują polecenia Zbyszka. W międzyczasie uczestnicy wykonując trzy gesty energetyzują wodę, którą dostali przed wejściem na spotkanie.
Na zakończenie Zbyszek podchodzi do każdego z pacjentów, odbiera kartki z wypisanymi chorobami. Podaje każdemu rękę, potem wykonuje nad głową i ciałem chorego tajemnicze ruchy. Dotyka skroni. Ma wielu zagorzałych fanów i klientów, którzy leczą się u niego od 15 lat i dłużej. Te ręce naprawdę leczą - twierdzą.
Nie tylko bioenergia
Jedyną regulowaną przez prawo i tworzącą struktury zawodowe dziedziną niekonwencjonalnych metod leczenia jest energoterapia. Obok bioenergii funkcjonuje szereg działalności, do których uciekają się zdesperowani chorzy. Urynoterapia, różdżkarstwo, wypędzanie duchów, leczenie na odległość, nastawianie kości czy operacje dokonywane gołymi rękami bez narzędzi. Uzdrowiciele doradzają np. chorym na raka picie własnego moczu i mieszanek ziół niewiadomego pochodzenia. Inni znachorzy kłopotów ludzi upatrują w żyłach wodnych. Tylko zneutralizowanie żył zagwarantuje dobre samopoczucie domowników. Żyłę potrafią wskazać i unieszkodliwić jedynie różdżkarze. Opłaty za usługi są zróżnicowane. Pomoc różdżkarza może kosztować od 500 do 1000 zł. Kręgarz za nastawienie kręgów może zażądać za wizytę od 200 do 500 zł.
Widowiskowe są operacje, w których specjalizują się Tajowie. Bez otwierania narzędziami chirurgicznymi ciała potrafią gołymi rękami dotrzeć do chorego organu i go usunąć. Ceny od 500 zł i więcej.
- W wielu przypadkach, uzdrowiciele to oszuści żerujący na ludzkim cierpieniu, naiwności i desperacji - uważa onkolog Zbigniew Morawiec. - Jeśli wmawiają chorym, że są w stanie wyleczyć np. nowotwór, to perfidnie kłamią i oszukują. Cynicznie wykorzystują ludzi.
W Łodzi przez kilka lat działał uzdrowiciel, mający rzekomo pomagać kobietom zmagającym się ze schorzeniami kobiecymi. Okazało się jednak, że podczas spotkań zamiast przekazywania pozytywnej energii, doszło do kilku przypadków molestowania seksualnego. W tej sprawie trwa śledztwo.
O innej ofierze uzdrowiciela mówi sam Zbigniew Morawiec.
- Trafiła do mnie kiedyś młoda pacjentka z nowotworem piersi - wspomina lekarz. - Rak był do wyleczenia, jednak po pierwszej wizycie kobieta więcej się u mnie nie pojawiła. Po pół roku do mojego gabinetu chorą kobietę wnieśli rodzice. Okazało się, że jakiś oszust z Wielunia wmówił dziewczynie, że wyleczy ją ziołami. Gdy trafiła do szpitala nic nie mogliśmy już zrobić.
Zbyszek Nowak wierzy, że zwyciężą uczciwe osoby pomagające chorym. Warszawski bioenergoterapeuta, który chce zostać anonimowy ma inne zdanie. - To lobby lekarzy deprecjonuje nasze osiągnięcia, bo medykom zależy na pieniądzach - uważa. - Niech o naszych osiągnięciach świadczą uzdrowieni pacjenci.
Michał Bogurat (miesięcznik Własny Biznes)