Renesans piractwa: W XXI wieku piraci to nie fantazja
06:52
19.07.2007
Właśnie wschodziło słońce, kiedy ogromny kontenerowiec "Australian Star" pruł spokojne przez wody Morza Południowochińskiego. Uspokojony po bezpiecznym przejściu przez
Cieśninę Singapurską, kapitan Peter Newton
zszedł z mostku do swojej kabiny. Zaczął
rozpakowywać swe torby. Kiedy statek mijał indonezyjską wyspę Bintan, czyjaś ręka energicznie szarpnęła za zasłonę wiszącą w otwartych drzwiach...
Do kajuty wdarło się dziewięciu drabów. Ostrą
niczym brzytwa maczetę przystawili kapitanowi
do karku. Łamaną angielszczyzną zagrozili,
że zginie, jeżeli natychmiast nie otworzy sejfu
statku. Wzbogaceni o 20 tysięcy dolarów
spokojnie wyszli na pokład i zniknęli za burtą,
schodząc po linowych drabinkach do małej motorówki
kołyszącej się przy rufie "Australijskiej
Gwiazdy". Na odchodnym ostatni z morskich
rozbójników zdzielił jeszcze pięścią kapitana
w szczękę. Nikt z jego załogi zajętej codziennymi
zadaniami na statku nie zauważył nawet
wizyty porannych gości.
Mamy XXI wiek, a piraci to nie fantazja. Gdy w kinach wyświetlana jest trzecia część sagi o kapitanie
Jacku Sparrowie, podobni mu wyjęci spod
prawa morscy rozbójnicy grasują w najlepsze
jak za czasów Roberta Louisa Stevensona i jego
"Wyspy Skarbów". Wyposażeni w GPS i inne
elektroniczne systemy namierzania statków,
uzbrojeni w noże, pałki, kałasznikowy i ręczne
wyrzutnie granatów (RPG) wciąż są postrachem
wielu akwenów morskich. Szturmują
duże statki, ale także holowniki i prywatne
jachty. Większość napadów odbywa się we
wczesnych godzinach porannych (60%), a najczęstszym
celem napadu jest kabina kapitana
i znajdujący się w niej sejf.
Dla haraczu biorą zakładników. Biorą nawet
paliwo do silników swych motorówek i pontonowych
ścigaczy.
Straty światowej żeglugi handlowej szacuje się
corocznie na 16 miliardów dolarów -- to koszta
rozkradzionego ładunku, uprowadzonych statków,
wypłaconych ubezpieczeń. I nie są to zapewne
liczby rzeczywiste. Bo wielu kapitanów
nie składa raportów o atakach piratów. Sporo
takich incydentów ma bowiem miejsce na
wodach międzynarodowych i żadne państwo
nie zamierza sobie zawracać głowy prowadzeniem
śledztwa w tych przypadkach. Tak było
z morskimi rozbójnikami, którzy opanowali
tajlandzki statek rybacki u wybrzeży Somalii.
Okręt marynarki wojennej USA odbił co prawda
statek i schwytał przestępców. Ale ostatecznie
puszczono ich wolno, bo ani Tajlandia, ani żadne
inne państwo nie chciało ich sądzić.
Międzynarodowe Biuro Żeglugowe przedstawiło
właśnie swój doroczny raport na temat
piractwa. Pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia
ubiegłego roku odnotowano 239 przypadków
morskiego rozbójnictwa. Gniazdem piractwa
nie są już Karaiby. We współczesnych latach ich
ulubionym akwenem stało się Morze Południowochińskie.
To ono było sceną co trzeciego
aktu przemocy. Równie chętnie piraci atakują
w Cieśninie Malakka, pomiędzy Malezją
i Sumatrą. Jest tutaj bardzo tłoczno, bo krzyżują
się azjatyckie morskie szlaki transportowe.
Szczególnie niebezpiecznie jest na morskich wodach przylegających
do Bangladeszu czy wybrzeży tzw.
państw upadłych.
Na Oceanie Indyjskim w pobliżu
Somalii proceder piracki przyjął
specyficzną formę. Tu od kilkunastu
lat przeważnie porywa się
załogi statków, a za ich uwolnienie
żąda kolosalnych okupów. Rok
temu, kiedy islamscy fanatycy
z Unii Sądów Szariackich przegnali
lokalnych watażków i przejęli
władzę nad niemal całym krajem,
skala piractwa znacząco zmalała.
I nie ma się co dziwić, bo islamiści
karali śmiercią morskich rozbójników.
Ale pod koniec minionego
roku wojska sąsiadującej z Somalią
Etiopii przegnały fanatycznych
islamistów i na efekty nie trzeba
było długo czekać. Piraci powrócili
Równie niebezpiecznie jest po drugiej stronie
Afryki, nad Zatoką Gwinejską. Tu niepewne
dnia ani godziny są nie tylko płynące czy
stojące na kotwicy statki. W stałym niebezpieczeństwie
są pracownicy na naftowych
platformach wiertniczych u wybrzeży Nigerii.
W ostatnich tygodniach odczuł to boleśnie na
własnej skórze nasz rodak zatrudniony tam
przez koncern Shella. Był w grupie uprowadzonych.
Na szczęście armatorzy i nafciarze
wiedzą, jak postępować w takich sytuacjach.
Bez szemrania płacą piratom żądane haracze.
Zresztą piractwo to nie wyłącznie egzotyka.
Czarna flaga z trupią czaszką i piszczelami
pojawiła się na Bałtyku. Do piractwa i rozboju
morskiego dochodzi także na polskich wodach
terytorialnych. Od roku 2002 co roku zdarzają
się napaści piratów na łodziach motorowych
w pobliżu Helu w celu okradania jachtów i ich
załóg. Szczególnie złą sławę wśród rybaków
i żeglarzy mają akweny Zalewu Wiślanego, gdzie od kilku lat grasują morskie gangi
składające się w większości z byłych marynarzy
radzieckiej Floty Bałtyckiej operujących na
złomowanych łodziach patrolowych, wojskowych
pontonach i małych kutrach rybackich,
rabujących nadbrzeżne wsie, przystanie
jachtowe i rybackie tak po stronie rosyjskiej, jak
i polskiej. Podobne incydenty powtarzają się
w Zatoce Puckiej, Zatoce Gdańskiej i na Zalewie
Szczecińskim. Bandyci rabują zwykle pieniądze,
telefony komórkowe, wyposażenie. Opornych
wyrzucają za burtę.
Wzmożona aktywność piratów w obecnych czasach
wynika głównie z powodów ekonomicznych.
Prawie 90 procent światowego handlu
odbywa się szlakami morskimi. Na dodatek
cięcia w kosztach uczyniły ze współczesnych
statków handlowych bardzo wrażliwe i łatwe
cele. Średni stan załogi na wielkim kontenerowcu
to 20-24 ludzi, na dodatek bezbronnych.
Zazwyczaj na nocnej wachcie czuwa zaledwie dwóch z nich. Nie są w stanie
upilnować burt płynącego
kolosa. Im w sukurs może
przyjść współczesna technika
i elektronika. Pojawiły się
elektroniczne mapy z zaznaczonymi
miejscami pirackich
ataków i ich kryjówek. Na
rynku są satelitarne systemy
pozwalające armatorom
śledzenie poprzez internet
rejsu swoich statków
i automatycznie wszczynać alarm na wypadek
ataku. Dostępne są też detektory akustyczne
pozwalające wykryć nadpływające małe łodzie
i pontony. Są nawet "elektryczne pastuchy" mogące
otoczyć polem całą pływającą jednostkę.
Z siłą 9000 woltów porażą one każdego intruza
usiłującego wdrapać się na burtę. Po takim
"kopie" z pewnością minie mu chęć do rabunku.
Zabezpieczenia przed piractwem istnieją.
Z pewnością nie wyeliminują go całkowicie, ale
mogą je drastycznie ograniczyć. Tyle, że tylko
nieliczni armatorzy gotowi są płacić za dodatkowe
środki bezpieczeństwa. W najlepszym
razie wynajmują ochroniarzy, co stało się już
powszechną praktyką w portach zachodniej
Afryki. Marynarze na piractwo mają jeden
sposób. Czuliby się bezpieczniej i zapewne
skutecznie powstrzymaliby zbójecki proceder,
gdyby pozwolono im nosić broń na pokładach swoich statków.
Olgierd Domino
Źródło:
