Kaliningrad - ile brakuje by stał się "Bałtyckim Hongkongiem"
06:00
08.08.2007
Od kiedy Boos dokonał przewrotu pałacowego, zastępując w fotelu gubernatora Kaliningradu admirała Jegorowa, Obwód zaczął pruć do przodu w gospodarczych statystykach. W tym cudzie gospodarczym teoretycznie udział biorą także polskie firmy. Jednak ten, kto upaja się liczbą ponad 500 polskich firm działających w Kaliningradzie, popełnia błąd.
Połowa z nich to "papierowe tygrysy", które po dokonaniu jednej transakcji zostały przez właścicieli często "uśpione", aż do następnej nadarzającej się okazji. Tylko nieliczne z nich decydowały się na trwałe zakotwiczenie w Obwodzie, a zwłaszcza na dokonanie w nim inwestycji.
Polskie firmy w Kaliningradzie
Wśród bardziej widocznych polskich przedsięwzięć można wymienić Budimex, który buduje biurowiec w samym centrum miasta, Maspex, który uruchomił zakład produkcji kawy w Swietłogorsku, a także Gino Rossi z ekskluzywnym salonem obuwniczym przy głównym "prospekcie". Pomysłów na dobry interes w Kaliningradzie długo szukać nie trzeba. Każdym towarem po konkurencyjnej cenie zainteresowani są przedstawiciele sieci supermarketów Wester.
- Jeśli ktoś chce wejść na rosyjski rynek, to nasza sieć jest do tego idealna - chwali się Oleg Drużkin, dyrektor sprzedaży hurtowej Westera. Cały czas poszukuje ofert polskich firm. Dał nawet ogłoszenie na stronach internetowych konsulatu.
Większość polskich partnerów handlowych Westera to producenci artykułów gospodarstwa domowego: Jork z Belechowa, czy Plafor, producent artykułów dla domu i ogrodu, a także bydgoska firma OKT dostarczająca sprzęt biurowy. - Obecnie chcemy nawiązać współpracę z przedstawicielami innych branż. Trwają rozmowy z Terravitą - opowiada dalej Drużkin.
Pytany o rosyjskie embargo na polskie mięso i owoce mówi, że w uzależnionej od dostaw od sąsiadów kaliningradzkiej enklawie to spory problem. - Polskie produkty nadal są obecne na naszym rynku, ale podrożały o kilka procent. Właśnie tyle pobierają wyspecjalizowani pośrednicy z Litwy, którzy polskim produktom wystawiają obcą metkę - mówi przedstawiciel Westera.
Granica i mrówki
Każdy, kto zdecyduje się na robienie interesów w Kaliningradzie i będzie chciał przekraczać granicę autem, będzie musiał się przygotować na: stanie razem z "przemytniczymi mrówkami" w kilkugodzinnych kolejkach, wypełnianie wielu rosyjskich dokumentów w rodzaju bumażek, karteczek itp. Formalności wprowadzonych tylko po to, by sztucznie wstrzymywać ruch na granicy. Bo kolejki są po to, by ktoś mógł płacić za przejazd bez kolejki.
To, co się wyrabia na przejściach granicznych Gronowo, Bezledy czy Gołdap to właśnie istny Sajgon. Gdyby żył marszałek Żukow, z pewnością wizytując polsko-rosyjską granicę powiedziałby swoje słynne "szto eto za bardak" (ros. co to za burdel), po którym kierujący "bardakiem" z pewnością zostałby pozbawiony urzędu, o ile nie życia. - Przemyt mięsa!? Nie wiem, czy to można nazwać przemytem... - dziwi się Dariusz Słyszewski, szef oddziału celnego na przejściu granicznym w Bezledach.
- Ludzie robią zakupy w sklepach w Bartoszycach i normalnie przewożą zakupione po polskiej stronie produkty. Trudno stwierdzić, od jakiej ilości przewóz polskiego mięsa przez granicę staje się już działalnością gospodarczą czy przemytem. 10 kilo kiełbasy, pół świni? Celnicy potwierdzają, że mięso stało się obok papierosów i benzyny przywożonych z Rosji towarem numer jeden wwożonym na terytorium Obwodu.
- Wygląda to tak. Podjeżdża bus z ośmioma osobami. Każdy pasażer ma po dwie siaty kiełbasy, szynek, wędlin. Ilości są takie, że każdy się tłumaczy, że to normalne zakupy do domu. Właściwie nie mamy się o co przyczepić, jeśli ktoś ma paragon ze sklepu - opowiada jeden z celników.
Jak dotąd zanotowano jedną próbę prawdziwego przemytu. W Gronowie granicę chciał przekroczyć Rosjanin, który w tapicerce samochodu upchnął 200 kilogramów mięsa.
Boss Kaliningradu
Georgij Boos rządzi w Obwodzie Kaliningradzkim już dwadzieścia miesięcy. Twardą ręką stara się realizować swój program, rozwalając miejscowe koterie, kliki i układy. Nie jest więc on ulubieńcem miejscowych elit i powiązanych z nimi mediów.
Irina Suchoterina, rzecznik prasowy gubernatora, przyznaje, że szef nie ma dobrej prasy. Boos jednak to człowiek, który nie zniechęca się tak łatwo. Robi swoje, zdając sobie sprawę, że ma poparcie samej Moskwy. Wie, że w ostatecznym rozrachunku zadecydują fakty. A te jak na razie przemawiają za nim.
Według rankingu Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie, jakość zarządzania państwowego w Obwodzie Kaliningradzkim jest całkiem niezła. Uplasował się on na 7. miejscu w Rosji, podczas gdy Moskwa na 31., a Sankt Petersburg na 77. pozycji.
Kiedy pytamy jednego z urzędników, kto zacz ten Boos, ten zażartował: -- Szef to specyficzna osoba. Nazwiska Boos nie kojarzyłbym z angielskim bossem, ale proponowałbym słówko boost (ang. przyspieszenie, turbodoładowanie), bo takiego tempa pracy jeszcze tu nie było.
Przekonujemy się o tym, gdy czekamy w sekretariacie na przekładane z godziny na godzinę spotkanie. Za drzwiami trwa narada rządu, słychać podniesione głosy. Za chwilę wychodzi jeden z urzędników. Czerwony jak burak, luzuje krawat. - Już nie mogę - wzdycha i wychodzi.
Do sekretariatu wbiega kolejny pan, staje na baczność przed sekretariatem, porządkuje kwity w teczce. - Jak Boos? - pyta. Sekretarka kręci głową. Chyba raczej w kiepskim nastroju. Urzędnik przeżegnał się i zamaszystym krokiem wszedł na naradę.
Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, kto tu rządzi, to prawdziwym "who is who" są urzędnicze limuzyny stojące przed gmachem obwodowej administracji. Gubernator Boos jeździ najnowszym BMW 750 z rejestracją 001, jego zastępca pośledniejszym modelem o numerze 002, ministrowie rządu mają kolejne cyfry i tak dalej, aż do trzydziestu. Jednak Boos odniósł dwa duże sukcesy: ograniczył korupcję i szarą strefę.
Kiedy więc w końcu siadamy twarzą w twarz, pierwsze pytanie dotyczy właśnie tych kwestii. Gubernator śmieje się, gdy przypominamy mu wypowiedź, że "łapówkarzy powydusza własnymi rękami".
- Udało się?
- Chyba tak. A co najmniej nie jest to znaczącym problemem w biznesie. Żaden urzędnik nie weźmie łapówki. Nie wierzycie, sami sprawdźcie. Spróbujcie dać.
- A jak to było z tym wezwaniem przedsiębiorców do ujawnienia prawdziwych dochodów firm? Podobno zagroził pan, że na tych, którzy nie wyjdą z szarej strefy, sprowadzi pan konkurencję - pytamy.
- Dokładnie tak było - zaśmiał się gubernator. - Głównie dzięki zwiększonym dochodom zgłoszonym do opodatkowania budżet Obwodu zwiększył się dwukrotnie.
Na co pójdą te środki? Rozruszanie obwodowej gospodarki to niełatwa sprawa. W ciągu ostatnich dwóch lat Kaliningrad zmienił się, ale pozytywna zmiana sięga nie dalej niż sto metrów od głównych arterii Prospektu Lenińskiego czy ulicy Gierojskiej. Z okazji obchodów 750-lecia miasta ruszyła odbudowa katedry oraz rekonstrukcja starego miasta. Administracja wzięła się nawet za Pałac Rad, który po upadku ZSRR nigdy nie został dokończony i szpecił widok na miasto jak zepsuty ząb. Teraz wstawiono okna, dokończono elewację, ale tylko od pierwszego piętra w górę. Dół jako niewidoczny w krajobrazie miasta dalej pozostał zdewastowany.
Urzędnicy pytani, co się tam będzie mieścić, wzruszają ramionami. Chyba biura, ale czyje, nie wiadomo.
Gubernator Boos: - Chcę wypromować Obwód jako dobre miejsce do robienia interesów. Nasza delegacja gospodarcza pojechała nie tylko do Warszawy, ale także na Litwę, Białoruś. Po wizycie w Danii mamy pierwsze sygnały o zainteresowaniu inwestorów. Jeśli chodzi o zainteresowanie polskich przedsiębiorców, to od naszej akcji minęło zbyt mało czasu. Sądząc jednak po dużej frekwencji, jestem pewien pozytywnych efektów.
Georgij Boos liczy, że to zagraniczne inwestycje pociągną gospodarkę. W Obwodzie Kaliningradzkim stworzono więc pięć "stref przemysłowych". Zostały one zlokalizowane na przedmieściach Kaliningradu, w Sowiecku, Czerniachowsku, Gusiewie i Gwardiejsku. Miejsce na działalność znajdzie w nich około trzystu przedsiębiorstw. Potencjalni inwestorzy mają otrzymywać już gotowe działki, na których będą mogli prowadzić działalność. Pierwszeństwo mają projekty związane z produkcją artykułów spożywczych, materiałów budowlanych, przetwórstwem zbóż i rzepaku, budową i remontem statków, przetwórstwem drzewnym i przemysłem meblarskim, a także obróbką bursztynu.
Pierwsi chętni do inwestowania w strefach już są. Brazylijska firma Sadia zamierza zbudować w Kaliningradzie zakład przetwórstwa mięsnego. W jej ślad idą Włosi, którzy chcieliby zainwestować w zakład przetwórstwa ryb. O ich poważnym podejściu do sprawy świadczy fakt, że na rekonesans przysłali także grupę naukowców z Uniwersytetu Insubria w mieście Varese, zajmującego się problematyką ekologicznego połowu i przetworu ryb.
Obwód Kaliningradzki znalazł się też wśród szczęśliwej siódemki rosyjskich regionów, którym Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego i Handlu Federacji Rosyjskiej zezwoliło na uruchomienie specjalnej strefy turystyczno-rekreacyjnej. Ma ona powstać na Mierzei Kunońskiej. Pod względem rozwoju infrastruktury rejon ten stanowi jednak absolutną dzicz. Trzy wioski na niej leżące, czyli Rybaczyj, Morskoje i Lesnoje są zaopatrywane w energię elektryczną z Litwy, a woda do picia i gaz w butlach są im dowożone. Wszystko praktycznie trzeba tam zbudować od zera.
W 2007 r. Moskwa na rozwój infrastruktury strefy ma przeznaczyć 1,3 mld rubli (1 dolar - 25 rubli). Obecnie plany zagospodarowania mierzei opracowują eksperci moskiewscy, którzy następnie udostępnią swoje opracowania inwestorom. Utworzenie nad Morzem Bałtyckim specjalnej strefy turystycznej czyni z jego wybrzeża bardzo atrakcyjne terytorium. Tym bardziej, ze utworzona nad nim strefa ma być rozszerzona. Ma być ona wcielona do samodzielnej jednostki municypalnej, która wchłonie takie istniejące kurorty jak Swietłogorsk i Jantarnyj.
Kaliningradzkie Las Vegas
Gubernator Obwodu Georgij Boos chciałby powiązać strefę turystyczną z nadmorską strefą rozrywkowo-hazardową, która jako jedna z czterech w Rosji ma być zlokalizowana w Obwodzie Kaliningradzkim. Już teraz w prasie kaliningradzkiej trwają spekulacje, gdzie powstanie "jaskinia hazardu" i ile przyniesie profitów.
- Oczywiście oprócz zysków obawiam się też ciemnych stron tej inwestycji, jak wzrost przestępczości - mówi dalej gubernator Boos.
Pytany o to, na ile ma wolną rękę w działaniach i jest niezależny od Moskwy, odpowiada tak: - Musicie pamiętać, że Obwód to jednak kawałek Rosji i wiele zależy tu od Moskwy. Prezydent Putin zaproponował, by Kaliningrad stał się pomostem pomiędzy Rosją a Unią Europejską. Stąd uproszczony system wizowy dla Polaków oraz liczne ulgi dla inwestorów zagranicznych, które zostały wprowadzone w wolnych strefach ekonomicznych. - Jeżeli przygotowujemy jakiś program, to muszę rozmawiać i współpracować z przedstawicielami organów władzy, bo potrzebne jest wsparcie budżetu państwowego - dodaje.
Dobra wiadomość dla polskiego biznesu to przygotowywana ustawa o współpracy przygranicznej, dająca granicznym obwodom więcej samodzielności w kontaktach z Polską i Litwą. Dla biznesmenów z Polski byłaby to z pewnością dobra wiadomość.
Czy mniej zależny od Moskwy gubernator Boos lobbowałby za zniesieniem embarga? - Zgadzam się, że sankcje ekonomiczne to jest ostatnia rzecz, którą można zastosować, by na dobre popsuć stosunki ekonomiczne pomiędzy krajami. Nikt przy tym nie wygrywa. Byłoby dobrze, gdyby ktoś przed wprowadzeniem embarga najpierw obliczył, co po tym nastąpi. Oczywiście z mojego punktu widzenia, dla Polski tak jak i dla Rosji jest to bardzo niekorzystne.
Irina Nowochatko, Tomasz Molga
współpraca: MAK
Źródło:
