Palenie wyrobów tytoniowych, czyli między zdrowiem a wielkim biznesem
11:21
13.09.2007
Nie ulega wątpliwości, że palenie tytoniu szkodzi zdrowiu. Krucjata antynikotynowa, o ile będzie skuteczna, jednym może pomóc, a innym (przynajmniej na początku)... zaszkodzić! Jeśli bowiem założyć, że statystyczny palacz puszcza z dymem rocznie bez mała 2 tysiące złotych, a w Polsce nałogowo pali ok. 9 mln ludzi, to co byłoby, gdyby w przyszłym roku kilka milionów rodaków rzuciło ten nałóg? Cieszyć się, czy martwić? Teoretycznie taki cud może się zdarzyć. I tylko śnić o tym, by się on wydarzył.
Pamiętać należy jednak, że antynikotynowa kampania nie jest bezbolesna. Nie tylko dla nałogowców, ale także dla tych, którzy z nich żyją...
Bo z jednej strony państwo boleje nad tym, że jego obywatele trują się, a z drugiej - wpływy z podatków i akcyzy na wyroby tytoniowe są niebagatelne. W 2006 r. wyniosły one 11,7 mld złotych, co stanowiło 7% wpływów budżetu Rzeczypospolitej! Logiczne więc jest, że nie można - na dłuższą metę - Panu Bogu świecić świeczkę, a diabłu ogarek. Skuteczna walka z nikotynizmem przekładać się musi na widoczny spadek grupy uzależnionej od tytoniu. Mniej palących to mniejsze wpływy - prędzej czy później - do budżetu z tytułu akcyzy. Mniejsza produkcja na rynek wewnętrzny musi wywołać reperkusje wśród 200 tys. osób utrzymujących się z pracy w branży tytoniowej i jej pokrewnych.
Pójdą z torbami?
W Polsce z 21 tys. hektarów zbiera się aktualnie ok. 50 tys. ton tytoniu. Dziś uprawa jest opłacalna dla 60 tys. rolników, bo obowiązują unijne dopłaty bezpośrednie. Komisja Europejska odchodzi od nich. I w tym roku Unia będzie dopłacała, ale do hektara (uprawy), a nie kilograma (zebranego tytoniu).
O zmianie w strukturze dopłat dla plantatorów tytoniu Unia zdecydowała w 2003 r. Polska wytargowała 3-letni okres przejściowy. W tym czasie dopłacano i do produkcji, i do obszaru uprawy. W 2006 r. nasi producenci tytoniu otrzymywali ok. 55 euro dopłaty obszarowej do każdego hektara oraz ok. 1,7 euro do każdego kilograma liści tytoniowych.
Od tego roku nie będzie dotacji do kilograma. Wzrosną - do ok. 80 euro - dopłaty do gruntu. To nie zrekompensuje jednak utraconych dochodów od 50 tys. ton tytoniu zbieranego co roku w Polsce. Nie należy sądzić, by koncerny tytoniowe przejmowały się losem dostawców, skoro tytoń importowany z Mozambiku jest lepszy i tańszy od polskiego. W wielkim skrócie rzec można, że krajowi producenci tytoniu mogą polec od odłamków w wojnie antynikotynowej prowadzonej przez Unię Europejską. Pytanie brzmi: co w zamian państwo zaoferuje plantatorom? W końcu chodzi o kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Stworzenie - dla choćby części plantatorów - nowych miejsc pracy należy wliczyć w cenę polityki antynikotynowej.
Mniejszość, czy większość?
Jak wiadomo, Sejm pracuje nad ustawą całkowicie zabraniającą "palenia w miejscach pracy, restauracjach oraz innych zadaszonych miejscach publicznych, a także w samochodach, w których znajdują się dzieci". Tym samym Polska ma znaleźć się w gronie państw "wrogich" palaczom, a przyjaznym niepalącym, takich jak choćby Francja, Wielka Brytania, Włochy, Estonia, czy Nowa Zelandia (państwo o najostrzejszej w świecie polityce antynikotynowej; papierosów nie można tam pokazywać m.in. nawet jako rekwizytu w... spektaklu teatralnym!).
"W Irlandii wprowadzenie całkowitego zakazu palenia w miejscach publicznych - czytamy w portalu Money.pl - spowodował początkowo spadek obrotów w restauracjach i pubach o 15%. Potem jednak zaczęły wracać do normy". Branża gastronomiczna w Polsce nie podziela takiego optymizmu. Właściciel małej piwiarni już teraz drży ze strachu. 90% jego klienteli to palacze. Jeśli ustawodawca nie wprowadzi jakichś wyjątków od reguły, to takim barom grozi plajta. To też należy wliczyć w cenę krucjaty antynikotynowej.
Zdaniem Ryszarda Berneta, prezydenta Stowarzyszenia Polskich Barmanów, gastronomia i hotelarstwo (60 tys. zatrudnionych) oczekują przepisów, które "będą chroniły prawa zarówno osób palących, jak i niepalących, uwzględniając jednocześnie fakt, iż zbyt restrykcyjne przepisy mogą mieć negatywny wpływ na rozwój całej branży". Zważywszy, że w Polsce jednak więcej ludzi nie pali, a tych, którzy palą i tak jest stanowczo zbyt wielu, to zrozumiałe jest, że ustawodawca liczyć musi się przede wszystkim z interesem większości. Argumenty o ochronie praw mniejszości (palącej) są tyleż słuszne, co tezy o tym, że skoro jakaś grupa używa marihuany, to jej palenie powinno być zalegalizowane.
Z drugiej strony, jeśli zaufać danym "British Medical Journal" (2002 r.), już tylko wprowadzenie zakazu palenia w pracy powoduje, że uzależnieni spalają o 29% mniej papierosów. Zatem państwo, podejmując takie działania, wykazuje troskę o zdrowie obywateli, bo palenie szkodzi, co przyznają koncerny tytoniowe, zastrzegając, że ich produkty "mogą być konsumowane jedynie przez osoby dorosłe, świadome ryzyka, jakie podejmują".
Jeśli jednak przypomnieć, że w Polsce dorosłych jest 10 milionów, a pali dziewięć, to czy to oznacza, że jedynie milion pełnoletnich nie używa tytoniu? Pytanie retoryczne.
Palimy mniej?
Tadeusz Parchimowicz z Departamentu Zdrowia Publicznego Ministerstwa Zdrowia nie bardzo wierzy w statystykę, z której wynika, że w Polsce ubyło palących (patrz ramka). Liczby te tylko poniekąd odzwierciedlają rzeczywistość. Statystykę deformuje... tytoń luzem, który obciążony jest akcyzą o 30% niższą niż w przypadku papierosów. W opinii Departamentu, to wadliwe ustawienie akcyzy ma wpływ na konsumpcję tytoniu.
Skoro produkcja tytoniu do skrętów jest niższa o 5-6% od "normalnych" papierosów, to i akcyza nań powinna być niższa o tyleż, a nie o 30%. Jeśli paczka papierosów kosztuje 6,90 zł, to do budżetu trafia 3,66 zł z akcyzy, a 1,25 zł za sprawą podatku VAT. A z papierosa skręconego (bibułki i sprzęt do wykonywania papierosów nie są obłożone akcyzą) - już znacznie mniej. Co prawda biedni mają co palić, ale mogą zachorować tak samo, jak palący "fabryczne" papierosy...
Zysk, czy straty?
Nie ulega wątpliwości, że najwięcej na palaczach zarabiają producenci tytoniu. Z ruchów tej machiny utrzymują się m.in. - plantatorzy i sprzedawcy. Niestety: "Palenie zabija", "Palenie może być przyczyną groźnych chorób" itp. Koszty leczenia skutków tego nałogu ponosi nie tylko chory, ale przede wszystkim (w naszej rzeczywistości) - państwo. Kosztuje profilaktyka, kosztuje - i to jeszcze więcej - leczenie tzw. chorób odtytoniowych. W Narodowym Funduszu Zdrowia nie mają dokładnych danych, z których wynikałoby jednoznacznie, że wskutek nałogu leczenie jego skutków wyniosło tyle a tyle.
Rzecznik NFZ Jolanta Kocjan nie wie, ile Fundusz wydał na leczenie palaczy, bo nie da się stwierdzić, kto np. zachorował na raka płuc z powodu palenia, a kto z innej przyczyny. I mówi prawdę. Bo ani w Polsce, ani w Europie nie prowadzi się w tej mierze buchalteryjnych wyliczeń. Wspomniany wcześniej Tadeusz Parchimowicz mówi, że z amerykańskich wyliczeń wychodzi, że koszty profilaktyki i koszty związane z następstwami palenia (nie tylko zdrowotne, vide - np. papierosy jako przyczyny pożarów) trzykrotnie przekraczają wpływy z podatków i akcyzy od wyrobów tytoniowych.
- Byłoby fantastycznie, gdyby w 2012 r. liczba palaczy w Polsce spadła do 6 milionów - uważa Parchimowicz. By zyskać, trzeba zainwestować: pomóc plantatorom zmienić profil produkcji, obniżyć podatki restauratorom, zrównać akcyzę, by koncernom nie opłacało się wypuszczać na rynek tanich papierosów itd. Mówiąc skrótowo: palenie nie powinno się opłacać. I nie tylko dlatego, że paczka papierosów będzie kosztować 10 złotych lub więcej!
ANDRZEJ BĘBEN
Wpływy (jeszcze) rosną
- Według Krajowego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego sprzedaż papierosów w Polsce zmalała w 2006 r. o 1,8%, natomiast produkcja wzrosła o 8,3%. - Zachodnie koncerny, które w latach 90. kupiły nasze państwowe zakłady tytoniowe, produkują m.in. na eksport. Największy spośród 6 koncernów działających w Polsce, brytyjski Philip Morris, 20% tej produkcji eksportuje. - Palenie to dla jednych nałóg, a dla innych biznes. I to niemały - w 2005 r. Polacy "przepalili" ok. 15 mld zł.
- Spadek konsumpcji papierosów w Polsce nie powinien spowodować redukcji zatrudnienia w przemyśle tytoniowym. Obecnie pracuje w nim ok. 8 tys. ludzi. Również skutki zmniejszenia wpływów do budżetu państwa z tytułu akcyzy na wyroby tytoniowe, przy zasadniczym obniżeniu się populacji uzależnionych, nie będą odczuwalne za rok czy dwa. Akcyza bowiem cyklicznie wzrasta. Do końca 2008 roku Polska musi dostosować jej poziom do minimum obowiązującego w Unii (z 42 obecnie do 64 euro za tysiąc sztuk).
- Choć palących w Polsce jest mniej, to wpływy do budżetu państwa z akcyzowania tytoniu nie maleją, a wręcz rosną. Do czasu jednak. Jeśli kampania antynikotynowa jest szczerą, a nie na pokaz i dla spełnienia unijnych dyrektyw, to państwo będzie musiało pogodzić się ze zmniejszeniem wpływów. Po 2008 r. o skuteczności kampanii najdobitniej świadczyć będą nie oświadczenia polityków czy lekarzy, ale liczby: będzie relatywnie mniej wpływów z akcyzy, znaczy: ludzie przestają palić. Jedynie dwie przyczyny zgonów - HIV i palenie tytoniu - mają duże i wciąż rosnące znaczenie w globalnej skali.
Bank Światowy o papierosach
Książeczka "Rozwój w praktyce. Przeciwko epidemii. Działania rządów a ekonomika ograniczenia konsumpcji tytoniu" - choć wydana została przez Bank Światowy 8 lat temu, to nadal jest aktualna. Oto kilka cytatów z tej pracy.
Drożej, więc lepiej
"Z badań przeprowadzonych w krajach o różnym poziomie życia mieszkańców wynika, że podnoszenie cen papierosów jest skuteczną metodą zmniejszania popytu. Wyższe podatki od wyrobów tytoniowych skłaniają część palaczy do rzucenia nałogu, a innych ludzi zniechęcają do palenia (). Wzrost ceny papierosów o ok. 10% może spowodować obniżenie popytu o ok. 4% w krajach bogatych oraz o ok. 8% w krajach ubogich i średnio zamożnych.
Ceny w górę
"Wyliczono, że utrzymujący się realny wzrost ceny papierosów o 10% w skali świata, w porównaniu z szacowaną przeciętną ceny paczki papierosów w każdym z regionów, spowodowałby, że 40 mln ludzi na całym świecie rzuciłoby palenie, a o wiele większa liczba potencjalnych palaczy powstrzymałaby się od rozpoczęcia palenia...".
Koncerny wieszczą
"Podstawą twierdzeń o masowej utracie miejsc pracy w rezultacie polityki antytytoniowej są zwykle wyniki badań finansowanych przez firmy tytoniowe (). Z badań niezależnych płynie wniosek, że polityka antytytoniowa wywarłaby niewielki wpływ na całkowity poziom zatrudnienia () z wyjątkiem niewielkiej liczby państw o gospodarkach opartych na produkcji tytoniu".
Chyba nie ubędzie
"Jednym z częstszych argumentów przeciwko podwyższaniu podatków od wyrobów tytoniowych jest obawa przed istotnym zmniejszeniem dochodów budżetu państwa z tego tytułu w wyniku przewidywanego spadku popytu na papierosy. Jednak w rzeczywistości krótko- i średnioterminowe skutki byłyby wręcz przeciwne, choć w dłuższej perspektywie czasowej efekt tych działań jest trudniejszy do przewidzenia (). Oznacza to, że konsumpcja papierosów zmniejszy się, ale nie w takim stopniu, w jakim wzrosną ceny".
Źródło: Rozwój w praktyce. Przeciwko epidemii. Działania rządów a ekonomika ograniczenia konsumpcji tytoniu (Development in practice. Curling the Epidemic. Governments and the Economics of Tobacco Control) Wydawnictwo Medycyna Praktyczna, Kraków 2002.
Rynek Zdrowia, nr 9/26 - wrzesień 2007
Źródło:
