W związku z nadmierną prędkością kierowców wylano już wiele łez, ale temat jest aktualny. Wszystko za sprawą coraz większej ilości fotoradarów, większej ilości kontroli radarowych i punktów karnych. Dla kierowcy, który nie jest piratem drogowym, prawdopodobieństwo zarobienia punktów za przekroczenie prędkości jest coraz większe. Dla wielu kończy się to utratą prawa jazdy.
Temat nieco kontrowersyjny, bo prawo należy przestrzegać, ale co zrobić, jeśli prawo jest nieżyciowe i nieracjonalne? Jeżdżę samochodem codziennie i obserwacje w zakresie prędkości mam jednoznaczne. Otóż w przyrodzie nie występują kierowcy przestrzegający ograniczeń prędkości. Wszyscy przekraczają dozwoloną prędkość, jedni robią to z umiarem, inni jak gołąb na parapet.
Czym innym jest jechać 80 km/h, gdy jest ograniczenie do 70km/h, a co innego 120km/h, gdy znak pokazuje maksymalnie 50km/h. Natomiast policja reaguje jak maszyna, jest przekroczenie, jest mandat i punkty.
Ma być jeszcze gorzej. Szykowany jest nowy system fotoradarowy. Projektowany system ma uderzyć w kierowców nowymi urządzeniami, ma ich być 200 oraz ponad tysiąc masztów, na których będą montowane.
Fotoradary mają samodzielnie łączyć się drogą radiową z Centrum i przesyłać cyfrowe zdjęcia sfotografowanych samochodów. W Centrum na podstawie numerów rejestracyjnych komputery zidentyfikują auto i jego właściciela, a potem wydrukują mandat i wyślą drogą pocztową. Oprócz tego zostaną naliczone punkty karne. Wszystko ma trwać kilka dni.
Już dzisiaj fotoradary stacjonarne mogą wykonać do kilku tysięcy zdjęć w czasie jednego dyżuru. Ograniczenia prędkości na drogach wynikają bardzo często z jakości tych dróg. Nie tylko stanu nawierzchni, ale geometrii zakrętów, idiotycznych skrzyżowań i serpentyn przez wioski. Nie zawsze same znaki, jak i wartości ograniczeń są sensowne, nie mówiąc już o absurdalności policyjnych fotołapanek 100 m za lub przed znakiem.
Jeżdżenie przez cały rok, o każdej porze dnia, jeszcze przed rzeczywistym obszarem, którego ograniczenie ma dotyczyć jest nieżyciowe i nierealne. Jest bardziej przydatne do karania niż do zachowania bezpieczeństwa.
Naturalnie trzeba powiedzieć, że na przykład prędkość 50 km na godzinę daje 85% szansy przeżycia człowiekowi, którego się uderzy. Przy 60 km na godzinę szansa przeżycia wynosi 35%. Takie są prawa fizyki. I o to tu chodzi. To nie jest kwestia tego, czy my chcemy wolniej, czy szybciej. To jest kwestia fizyki pomiędzy samochodem a pieszym. Dlatego jest ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym do 50km/h. I słusznie.
Chodzi jednak o to, aby ograniczenia były tam, gdzie są potrzebne, a ich wysokość była dostosowana do rzeczywistych potrzeb. Teraz jest tak, jak spod jednej sztancy - ograniczamy ile się da i gdzie się da.
Powtarzanie, że im wolniej się jedzie tym jest bezpieczniej, prowadzi do absurdu, bo w efekcie najbezpieczniej jest jak samochód w ogóle nie jedzie, a chyba nie o to chodzi.
Aureliusz Mikos