Koniec American dream?
06:03
26.10.2007
Wiele mediów zaczęło wtórować guru amerykańskiej gospodarki i ogłaszać kryzys porównywalny do wcześniejszych z lat 1987, 1998, czy też 2000-2002. Czy rzeczywiście Greenspan ma rację, zwiastując koniec prosperity najpotężniejszej gospodarki świata. Warto zwrócić uwagę na trzy elementy amerykańskiej economy: rynek motoryzacyjny, który przechodzi swego rodzaju katharsis wymuszony przez globalną konkurencję i światową koniunkturę, rynek pracy, którego Amerykanie skutecznie bronią przed napływem imigrantów firmując jednocześnie tradycyjne wartości każdego libertyna - równości i wolności w sferze gospodarczej oraz rynek nieruchomości, który był kamyczkiem wywołującym lawinę na światowych rynkach finansowych na przełomie lipca i sierpnia tego roku.
Sprzedaż aut spada, baryłki drożeją
Czynnikiem zmniejszającym sprzedaż sektorze motoryzacyjnym jest cena ropy, która 17 września tego roku osiągnęła rekordowy poziom ponad 81 dol. za baryłkę. Ponieważ jest to dobro komplementarne względem samochodu, wzrost jego ceny automatycznie przekłada się na wzrost kosztów eksploatacji auta. Nie można też liczyć na natychmiastowy i znaczny spadek cen ropy. Jak słusznie zauważył analityk PFC Energy Roger Divan w komentarzu dla "The Wall Street Journal", ze zjawiskiem "taniej" ropy będziemy mieli do czynienia dopiero wtedy, gdy popyt "Chin przestanie rosnąć w tempie 700 tys. baryłek dziennie, a Bliskiego Wschodu 500 tys.".
Jako że na spowolnienie gospodarek krajów wschodzących (tzw. emerging markets) nie ma co liczyć, wydobycie ropy ma w tym roku osiągnąć poziom 86 mln baryłek. Ponad 45 mln z nich zostanie skonsumowane przez Chiny i kraje Bliskiego Wschodu. Mimo iż na spotkaniu Przedstawicieli państw OPEC 12 września tego roku podjęto decyzję o wzroście dziennego wydobycia o 500 tys. baryłek na dzień. Jest to krok, który chwilowo ograniczy presję na wzrost cen paliwa, ale niestety w dłuższej perspektywie jest niewystarczający.
Problem polega bowiem na tym, że zawirowania na rynkach finansowych sprzed miesiąca spowolnią wzrost gospodarczy światowych tuzów (takich jak USA, który jest największym na świecie konsumentem ropy), a co za tym idzie, spowoduje spadek dynamiki wzrostu popytu na paliwa z ich strony. Nie można tego jednak powiedzieć o krajach wschodzących. Według szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Rodrigo de Rato, w państwach tych nie powinno to zmniejszyć dynamiki wzrostu gospodarczego, czyli w konsekwencji - popytu na ropę, co oznacza, że znaczący spadek cen tego surowca jest raczej niemożliwy.
Dodatkową przyczyną wysokich cen tego surowca jest stale słabnący dolar. Oznacza to bowiem względne zmniejszanie się dopływu strumienia petrodolarów do głównych producentów paliwa. Aby temu zapobiec, muszą stale podnosić cenę. Jest to niepokojąca informacja dla amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, któremu już od kilku lat zaglądają w oczy nieusatysfakcjonowani wynikami finansowymi inwestorzy. Koncerny z tej branży starają się dostosować do "drogiej" ropy, proponując paliwooszczędne i ekologiczne rozwiązania technologiczne.
Wysokie koszty badań nad nowoczesnymi technologiami zmuszają największe firmy do porozumień i współpracy na polu R&D. Fakt ten warty jest podkreślenia, gdyż w branży tej gracze niechętnie decydują się na współpracę od czasu klapy aliansu General Motors i Fiata. Sytuacja już zmusiła do połączenia sił BMW, General Motors i DaimlerChryslera, którzy razem współtworzą benzynowo-elektryczny silnik hybrydowy. O marazmie w branży motoryzacyjnej może również świadczyć zapowiedź Volkswagena, który poważnie rozważa wyprowadzkę z Detroit, matecznika amerykańskiej branży samochodowej, na przedmieścia Północnej Wirginii.
Wielka Trójka wyrusza na wojnę
Cała Wielka Trójka z Detroit (Ford, General Motors, Chrysler), w obliczu spadku sprzedaży próbują ratować się, oferując atrakcyjne rabaty (według danych Edmunds.com wydatki na promocję wzrosły o 2,2%). Przez długi czas menadżerowie wierzyli, że skuteczną metodą walki z importowaną konkurencją były darmowe jazdy próbne. Adresatami tych bardzo kosztownych promocji nie były niezliczone, nieprzekonane dotąd tłumy, lecz garstka klientów, którzy i tak byli już zdecydowani na zakup. Efekt - wolumen sprzedaży koncernów z Detroit obniżył się o 5,6%.Trzy giganty systematycznie tracą też udział w amerykańskim rynku - z blisko 60% (w 2003 roku) spadł on do 54,2% (2006 rok) i osiągnął poziom 51,3% w tym roku.
Piętą achillesową Wielkiej Trójki był "kompleks jakości" ich aut, zwłaszcza w porównaniu z autami japońskimi. Jak słusznie zauważył inwestor Stan Breon z Georgii w wypowiedzi dla dziennika "The Wall Street Journal" - gwarancja Chryslera nie jest wystarczającą zachętą do zakupu - "życie jest zbyt krótkie, by spędzać je u dealera, nawet jeżeli jest to za darmo". Najwyraźniej szefowie Forda, GM i Chryslera wzięli sobie te słowa do serca i postanowili zmierzyć się z tym "kompleksem". I zrobili to bardzo skutecznie - raport J.D. Power wskazał, że buick (GM) zrównał się z toyotą lexus, niepokonaną od ponad 10 lat.
Mimo przesilenia, rynek ten nadal pozostaje atrakcyjny. Zmienia się jednak jego struktura popytowa - tradycyjne i wysoce paliwochłonne pickupy i SUV-y są powoli zastępowane przez małe, aczkolwiek luksusowe i ekonomiczne auta. Na nowe wyzwania już odpowiadają główni gracze światowego rynku - Audi (A3 model 2.OT), BMW (Seria 1 model 128i) czy też Volvo (C30 model 1.0). Decydującymi atutami tych modeli mają być: niezawodność, niskie koszty eksploatacji i, co nie mniej ważne - ich cena, która ma być nieco wyższa niż 20 tys. dol.
Jak widać, sytuacja na rynku nieruchomości i globalna konkurencja stały się katalizatorami, które przyspieszyły proces uelastyczniania się popytu (czyli uniezależniania się) branży motoryzacyjnej w USA od wahań cenowych ropy naftowej. Jest to niewątpliwie korzystny proces, zwłaszcza że zarówno USA, jak i Unia Europejska już stosują wyśrubowane standardy co do spalania paliwa i emisji spalin. Oczywiście sytuacja amerykańskich koncernów nie poprawi się z dnia na dzień, ale proces akomodacji do nowych, tym razem globalnych warunków konkurencji już został zapoczątkowany i niedługo Wielka Trójka może zacząć walczyć jeżeli nie o odzyskanie dawnych udziałów w rynku, to o utrzymanie obecnego stanu.
Coraz mniej self-made manów
O sukcesie gospodarczym USA od dwóch stuleci decydował napływ kapitału ludzkiego - ludzi wykształconych, zdolnych, przedsiębiorczych, żądnych sukcesów dzięki swojej ciężkiej pracy. Purytański duch pracy kształtował pokolenia self-made manów, którzy realizowali swój American dream - od pucybuta do milionera. Niestety, główny fundament amerykańskiego sukcesu gospodarczego zaczyna być podkopywany przez samych Amerykanów, a mianowicie bardzo restrykcyjne prawo imigracyjne. U podstaw bardzo ostrych przepisów legł strach Amerykanów przed utratą swoich miejsc pracy i wzrostu bezrobocia (aktualnie wynosi ono w USA 4,6%, dla porównania w strefie euro odsetek bezrobotnych wynosi 6, 9%, zaś w Polsce 12%).
Niestety to krótkowzroczne myślenie o polityce zatrudnienia i ochrony rodzinnego rynku pracy doprowadziło do zahamowania, a nawet odwrócenia tzw. procesu drenażu mózgu (brain drain), czyli sprowadzania wykształconych i zdolnych specjalistów z innych państw i zatrudnianiu ich w rodzimych przedsiębiorstwach. Firmy próbują obejść restrykcyjne regulacje, zatrudniając wartościowych, a nieraz i kluczowych, pracowników w kanadyjskich bądź meksykańskich filiach, jeżeli ci nie otrzymają owej przepustki - wizy H-1B(trzyletnia wiza dla osób z wyższym wykształceniem).
Poniekąd jest to efekt polityki prowadzonej przez potężne firmy outsourcingowe z branży IT i high-tech, które składają tysiące wniosków o zatrudnienia imigrantów na stanowiskach średniego szczebla w ich amerykańskich biurach. Efekt - brak wiz, a Amerykanie tracą pracę. Na początku lat 90. XX w. ustalono pewne limity w przyznawaniu wiz H-1B, które systematycznie zwiększono wraz ze wzrostem zapotrzebowania na pracowników z branży technologicznej. Krytyczny w skutkach okazał się kryzys w latach 2000-2002, tzn. pęknięcie bańki internetowej.
Od 2004 roku liczba wydanych wiz H-1B systematycznie maleje. To zaś przekładać się będzie na zwolnienie wzrostu dynamiki wydajności pracy. Obecnie, jak podaje najnowszy raport Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO), USA jest światowym liderem tego rankingu - jeden Amerykanin wytwarza rocznie 63 885 dol. PKB. Biurokratyczne problemy w otrzymaniu pozwolenia na pracę już spowodowały odpływ wykwalifikowanych pracowników do swoich macierzystych krajów lub miejsc o mniejszej restrykcyjności imigracyjnej.
Są to głównie obywatele: Chin, Indii, Wielkiej Brytanii, Tajwanu i Japonii. O zmianę ostrego prawa już zabiegają największe koncerny (m.in. Microsoft). A problem nie jest bynajmniej błahy - co czwarty patent zgłaszany jest przez imigranta, a ponad połowa firm z Doliny Krzemowej należy do przybyszy z zagranicy. Atrakcyjność pracy w Stanach Zjednoczonych zmniejsza również słabnący dolar - wobec złotego zaczyna już oscylować wokół poziomu 2,70 zł., zaś wobec europejskiej waluty 13 września tego roku padł nowy rekord - za euro trzeba było zapłacić 1,3880 dolara.
Nieruchomości zaatakowane przez NINJA
Trzecia dekada lipca na nowojorskiej giełdzie zaczęła się bardzo obiecująco - indeks Dow Jones Industrial poszybował na rekordowy poziom 14 tys. punktów, by kilka dni później spaść do 800 punktów. Wtedy do akcji wkroczyła "ostatnia nadzieja białych" - Fed, który obniżył stopy procentowe o 50 punktów bazowych z poziomu 6, 25% na 5, 75%. To pozwoliło na złapanie oddechu i podciągnięcie indeksu o 500 punktów. W ten sposób bank centralny USA przygotowywał inwestorów na sierpniowe spadki. Tak rozpoczął się schyłek "hipotecznych kredytów dla każdego".
Początków "kryzysu" na rynku nieruchomości należy się doszukiwać po roku 2000, kiedy to na giełdzie pęka bańka internetowa. W tym czasie Fed kilkunastokrotnie obniża stopy procentowe, zwiększając tym samym dostępność kredytu. Atmosferę hossy popytowej podsycanej tanim kredytem jeszcze bardziej wzmacnia poluzowanie przepisów weryfikacyjnych samych kredytobiorców. Instytucje finansowe zaczęły zwracać coraz mniejszą uwagę na zdolności kredytowe potencjalnych kredytobiorców (tzw. kredyty sub-prime).
Do akcji wkroczyli tzw. NINJA (no income, no job, no assets), czyli osoby fizyczne bez stałego dochodu, pracy, dodatkowo nie posiadający zastawu. Ich "zastawem" w oczach oferentów kredytów były nabywane nieruchomości, których ceny, wobec lawinowo rosnącego popytu wywołanego obniżoną podażą taniego kredytu, stale rosły. Logika rozumowania kredytodawców była prosta - nawet w przypadku niemożności spłaty kredytu bank przejmował nieruchomość, której wartość już zdążyła wzrosnąć i przewyższyć wartość kredytu. Ta strategia miała jednak jeden słaby punkt - założenie, że ceny nieruchomości będą rosły.
Cichym sprzymierzeńcem banków były agencje ratingowe. Agencja Standard & Poor's uznała, że ryzyko udzielania tzw. "podciąganych" kredytów hipotecznych jest równe ryzyku udzielania zwykłych kredytów. Otóż mechanizm kredytów "podciąganych" wyglądał następująco - osoba nieposiadająca zaliczki bierze pierwszy kredyt na samą zaliczkę, drugi zaś na resztę ceny nieruchomości. Oznacza to, że cały zakup domu czy też mieszkania finansowany jest z pożyczki, której z kolei zabezpieczeniem jest nieruchomość. Kredyt taki jest bardzo kuszący pod dwoma warunkami - po pierwsze niskich stóp procentowych, a po drugie wzrostu cen nieruchomości. Na początku tej dekady występował taki związek. Boom kredytowy wybuchł.
Handel ryzykiem
Banki - instytucje bazujące na zaufaniu, a co za tym idzie minimalizujące ryzyko przy maksymalizacji zysku, zaczęły dzielić się ryzykiem z innymi uczestnikami rynku. Założyły one fundusze inwestycyjne SPV(special purpose vehicles), które sprzedawały instrumenty oparte na udzielonych kredytach hipotecznych - CDO (collatevized debt obligations). W owych prospektach emisyjnych zazwyczaj ponad połowę kredytów hipotecznych stanowiły pożyczki sub-prime. W niektórych najbardziej ryzykownych prospektach emisyjnych pożyczki sub-prime stanowiły ponad połowę kredytów hipotecznych.
Owe niebezpieczne transze kupowały, co naturalne, fundusze hedgingowe (arbitrażowe), ale nabywców znajdowały one także wśród banków komercyjnych. W ten sposób banki te uwiarygodniały kredyty sub-prime'owe. To z kolei powodowało, że transze o różnych stopniach ryzyka zostały zakupione przez praktycznie wszystkich uczestników rynków finansowych - to pozwoliło na rozmycie widma i ewentualnych skutków głębokiego kryzysu. W 2006 roku analitycy agencji ratingowych i funduszy arbitrażowych zauważyli niepokojące zjawisko
- wiele osób biorących sub-primowe kredyty nie dokonywało nawet spłaty pierwszej raty. To oznaczało, że hurraoptymizm hipoteczny był konstrukcją opartą, w dużej mierze o ślepą, spekulacyjną wiarę w koniunkturę rynku nieruchomości, która będzie trwała na zasadzie perpetum mobile. Wszystko runęło jak domek z kart - agencje ratingowe obniżyły swoje oceny ryzyka hipotecznych obligacji, spadło do nich zaufanie i rozpoczęła się panika
Co z tą Ameryką?
Wielu komentatorów ekonomicznych lansuje tezę, że obecna zapaść na rynku nieruchomości jest równią pochyłą, po której gospodarka USA stacza się prosto w recesję. Argumentują to stwierdzenie, mówiąc, że to właśnie rynek nieruchomości jest najpewniejszym wskaźnikiem przyszłej koniunktury (jako że transakcje na nim zawierane są długoterminowe). Siłą rzeczy problemy na rynku hipotecznym odbijają się też na giełdzie amerykańskiej.
Jednak czy rzeczywiście spadki na giełdzie i problemy ze spłatami pożyczek hipotecznych oznaczają długotrwałą recesję?
Owszem, rynek hipoteczny przeżywa ogromne problemy, ale nie spowodowało to fali spektakularnych bankructw. Co oznacza, że koszty "kryzysu" uderzyły tylko rykoszetem w wiele podmiotów finansowych. W rozwiązanie konfliktu zaangażował się Fed i prezydent Bush, co nie pozostaje bez znaczenia, jeżeli chodzi o ocenę sytuacji przez inwestorów. Wydaje się, że rozwiązanie problemów w zakresie polityki imigracyjnej leży w gestii samych Amerykanów
- ograniczając imigrację zarobkową cudzoziemców, bardziej szkodzą sobie niż im, bowiem skazują własną gospodarkę (czyli siebie) na spadek konkurencyjności i innowacyjności. Branża motoryzacyjna już zaczyna deptać po piętach swoim zagranicznym konkurentom, oferując tanie, proekologiczne i wysokiej jakości auta. Rynek kredytów hipotecznych unaocznił, że nie każdy powinien otrzymywać wysoki kredyt, co było skutkiem wadliwego systemu oceny ryzyka kredytobiorców, polityki prowadzonej przez banki i agencje ratingowe oraz ślepej wiary w koniunkturę i dyskontowanie przyszłych zysków.
To wszystko zawiodłoAmerykańska gospodarka czasy rozkwitu ma, przynajmniej na razie, za sobą. Wydaje się jednak, że Greenspan zbyt szybko próbuje zepchnąć ją po tej równi pochyłej w czeluści recesji. Nie bierze on jednak pod uwagę jednej rzeczy, która w tym przypadku może zadecydować o tym, czy zachodni kolos gospodarczy po prostu zwolni tempo rozwoju, czy też zacznie się cofać. Tym czymś jest amerykańska mentalność - ów American dream, który po raz kolejny będzie chciał spełnić cały naród USA wspólnym wysiłkiem. To możliwe tylko w Ameryce.
Paweł Wieprzowski
Źródło:
