Kto powinien decydować o podwyżkach w służbie zdrowia?
06:04
11.12.2007
Takie podwyżki są sprzeczne z Konstytucją?
Konieczność podniesienia płac pracowników opieki zdrowotnej wydaje się bezdyskusyjna. Nasilająca się emigracja zarobkowa lekarzy i pielęgniarek oraz powtarzające się akcje strajkowe świadczą o tym aż nadto. Pojawia się jednak pytanie - w jaki sposób nadrobić wieloletnie zaniedbania w tej dziedzinie, nie szkodząc jednocześnie szpitalom?
Wszystko wskazuje na to, że ustawa z 5 września 2007r. o zmianie ustawy o przekazaniu środków finansowych świadczeniodawcom na wzrost wynagrodzeń oraz o zmianie ustawy o zakładach opieki zdrowotnej - a dokładniej jej artykuły 59A i 59B, źle przysłuży się sprawie. Nakazuje ona szpitalom przekazanie w 2008r. 40% od wzrostu przychodów w stosunku do roku 2007 na podwyżki dla pracowników, niezależnie od indywidualnej sytuacji lecznic oraz ich aktualnych potrzeb.
Legislacyjny bubel
ZOZ-y nie są własnością państwa, dlatego wskazywanie im, ile mają płacić pracownikom, jest sprzeczne z konstytucyjną zasadą ochrony własności i innych praw majątkowych. Mecenas Tomasz Wójtowicz prowadzący obsługę prawną Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu nie ma co do tego żadnych wątpliwości. - Przepisy nadmiernie ograniczają prawo własności SPZOZ-ów do korzystania ze środków finansowych uzyskanych w ramach umów zawartych z NFZ - podkreśla mec. Wójtowicz.
- Odgórne narzucanie wysokości płac pracowników stanowi zaprzeczenie możliwości samodzielnej gospodarki i samego pojęcia rynku usług medycznych. Prawnik uważa, że szpitale, a ściślej reprezentujące je organizacje pracodawców, miałyby dużą szansę na podważenie kontrowersyjnych zapisów w postępowaniu przed Trybunałem Konstytucyjnym. - Artykuły 59A i59B ustawy, o której mowa, są nie do przyjęcia i w żaden sposób nie dadzą się pogodzić zresztą przepisów o ZOZ-ach - ocenia nasz rozmówca.
- Jeśli intencją ustawodawcy było zagwarantowanie wzrostu płac pracowników ochrony zdrowia, wystarczyło przekazać odpowiednie środki do NFZ ze wskazaniem, że są one przeznaczone na podwyżki. Warto także spojrzeć na inne słabe strony tych przepisów. Co dyrektor szpitala ma np. zrobić z wynagrodzeniami w sytuacji, gdy kontrakt ulega zmniejszeniu lub zostaje odebrany? O takiej opcji nikt nie pomyślał, a przecież może się tak zdarzyć.
Samodzielny, ręcznie sterowany
- Jeśli ustawodawca odgórnie nakazuje stosowanie narzuconych rozwiązań samodzielnym jednostkom, to na czym polega samodzielność? - pyta dr Mariusz Jędrzejczak, zastępca dyrektora do spraw ekonomiczno -administracyjnych Szpitala Wojewódzkiego w Zgierzu. - Niepokoi mnie także dążenie związków zawodowych, które, jak na każdym kroku słyszę, opowiadają się za prywatyzacją, do ustawowego określenia minimalnej płacy lekarza. Z jednej strony urynkowienie ochrony zdrowia, a z drugiej centralnie podejmowane decyzje? Zbyt wiele w tym wszystkim sprzeczności.
Zdaniem Renaty Ruman-Dzido, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, ustawa ogranicza możliwość sprawnego zarządzania szpitalem, który obligatoryjnie musi wydać nadwyżki finansowe na wzrost płac dla pracowników, niezależnie od swoich priorytetów. Dla wielu placówek pierwszoplanowe wydatki mogą być przecież zupełnie inne. Co zrobić w sytuacji, gdy "być albo nie być" stanowi pokrycie zobowiązań wobec dostawców lub zakup sprzętu, bez którego nie da się pracować?
Bernard Waśko, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Rzeszowie, nie ocenia "podwyżkowych" przepisów pod kątem niezgodności z Konstytucją, ale pod kątem niezgodności z logiką.
- Centralne majstrowanie przy podwyżkach, które w dodatku odbywa się w ramach zrywów i kampanii, anie przemyślanych, systematycznych działań, powinno od dawna trafić do lamusa - przekonuje Bernard Waśko.
- Te sprawy najlepiej reguluje rynek, czego doskonałym przykładem są płace w sektorze budowlanym, ale także w branży medycznej. Pracownik poszukiwany przez pracodawcę zarobi więcej, to proste. Wie o tym doskonale każdy, kto musiał "podkupić" fachowca z innego szpitala. Kwestie płac powinny regulować zdrowe zasady rynkowe.
Skończmy z symboliką
Dyrektor Waśko uważa, że najrozsądniejszym rozwiązaniem w sprawie podwyżek byłoby podniesienie ceny za punkt. Każdy menedżer zarządzający szpitalem wiedziałby wówczas, jak najlepiej podzielić środki, uwzględniając zarówno roszczenia pracowników, jak i inne potrzeby lecznicy, wynikające z jej indywidualnej sytuacji.
Przeciwnikiem centralnego sterowania podwyżkami jest również Janusz Boniecki, dyrektor Szpitala Powiatowego w Tczewie, który nie ukrywa, że odpowiedzialność za wszystko - w tym także za pensje personelu - powinien ponosić dyrektor.
- Jeśli nie daje sobie rady, to znaczy, że powinien zrezygnować ze stanowiska - ocenia dyrektor Boniecki. - Najwyższy czas, aby szpitalami zaczęli zarządzać menedżerowie odpowiadający za podejmowane decyzje nie tylko symbolicznie, na papierze, ale także swoim majątkiem, tak jak dzieje się w spółkach prawa handlowego. Pora postawić na fachowość i odpowiedzialność. Centralne sterowanie to tylko strata czasu.
Powtórka z203?
Wszystko na to wskazuje... Ustawa "podwyżkowa" jest niejasna i będzie, podobnie jak tzw. ustawa 203, źródłem licznych problemów interpretacyjnych, wyjaśnianych przez sądy. Doświadczenie uczy, że zanim utrwali się określona praktyka orzecznicza, w różnych sądach będą zapadały odmienne wyroki; należy się zatem spodziewać totalnego chaosu.
- Będzie bałagan, dlatego liczę na to, że Ministerstwo Zdrowia obudzi się w porę i przedstawi interpretację wspomnianych przepisów, która uporządkuje nieco sytuację - mówi Renata Ruman-Dzido. - Już w tej chwili widać, że dyrektorzy i związki zawodowe inaczej rozumieją zapisy i jest to powód do dużego niepokoju. Ja rozumiem je tak: jeśli kontrakt w2007r. wynosił 30mln zł, a w 2008r. 31mln zł, to na podwyżki dla pracowników przeznaczam 40% od dodatkowego miliona.
Imperatyw i seria pytań
- Imperatyw, który nam zafundowano, nie tylko ingeruje w zdrowe zasady rynkowe, które już zaczęły obowiązywać, ale w samym założeniu jest pozbawiony sensu - uważa dyrektor Waśko. - Od 1 stycznia 2008r. pracodawcy mają przeznaczać 40% wzrostu przychodów na trwały wzrost wynagrodzeń. Ustawodawca zdaje się jednak nie pamiętać, że dodatkowe środki NFZ są dzielone w III i IV kwartale. Ponieważ nigdy nie wiadomo, w jakiej będą wysokości, nazwijmy je incydentalnymi. W jaki sposób to, co ma charakter incydentalny, można przeznaczyć na trwały wzrost nie tylko płac, ale czegokolwiek?
Są i inne powody do zdumienia i niepokoju. Do umów szpitalnych zaliczono także umowy na programy lekowe oraz finansowanie chemioterapii nowotworów. Szpitale otrzymują refundację kosztów zakupionych leków, przy czym ustawa jest tak skonstruowana, że wartość tych umów objęto wskaźnikiem kosztów pracy, a przecież są one tutaj zerowe. Szpital musi wydać te środki na pracowników.
Bernard Waśko podkreśla, że w2006r. miał w związku z tym więcej niż 40% wzrostu płac na osobę, a resztę (bo mimo wszystko została i reszta) zwrócił do Funduszu. Od 2008r. włączy te środki do płacy zasadniczej, dzięki czemu wzrośnie ona o 50%. Co jednak wydarzy się w2009r., gdy NFZ będzie musiał włączyć wspomniane środki do umów? Może to zrobić poprzez podniesienie ceny punktu lub zakupić więcej świadczeń, a w zakresie kosztów refundacji pojawi się pytanie, w jaki sposób szpital ma spożytkować ów róg obfitości: zużywać więcej leków, płacić o30% więcej ich dostawcom czy też może oddać nadmiar środków Funduszowi?
Każde z tych rozwiązań jest w równym stopniu absurdalne, ponieważ nie zapewnia środków na sfinansowanie wcześniej danych pracownikom podwyżek. - To najlepszy przykład na to, co może się wydarzyć, kiedy zaczyna się odgórnie przy czymś majstrować - komentuje dyrektor rzeszowskiego szpitala. - Ustawodawca nie jest wstanie przewidzieć, co może się wydarzyć po wdrożeniu przepisów, jeśli pisze się je "na kolanie", pod presją strajków, kierując się motywami politycznymi, a nie merytorycznymi. Efekt? Raj dla adwokatów i komorników.
Z czego nalać?
Zadłużony szpital w Zgierzu ma obecnie, po raz pierwszy od lat, dodatni wynik finansowy, co jednak nie zmienia zasadniczo jego trudnej sytuacji. To właśnie ona powoduje, że płace personelu są tu niższe niż w odległej o zaledwie 6 km Łodzi. Choć od września br. dyrekcja podnosi pensje w ramach możliwych do rozdysponowania środków, do zaspokojenia oczekiwań jeszcze bardzo daleko. Co będzie w roku 2008?
- Ustawa obowiązuje, musimy więc zastosować się do jej przepisów - odpowiada dyrektor Mariusz Jędrzejczak. - Wyboru nie mamy również dlatego, że kadra medyczna może nam podziękować i przenieść się gdzie indziej.
Szpital ma jednak problem z określeniem podstawy do wyliczenia nadwyżki. Lecznica, podobnie jak wiele innych, podpisała trzyletnią umowę z NFZ obejmującą okres 2006-08 r., dlatego wyliczenie 40% od wzrostu przychodów będzie możliwe dopiero w 2009r., po zakończeniu umowy 2006-08. Nie zmienia to jednak faktu, że pensje trzeba będzie podnieść już za kilka miesięcy.
Renata Ruman-Dzido zapowiada, że będzie dążyła do kompromisu, który umożliwi połączenie podwyżki wynagrodzeń z rozwiązaniem problemu dyrektywy unijnej skracającej czas trwania dyżurów. Na razie w opolskim szpitalu do końca stycznia 2008r. obowiązuje porozumienie, w ramach którego lekarze otrzymują wysokie premie. Rozmowy o wzroście wynagrodzeń zasadniczych rozpoczną się dopiero po podpisaniu kontraktu na przyszły rok.
Dyrektor nie ukrywa, że chętnie skończyłaby z"urawniłowką", żywcem przeniesioną z minionej epoki we współczesne realia. Hasło "każdemu po 40%" ma się nijak do obecnego rynku pracy i warunków działania lecznicy. Jeśli brakuje lekarzy określonej specjalności, oczywiste jest, że ich pozyskanie kosztuje więcej.
- Mimo trudnej sytuacji w gorącym okresie strajkowym nie posunęłam się do obietnic, których nie mogłabym spełnić - podsumowuje Renata Ruman-Dzido. - Wiem, że niektórzy dyrektorzy to zrobili i zastanawiam się, w jaki sposób się z nich wywiążą. Chętnie zapłaciłabym załodze takie pieniądze, ale wtedy cena za punkt musiałaby wynosić 14 zł. A na to się nie zanosi.
Można dobrze płacić
Przykładem na to, że w SPZOZ-ie kadra medyczna wcale nie musi biedować, jest Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Rzeszowie, w którym pielęgniarki zarabiają lepiej niż lekarze w innych lecznicach. - Kilkadziesiąt pielęgniarek zarabia obecnie powyżej 3 tys. zł brutto, kilkaset powyżej 2600 zł brutto, a niebawem ich pensje wzrosną o kolejne 300 zł - wylicza dyrektor Waśko.
- Jeśli chodzi o lekarzy specjalistów, ich zarobki z dyżurami pozostają obecnie na poziomie 9 tys. zł brutto, a od stycznia przyszłego roku mogą przekroczyć 10 tys. zł. W sprawach związanych z wynagrodzeniami nie mamy więc powodów do wielkich kompleksów, co nie oznacza, że nie mogą się pojawić kolejne roszczenia. Dlaczego wiele szpitali nie może dobrze płacić załodze, a szpital w Rzeszowie może?
Bernard Waśko, kierujący placówką od dziewięciu lat, podkreśla, że nie ma gotowej recepty na sukces, na który złożyło się wiele czynników. Szpital od ośmiu lat nie ma długów, dlatego dokonuje tańszych zakupów - jest dobrym płatnikiem, więc może sobie pozwolić na twarde negocjacje cen. Nie zwlekano także z restrukturyzacją zatrudnienia - w 1999r. trzeba było zwolnić kilkaset osób.
Kadra medyczna pracuje tu obecnie dużo i wydajnie. Lecznica zajmuje pierwsze miejsce w regionie podkarpackim pod względem liczby punktów wypracowywanych przez jednego lekarza. Wiele zakresów działania szpitala zostało powierzonych prywatnym firmom w ramach outsourcingu, co również przyniosło wymierne efekty.
Na to nas stać
Janusz Boniecki zapowiada, że od stycznia przyszłego roku kontraktowi lekarze z II stopniem specjalizacji zarobią 32 zł za godzinę, a pielęgniarki 21-22 zł za godzinę. - Tyle możemy zaoferować, na więcej nas nie stać - wyjaśnia dyrektor Boniecki. - Szpital jest zadłużony, wymaga kosztownych inwestycji, czekają nas w najbliższym czasie duże zmiany związane z planowanym przekształceniem. Mam nadzieję, że pokonanie tego etapu oznaczać będzie także poprawę zarobków.
Iwona Bączek
Rynek Zdrowia, nr 12/29 - grudzień 2007
Źródło:
