Czy możliwe jest utrzymanie się na powierzchni jakiegokolwiek interesu bez konsekwentnego zorientowania na zysk? Leki, elektronika, produkcja dla zbrojeniówki czy ekskluzywne ryby akwariowe - oto co dziś produkują socjalistyczne komuny z Izraela.
Kibuce to biznesowy ewenement na skalę światową. Jako spółdzielcze gospodarstwa rolne, których członkowie nie mają prawa własności do ziemi ani środków produkcji, funkcjonują w Izraelu już niemal od wieku i mimo różnych trudności nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć lub zmienić swoją strukturę. Mało tego część z nich zmieniła się w hotele oferujące pobyt w jedynej na świecie socjalistycznej komunie. Dziś kibuce wypracowują 4% PKB Izraela, a ich mieszkańcy stanowią 1,7% jego populacji (około 115 tys. osób). Co prawda tylko 70 kibuców zezwala na inwestowanie z zewnątrz, ale pozostałe radzą sobie na kapitalistycznym rynku nie tak źle, jak się powszechnie uważa. Rolnictwo stanowi już tylko 18% wartości ich produkcji.
- Kibuce, które nie zajmują się turystyką lub przemysłem, są na prostej drodze do bankructwa - twierdzi Avi Friedman, attaché ds. ekonomii ambasady izraelskiej w Polsce. Najwięcej dochodów zapewnia cywilna produkcja przemysłowa (40%). Skoncentrowana jest ona głównie wokół przetwórstwa spożywczego, które przynosi największe dochody (38% przychodów z przemysłu). Produkuje się także bardzo zyskowne artykuły plastikowe (31% przychodów), metalowe, chemiczne, leki, ale także elektronikę, w tym również podzespoły dla firm komputerowych i telekomunikacyjnych. Istotna jest także produkcja zbrojeniowa, która przynosi aż 14% procent wszystkich zysków.
W kibucach zlokalizowanych jest aż 330 produkujących najróżniejsze dobra fabryk, z których 20 jest notowanych na giełdzie. Największe z nich to Plasson (tworzywa sztuczne), Ma'aborot (żywność długotrwałego przechowywania), Palram (układy grzewcze), Kafrit (plastiki), Gan Szmuel (przetwórstwo owocowe) i Solbar (przetwórstwo soi). - To wszystko powoduje, że wartość produkcji kibuców wzrosła z 18 mld zł w 1997 do 25 mld zł w roku 2006. Również dług kibuców, który wynosił w 1997 roku 700 mln zł, już się nie powiększa, a w 2006 roku kibuce wypracowały 1 mld zł zysku - mówi Andrzej Kozicki, sekretarz Towarzystwa Polska-Izrael i autor wielu publikacji na temat Izraela i jego gospodarki.
Kapitalizm z ludzką twarzą
Czy kwestie ideologiczne, które decydowały przez lata o sukcesie ruchu kibucowego, zdecydują teraz o ich klęsce? Bardzo wiele zmieniło się od czasów ich "ojców założycieli" - uważa Kuba, kilkukrotny wolontariusz w kibucu na południu Izraela: - Duch kibucowy powoli zamiera, a dawne spółdzielnie stają się w dużej mierze przystaniami dla wyrzutków i ludzi nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie na zewnątrz. Na dodatek do kibuców wkrada się komercja - opowiada. W obliczu bankructw wielu kibuców członkowie pozostałych musieli zdecydować się na odejście od socjalistycznego etosu organizacji pracy.
Co prawda do dziś 39 kibuców jest w pełni socjalistycznymi komunami (tzw. szitufi) i tylko 3 działają zupełnie według zasad wolnorynkowych (co przejawia się na przykład zróżnicowaniem płac i zatrudnieniem zewnętrznych firm zarządzających), pozostałe znajdują się gdzieś pośrodku tej skali, a 180 przygotowuje się do prywatyzacji. Poza tym decyzje podejmowane są już nie bezpośrednio przez wszystkich członków kibucu, co negatywnie wpływało na decyzyjność wspólnot, a stosuje się raczej metody demokracji delegowanej. Rady kibuców, ich organ wykonawczy, decydują samodzielnie o wielu bieżących sprawach i podejmują najważniejsze decyzje ekonomiczne.
- To działa jak plemienna rada starszych - komentuje Kuba. Mimo tak egzotycznego skojarzenia jest to jednak znacząca jakościowa zmiana. Kolejną jest stopniowe odejście od systemu równego wynagradzania wszystkich pracowników na rzecz różnicowania pensji w zależności od wydajności pracy i wypracowywanych zysków. - 29 kibuców wprowadziło kieszonkowe różnej wysokości, 35 kibuców zezwala na zachowanie części własnego zarobku, a 110 działa "na zabezpieczenie", gwarantując płacę minimalną, a różnicę wypłacając z kasy komunalnej - mówi Andrzej Kozicki.
W wielu kibucach nadal nie używa się pieniędzy, a w zamian za pracę dostaje się kupony, wymienialne w kibucowych sklepach na towary lub na pieniądze, które można wydać na zewnątrz. Pensje są nadal dość niskie, co nie powoduje jednak znaczącego dyskomfortu kibucników. Korzystać mogą przecież z całej infrastruktury kibucowej, wyżywienie, edukację na wszystkich poziomach, opiekę zdrowotną, dach nad głową, a nawet pralnie i basen mając za darmo. Dodatkowe potrzeby mogą zaspokajać na zewnątrz i jak mówi Kuba, na wycieczkę też im starczy.
Zmiana warty
Właśnie między innymi z wyjazdami wiąże się ostatnia z wielkich zmian mentalnych, jakie zaszły w kibucach - ich wielkie otwarcie na świat. To zmiana zresztą chyba najważniejsza, bo od jej szerokiego wprowadzenia w wielu kibucach rozpoczął się proces ich przemiany ze spółdzielni rolniczych w ośrodki przemysłowe. Na skutek masowego odpływu ludności z kibuców (w latach 1988-2005 odeszło z nich 55 tys. ludzi) zaczęło brakować w nich rąk do pracy.
Zapotrzebowanie na pracowników wzmogły również nowe wzorce konsumpcyjne, coraz bardziej popularne w Izraelu; kolejnym pokoleniom, mniej oddanym ideologii ruchu kibucników, przestało wystarczać skromne życie w imię idei. Kibucnicy, jeśli nie porzucali swojego dotychczasowego miejsca zamieszkania, coraz częściej decydowali się na dodatkową pracę na zewnątrz. Powstała w ten sposób wymiana zasobów ludzkich stała się dla kibuców inspirującym powiewem świeżości. Obecnie kontakty kibucników ze światem zewnętrznym są bardzo częste: kibucnicy zarabiają na zewnątrz, a także ludzie z zewnątrz pracują w kibucach.
Zauważalna jest coraz większa rola zagranicznych pracowników najemnych, głównie z Filipin, Tajlandii i Rumunii, ale także z Ameryki Południowej, którzy pracują w kibucach sezonowo. Na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy zastępują oni Palestyńczyków, którzy dotąd przeważali wśród robotników najemnych, a dla których granica jest zamknięta od czasu wybuchu pierwszej intifady w 2001 roku. Pojawienie się dodatkowych sił roboczych i akceptacja kibucników dla zatrudniania ich na masową skalę pociągnęła za sobą industrializację spółdzielni, postępującą zresztą do dziś i mającą decydujące znaczenie dla ich kondycji ekonomicznej.
Zorientowani na eksport
Kibuce pozostają też istotną częścią składową izraelskiego eksportu. - Wiele kibuców przemysłowych szuka kontaktu z bazą produkcyjną w Europie. Przyczyny są dwie: skrócenie dystansu do rynku Unii Europejskiej, by zmniejszyć koszty transportu i posiadanie platformy eksportu, by sprzedawać towary niezależnie od politycznej sytuacji na Bliskim Wschodzie - mówi Avi Friedmann. Tym powodowane kibuce sprzedają za granicę 52% swojej produkcji, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych i właśnie Unii Europejskiej.
Eksportuje się głównie żywność, także koszerną, bardzo zresztą drogą i popularną wśród diaspory, nawet niereligijnej. Wzrasta stale zagraniczna sprzedaż winogron i win, owoców cytrusowych (przede wszystkim pomarańczy), awokado, bananów, oliwek, kukurydzy, nabiału, drobiu, tytoniu i papierosów, ale sprzedaje się także produkty tak specjalistyczne jak pompy irygacyjne, soczewki kontaktowe, a nawet elementy zbrojeń.
Najbardziej operatywne i, co za tym idzie, najbogatsze kibuce wypracowały sobie pozycje jednych z najważniejszych dostawców półproduktów wielkich koncernów. Na przykład kibuc Chacerim jest głównym udziałowcem międzynarodowej korporacji Netafim, produkującej urządzenia irygacyjne i wypracowuje zysk 850 mln zł rocznie, a inny, Ma'agan Michael, jest fabryką zarówno zbrojeniową, jak i urządzeń medycznych i uzyskuje przychód 280 mln zł rocznie.
Z kibucu do Polski
Także Polska jest ważnym partnerem handlowym dla wielu kibuców. - Izrael utrzymuje monopol eksportowy trzmieli do Polski (są one niezbędne do zapylania polskich pomidorów szklarnianych w zimnych miesiącach), a także dominuje na rynku pomarańczy i awokado (oznaczonych zwykle w supermarketach jako "tureckie"). Kibuce są też jednym z największych hodowców kwiatów, które trafiają do Polski via holenderskie giełdy kwiatowe. W sumie mają 12% udziału w całym eksporcie Izraela - mówi Kozicki.
Nie tylko kwiaty i "tureckie" pomarańcze trafiają na polski rynek okrężną drogą.
Także niemiecki BASF, producent taśm, dysków i materiałów biurowych, którego finalne produkty skierowane są na rynki polski, czeski i innych krajów naszego regionu, skupuje od kibuców podzespoły potrzebne do dalszej produkcji i jest jednym z ich najważniejszych zagranicznych partnerów handlowych. Eksport i krajowa sprzedaż produkcji przemysłowej to najbardziej dochodowa, ale nadal nie najpopularniejsza gałąź kibucowej produkcji. Większość z nich czerpie niewielkie korzyści z rolnictwa. Korzyści, a nie zyski, bo duża część produkcji rolnej wytwarzana jest na własne potrzeby.
Nie całość swojej produkcji rolnej jednak kibuce przejadają same - 97% ryb hodowanych w Izraelu pochodzi z ich hodowli, a większa część z nich ląduje w chłodniach izraelskich sklepów. Podobnie rzecz się ma z mlekiem i jego przetworami (51% ogólnej produkcji Izraela) i ze zbożami (49%). Mimo to w ostatnich dwóch dekadach liczba upraw w kibucach spada, głównie z powodu ograniczenia upraw bawełny. Jej miejsce zajmują warzywa, ziemniaki i melony. Błyskawicznie powiększa się też hodowla kwiatów, choć jest to nadal bardzo niewielki procent kibucowych upraw.
Na wypoczynek do komuny
Podobnie jak kwiaty, dochodowymi nowościami w bilansie przychodów kibuców są turystyka i edukacja. Już w latach kryzysu trzydzieści jeden kibuców, zlokalizowanych w atrakcyjnych regionach Izraela, zbudowało domy gościnne i restauracje. Założona w międzyczasie renomowana Sieć Hoteli Kibucowych zrzesza już około 50 kibuców, które inwestują jednocześnie w pamiątkarstwo i szeroko pojęty przemysł turystyczny - od basenów, parków i kawiarni poczynając, na żydowskich wycieczkach i kursach wiedzy o judaizmie, żydowskiej historii czy Holokauście kończąc. Znaczącym dla istotnych ze względu na rządowe subwencje dobrych stosunków między państwem a kibucami elementem struktury rachunku ekonomicznego spółdzielni jest też koszarowanie żołnierzy. Egzotyczne?
Weteran wolontariatu Kuba wspomina, że w kibucach położonych na terenach spornych z Palestyńczykami członkowie nawet ortodoksyjnych wspólnot nie rozstają się z bronią. Mimo stałej ochrony armii, samodzielnie do walki o swoje bezpieczeństwo gotowi stanąć są nawet kibucnicy religijnych spółdzielni położonych na terytoriach okupowanych, zwolnieni z przecież obowiązkowej w Izraelu (także dla kobiet) służby wojskowej. Komunistyczne przedsiębiorstwa złożone z religijnych pacyfistów z bronią w ręku?
To możliwe! Były ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss w jednym ze swoich felietonów napisał, że kibuce są jedyną w skali świata formą organizacji społeczności komunistycznej, która przetrwała próbę czasu i nadal funkcjonuje na niezmienionych zasadach przyjętej ideologii. Ich oblicze zmieniło się jednak bardzo od czasów nabrzmiałych ideologią początków, a działania w dużej części wynikają ze scenariuszy dalece odmiennych od pierwotnych założeń. W obliczu wybuchu drugiej intifady wśród izraelskich Żydów coraz większą popularność znów zyskuje nacjonalizm, co stawia kibuce na dawno utraconej - jak by się wydawało - pozycji organizacji powszechnie szanowanych. Czyżby ideologia, która nie tak dawno stanęła kibucom na przeszkodzie do harmonijnego rozwoju, tym razem ratowała je od społecznej, a co za tym idzie, ekonomicznej marginalizacji?
Kibuc miał być zwiastunem nowej, bardziej doskonałej formy organizacji społeczeństwa, której członkowie uniknęliby wyzysku, a także konfliktów na tle ekonomicznym, które zawsze leżały u podłoży większości problemów społeczności żydowskich rozsianych w diasporach na całym świecie.
To właśnie syjonistyczny element ideologiczny był najważniejszym motorem działania grup pierwszych osadników, którzy w trudnych warunkach klimatycznych zakładali początkowo niewielkie gospodarstwa rolne, próbując uzdatnić mało żyzną ziemię do upraw i hodowli. Pierwszy kibuc Degania powstał w 1909 roku, założony przez trzynaście osób.
Idea była nośna - w 1914 roku mieszkało już w nim ponad 50 osadników. Podsycany przez coraz popularniejsze przed drugą wojną światową postulaty wschodnioeuropejskich syjonistów, ruch kibucników stale się rozrastał i szybko zdobywał popularność. Znaczące, że większość spośród 270 działających dzisiaj kibuców założono w latach 30. i 40., tuż przed powstaniem państwa Izrael. Objęło je ono opieką prawną i finansową i wydawało się, że kibuce staną się w nim bardzo popularną, jeśli nie powszechną, formą organizacji przedsiębiorstw w gospodarce opartej w tamtym czasie przede wszystkim na rolnictwie. W 1948 roku w 177 kibucach mieszkało 8% populacji Izraela.
Kibuce rozrastały się i mnożyły i nic nie mąciło spokoju zarówno ich mieszkańców, jak i władz, hojnie subsydiujących nie do końca samodzielne spółdzielnie. Kibuce przechodzą w ostatnich latach pewną (choć nie ta poważną, jak się powszechnie uważa) zapaść ekonomiczną. Liczba żyjącej w nich i coraz starszej ludności spada, podobnie jak wydajność pracy i poziom satysfakcji z trybu prowadzonego przez kibucników życia. To powoduje rewolucyjne, wobec pierwotnych, utopijnych założeń, zmiany w zarządzaniu kibucami. Konieczne stało się przeprowadzenie wielu reform, dokonywanych zarówno przez konserwatywny rząd Ariela Szarona, przez Żydowski Fundusz Narodowy, który jest właścicielem gruntów oddanych w zarząd kibucom, jak i przez nie same. Pierwszym ruchem rządu było pozbawienie ich wielu przywilejów, takich jak państwowe dotacje i kontrakty czy zwolnienia podatkowe.
Ewa Bakota
Źródło:

|