Polacy są szczęśliwym narodem
06:00
12.01.2008
Jednak ten coraz bardziej szczęśliwy Polak 2007 siedzi coraz dłużej przed telewizorem (blisko co trzeci - trzy i więcej godzin) i narzeka. Na transformację. Na pytanie: - Czy pan(i) zdaniem reformy po 1989 r. udały się ogólnie, czy raczej nie udały? - jedynie co dziesiąty odpowiedział, że się udały, ponad 40 proc., że nie, a blisko połowa wybrała bezpieczną odpowiedź - trudno powiedzieć. Te 10 proc. to i tak wynik lepszy niż np. w 2003 r. (6,1 proc.), czy w 2005 (7,4 proc.).
W całym minionym dziesięcioleciu dominowało bowiem przekonanie, że reformy ogólnie się nie udały, a równocześnie wahaniom podlegały oceny wpływu reform na życie badanych. W 1997 r. ponad 54 proc. oceniło, że zmiany po 1999 r. wpłynęły niekorzystnie na ich życie, w tym roku - jeśli można użyć tego słowa - tylko ponad 44 proc.
Wpływ na tę ocenę ma z jednej strony krytyka "reform Balcerowicza", a w ostatnim okresie także "Okrągłego Stołu" - podstawowych symboli polskiej transformacji. Z drugiej, podkreśla prof. Antoni Sułek (UW), autor tej części opracowania "Diagnozy 2007" * jest to kwestia psychologiczna. Ci, którym się powiodło podnoszą sobie samoocenę, czyli podbijają swój bębenek argumentując: choć reformy ogólnie się nie udały, oni potrafili wykorzystać możliwości, które zostały mimo wszystko stworzone.
Ci, którym się powiodło, samousprawiedliwiają się w ten sposób: reformy ogólnie się nie udały, a oni sami padli ich ofiarą, jak wielu innych, jak "wszyscy". Z odpowiedzi na pytania cząstkowe można wnioskować, że w opinii wielu badanych wprawdzie stary system był zły i należało go zmienić, ale nowy wprowadzono złymi metodami. Jak więc odróżnić naprawdę wygranych, od naprawdę przegranych?
Komu - w plecy, komu w oczy?
Naukowcy skonstruowali na użytek omawianego badania syntetyczny, ogólny wskaźnik jakości życia. Posługując się tym narzędziem twierdzą, że nie ma dziś w Polsce jednego wymiaru owej jakości, można jednak z grubsza ocenić, jak to ujmuje prof. Czapiński, komu wiatr w plecy, a komu w oczy
Do skonstruowania syntetycznego wskaźnika posłużyło osiem wymiarów (czy upraszczając - czynników), takich jak: dobrostan psychiczny, fizyczny i społeczny (poczucie szczęścia, wola życia i zadowolenie z niego; depresja, choroba, niepełnosprawność; brak poczucia osamotnienia, liczba przyjaciół); poziom cywilizacyjny wyznaczony w pewnym sensie przez kapitał ludzki (wykształcenie, komputer, internet, języki, prawo jazdy i in.); dobrobyt materialny (dochód na osobę w rodzinie, urządzenia - od pralki po łódź motorową i dom letniskowy); stres życiowy (w sześciu kategoriach - od pracy po relacje w małżeństwie); patologie (nałogi, konflikt z prawem itp.).
Wskaźnik syntetyczny i wskaźniki cząstkowe odpowiednio statystycznie "przetworzone" umożliwiły stworzenie rankingu jakości życia 95 grup wyróżnionych na podstawie kryteriów demograficzno-społecznych (wiek, płeć, wykształcenie, zawód, dochód, klasa miejscowości, typ rodziny itp.). Nie wdając się w odsłanianie kulis statystycznej kuchni badawczej warto jedynie podkreślić, że dwa użyte do badań niezwykle obszerne kwestionariusze pozwalają prześledzić wszystkie najważniejsze aspekty życia kilku tysięcy rodzin i kilkunastu tysięcy ich członków.
Wiemy, ile statystyczny Polak wypala papierosów, czy i jak często pije, modli się, chodzi do kościoła i lekarza, jest zadowolony czy nie z małżeńskiego seksu, zarobków, dzieci i całego dotychczasowego życia. Okazuje się, że jako "wspaniałe", bądź "udane" ocenia je ponad 40 proc., a 36 proc. jako "dosyć dobre". W minionych kilkunastu latach przybywało tych życiowych beneficjentów od kilku do kilkunastu procent rocznie.
Natomiast do beneficjentów III RP, wyróżnionych na podstawie ogólnego syntetycznego wskaźnika jakości życia, należą niewątpliwie: ludzie z wyższym lub co najmniej średnim wykształceniem, wysokimi dochodami, młodzi, przedsiębiorczy, mieszkańcy Gdańska, Warszawy i województwa pomorskiego. Zdecydowanie najmarniejsze życie - wykazano w "Diagnozie 2007" - wiodą renciści, osoby owdowiałe, samotne, rozwiedzione, w podeszłym wieku, bezrobotne, ubogie, kiepsko wykształcone, mieszkające we wschodnich województwach.
Naukowcy zastrzegają jednak, że ubodzy, niezbyt nowocześni i mało aktywni społecznie mogą mimo to cieszyć się innymi względami losu - np. wolnością od patologii, czy dużym wsparciem społecznym i liczbą przyjaciół (statystycznie mamy ich od 5 do 7-8).
W czołówce rankingu jakości życia jest np. prawnik, nauczyciel akademicki, informatyk i menedżer w dużej firmie. W "ogonie" ciągnie się bezrobotny, osoba rozwiedziona, wdowiec, rencista. Ale różnica między skrajnymi grupami (prawnikami i rencistami) w zakresie standaryzowanego wskaźnika jakości życia wynosi w 2007 r. niemal dokładnie tyle samo co dwa lata wcześniej. Stąd wniosek, że dystans między grupami społecznymi o najwyższej i najniższej jakości życia nie powiększa się. - Mimo szybkiej poprawy warunków życia obywateli, nie zwiększa się, a wręcz zmniejsza rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństwa - przekonuje prof. Czapiński.
Obrazujący to zjawisko współczynnik Giniego pozostaje w tym roku na poziomie z 2003 r. (0,32). Przeczy to obiegowej tezie, że bogatsi się bogacą, a ubodzy biednieją. Awans ekonomiczny jest - w opinii profesora - bardzo równomierny. Dochody 20 proc. najuboższych gospodarstw rosły szybciej niż najbogatszych. - W rzeczywistości grupa najbogatszych w 2007 r. wręcz nieco zbiedniała - przekonują autorzy Diagnozy.
Nie jest to jedyny, kontrowersyjny i rozmijający się z dość powszechnym odczuciem oraz innymi analizami, wniosek z omawianych badań. Polemikę zostawmy jednak ekspertom. Tym bardziej, że prof. Czapiński przekonuje, iż prywatne diagnozy są nazbyt iluzoryczne, uproszczone, ogólnie błędne.
Największa tajemnica transformacji
Wykorzystywanie syntetycznego wskaźnika przynosi nie tylko kontrowersje, ale wręcz niezrozumiałe i nie do końca rozszyfrowane wyniki dotyczące naszej zbiorowej kondycji przejawiającej się właśnie w badanej owym wskaźnikiem jakości życia. Dotyczy to np. rozprzestrzeniającej się poważnej choroby XXI wieku - depresji.
Zdaniem badaczy pozostaje największą tajemnicą i transformacji, i Polaków fakt, że u nas, w przeciwieństwie do społeczeństw zachodnich, depresja nasila się z wiekiem. Natomiast w USA czy Kanadzie cierpią na nią częściej młodsi niż starsi. W Polsce odwrotnie, z każdym rokiem życia zwiększa się nasilenie jej objawów. Amerykańscy naukowcy (R. M. Nesse i G. C. Williams) na podstawie szerokich, międzynarodowych badań twierdzą, że procesy cywilizacyjne znacznie silniej odbijają się na psychice młodych pokoleń, niż osób starszych.
Proponują następujące, ciekawe wyjaśnienie: - Komunikacja masowa, zwłaszcza telewizja i firmy, czyni z nas jeden wielki zespół rywali, współzawodniczących ze sobą kosztem bliskich związków z ludźmi. Dawniej miałeś spore szanse wybić się w czymś. Nawet, jeśli nie byłeś najlepszy, twoje własne otoczenie doceniało twoje zdolności. Dziś wszyscy rywalizujemy z tymi, którzy są najlepsi na świecie. Oglądając ludzi sukcesu w telewizji, stajemy się zawistni (), nikt z nas nie jest w stanie mieć tak fantastycznego życia.
Autorzy Diagnozy przyznają, że nie wiedzą skąd się bierze ten polski fenomen odwrócenia właściwej dla krajów rozwiniętych zależności między wiekiem a depresją. - Być może starsi czują się bardziej zagubieni i mniej przydatni w nowej rzeczywistości - dywagują dość naiwnie naukowcy. A może po prostu transformacja rozjechała i psychicznie i ekonomicznie ("wypychanie" z pracy, emerytura - gilotyna) pokolenie PRL-u? Jak w piosence: przyszedł walec i wyrównał
Niewyjaśnione do końca jest też zjawisko przyspieszonej patologizacji pokolenia młodych kobiet, czy raczej dziewcząt w wieku 16-18 lat. Utrwala się zaobserwowany po raz pierwszy w poprzedniej Diagnozie z 2005 r. trend zrównania w zachowaniach autodestrukcyjnych dziewcząt i chłopców urodzonych po zmianie ustroju w 1989 r. Dotąd to chłopcy byli ci gorsi, teraz dziewczęta 16 - 18-letnie piją jak ich koledzy w tym samym wieku i odsetek pijących jest podobny, podobnie dużo z nich pali, a co gorsze rozprzestrzenia się wśród panienek narkomania. Naukowcy nazwali to zjawisko "efektem pokolenia T") od transformacji (lub "żeńskim tsunami"). Co gorsza, zjawisko to sięga coraz młodszych: 12 - 15-latek.
Być może jest to efekt ogólnoświatowych trendów kulturowych (np. odrzucenia podziału ról według płci), ale najprawdopodobniej także naszej transformacji. Rodzice "niegrzecznych dziewczynek" nie mieli dla nich czasu, zostali "wypchnięci" z domu na cały dzień, poddani ogromnym wyzwaniom, rywalizacji i stresom wówczas, gdy miały one ok. 3 lat, a to - według Freuda - wiek decydujący dla dalszego rozwoju.
Najsłabsze ogniwo
Wśród ośmiu wymiarów jakości życia jest nim kapitał społeczny, czyli, najogólniej mówiąc, zdrowe relacje społeczne, aktywność publiczna, dbanie o dobro wspólne, gotowość do współpracy, zaufanie do innych, przynależność do organizacji, skłonność do stowarzyszania się, pozytywny stosunek do demokracji itp. O ile kapitał ludzki (poziom wykształcenia i szeroko rozumiane kompetencje cywilizacyjne) systematycznie rośnie, o tyle kapitał społeczny pozostaje na niezmiennie niskim poziomie. Cechuje nas nikła "obywatelskość" i bardzo silna nieufność.
I tak np. tylko 14,2 proc. badanych włączyło się w ostatnich dwóch latach w działania na rzecz własnej społeczności. Tylko 15,3 proc. jest obecnie członkami organizacji, stowarzyszeń, komitetów, grup religijnych, związków i kół. Tylko 11,5 proc. Polaków badanych w ramach Diagnozy 2007 uważa, że większości ludzi można ufać, a jest to sześciokrotnie mniej niż np. w Danii czy Norwegii.
Tylko 24 proc. sądzi, że demokracja ma przewagę nad wszelkimi innym formami rządów. A wśród 13 czynników składających się na system wartości Polaków, najważniejszych dla szczęśliwego, udanego życia, wolność i swoboda jest od lat na ostatnim miejscu (4,1 proc. wyborów). W czołówce jest zdrowie (ponad 65 proc.), udane małżeństwo (55,8 proc.), dzieci (44,9 proc.), pieniądze (31 proc.), praca (30 proc.), Opatrzność i Bóg (15,2 proc.), uczciwość (9,7 proc.).
Wręcz alarmujące są wyniki Diagnozy 2007 dotyczące dobra wspólnego. W ciągu dwóch lat jego waga znacząco - aż o 9 proc. - spadła. Dziś ponad połowa Polaków nisko ceni sobie to, co wspólne, ("każdy sobie żywot skrobie"), mało kogo obchodzi udział w jego powiększaniu (np. poprzez płacenie podatków i ceł), jak i nadużywanie społecznej puli (niepłacenie czynszu, jazda na gapę itp.). Po 18 latach budowania państwa o ustroju wolnorynkowym, ale także demokratycznym, którego jednym z fundamentów jest tworzenie dobra publicznego i rozsądne nim gospodarowaniem dobro to - oceniają naukowcy - nie jest dla większości z nas przedmiotem szczególnej troski.
Być może dlatego, że o ekonomicznym awansie poszczególnych osób i rodzin, a za ich sprawą Polski, decyduje dziś szybko rosnący kapitał ludzki, zwłaszcza wykształcenie i finansowe wsparcie Unii. Jednak za jakiś czas, kiedy to wsparcie osłabnie, dotkliwie odczujemy brak kapitału społecznego warunkującego i odpowiedzialnego za rozwój wspólnoty.
Dla przedsięwzięć wspólnotowych wymagających efektywnej współpracy władz centralnych i samorządowych, lokalnych społeczności i poszczególnych mieszkańców - jest on niezbędny. Rosnącej zaradności indywidualnej nie towarzyszy dziś wzrost tejże współpracy, zdaniem naukowców dlatego, że nie ufamy innym, że brakuje nam społecznego kapitału, którego podstawowym napędem jest właśnie zaufanie. - Żyjemy ciągle w kulturze zawiści i nieufności. Nie wyruszyliśmy jeszcze w drogę ku społeczeństwu obywatelskiemu - dowodzi prof. Czapiński.
Z moich obserwacji wynika, że póki co mamy raczej społeczeństwo kumoterskie. A poczucie szczęścia i udane życie, rosnący dobrostan psychiczny i społeczny, czy pełniejsza "kieszeń", wcale tego społecznego kapitału nie zwiększa i nie kieruje nas na tę obywatelską ścieżkę. Dlaczego?
Irena Dryll
Diagnoza Społeczna 2007. Warunki i jakość życia Polaków - raport. Redakcja: Janusz Czapiński, Tomasz Panek. Warszawa, Rada Monitoringu Społecznego, wrzesień 2007.
Źródło:
