Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane

firma wiarygodna finansowo

Bezzwrotne 25 000 zł na rozwój Twojej firmy. Sprawdź rewolucyjne na polskim rynku finansowanie dla firm!


reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Produkty finansowe dla firm Gazeta Podatkowa

Pułapki badań jakościowych i jak ich unikać

11:28 14.02.2008
Kategoria: ABC firmy | Źródło: Mariusz Ludwiński
Jeśli jesteś badaczem w firmie sondażowej, marketingowcem lub specjalistą od PR, to prędzej czy później staniesz przed koniecznością przeprowadzenia badań jakościowych. Wbrew pozorom "jakościówka" wcale nie jest łatwiejsza do przeprowadzenia niż "ilościówka". Wręcz przeciwnie, zagrożenia związane z zanieczyszczeniem uzyskanych danych są o wiele większe i poważniejsze w przypadku badań jakościowych.

W książce Davida Silvermana "Interpretacja danych jakościowych" (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007) znajdują się cenne wskazówki w jaki sposób uniknąć błędów podczas zbierania danych w terenie. Poniżej zostaną przedstawione dwie z wszystkich ośmiu. Nie przejmuj się, że przykłady pochodzą z ochrony zdrowia, a nie biznesu - wskazówki co do badań zachowują swoją aktualność.

Korzystaj z danych niewywołanych [pojawiających się naturalnie], ale i tak zwracaj na nie baczną uwagę


Często błędnie zakładamy, że istnieje wrodzona trudność w docieraniu do danych niewywołanych, ponieważ akceptuje się "osobisty" charakter wielu kontekstów sytuacyjnych, np. "życia rodzinnego" lub "seksualności". Jednakże to założenie jest równoważne ze zdroworozsądkowym przekonaniem, że są to zjawiska jednorodne, których znaczenia tworzone są w jednej tylko scenerii (np. w gospodarstwie domowym, sypialni, miejscu pracy). Tymczasem "życie rodzinne" toczy się wokół nas - w salach sądowych, w instytucjach opieki społecznej, jak również w gospodarstwach domowych. Podobnie o "seksualności" trudno powiedzieć, że jej zasięg wyznacza sypialnia; dyskurs poświęcony seksualności otacza nas. Tak samo praca - nie wpływa na nas tylko od 9 do 17, ale przez wszystkie pozostałe godziny również (zwłaszcza, gdy przeciążony menedżer zabiera pracę do domu na wieczór).

Biorąc pod uwagę dostępność danych niewywołanych, podzielam (do końca tekstu, ilekroć ktoś będzie używać zaimka "ja", chodzi o autora książki, Davida Silvermana - przyp.red.) entuzjazm związany z wyjściem "w teren", gdzie można badać to, co robią uczestnicy zjawisk. Obecność "w terenie" umożliwia nam ujawnienie kategorii myślowych (pojęcia, znaczenia, grupy skojarzeniowe), które uczestnicy rzeczywiście wykorzystują w swoich codziennych poczynaniach. Kategorie wyabstrahowane z zadań życia codziennego zazwyczaj narzucają zbiór dychotomii lub kontinuów (dychotomia to para przeciwstawnych biegunów danej cechy np. lewo-prawo, z kolei kontinuum umożliwia etapy przejściowe np. lewo-lewo skos-prosto-prawo skos, prawo), których relacji z rutynowymi działaniami nie znamy.

Oczywistym przykładem takiego dychotomicznego teoretyzowania a priori jest teoretyczny model zachowania organizacyjnego w ujęciu działań racjonalnych i nieracjonalnych. Jak zauważają badacze Anderson, Hughes i Sharrock, taki model zawodzi wówczas, gdy idzie o dostrzeżenie "zasadniczo społecznie zorganizowanego charakteru odkrycia, poznania, oznaczenia oraz rozwiązania problemów". O ile bowiem można zgodzić się, że organizację społeczną (życie, praca, miłość, komunikacja itp.) można określić dychotomicznie (jeśli nie "tak", to "inaczej"), to należy pamiętać, że dychotomia ta nie jest jednowymiarowa. Organizacje społeczne są wielowymiarowe, dlatego właśnie sprawiają nam tyle kłopotów.

Wykorzystując materiały w postaci nagrań magnetofonowych negocjacji biznesowych, wspomniani Anderson, Hughes i Sharrock wykazali, że strony negocjacji koncentrują się na problemach, a możliwości wychodzenia z potencjalnymi rozwiązaniami są uzależnione od tego, w jaki sposób strony negocjacji radzą sobie z sekwencyjnymi regułami obowiązującymi w języku naturalnym (zob. moje omówienie "mowy instytucjonalnej" w podrozdz. 6.3.4). Przykładowo, dostępny punkt przejściowy, który posunąłby negocjacje do przodu i przybliżył do wypracowania wspólnego korzystnego rozwiązania, może pozostać niewykorzystany przez jedną ze stron, dzięki czemu może ona uniknąć podjęcia zobowiązań, dopóki nie pozna o co chodzi drugiej stronie. Podobnie ma się rzecz z prośbami o dodatkowe wyjaśnienia, które mogą służyć zyskaniu na czasie bądź odbiciu piłeczki na stronę pierwszego mówcy w rozgrywce, w której biorą udział trzy strony (prośba o wyjaśnienie, odpowiedź wyjaśniająca).

W konsekwencji te reguły sekwencyjne odgrywane są w kontekście zbioru związków "biznesowych", które zależą od stopnia zamanifestowania "współzawodnictwa" w połączeniu z "dworską uprzejmością", które z kolei łączą się z uznanym za pewnik założeniem o wzajemności związków osobistych i handlowych.

Analiza dokonana przez Andersona, Hughesa i Sharrocka wskazuje na to, "co przyjęcie właściwej biznesowej postawy ukierunkowanej na rozwiązywanie rutynowych problemów oznacza dla jednostek, mogących stanowić przedmiot obserwacji interakcyjnych aspektów życia codziennego". Analiza ta tym samym pokazuje, jak "biznes" przestaje istnieć jako jednorodne zjawisko (zob. podrozdz. 10.5). Jak zauważają, "życie biznesowe" przeplata się z życiem codziennym: czysty "racjonalizm" nie może zostać oddzielony od tego, co społeczne.

Jednakże wysuwanie zbyt daleko idących wniosków z tych tez łączy się z dwojakiego rodzaju niebezpieczeństwami. Po pierwsze, możemy stać się zbyt pewni statusu danych "niewywołanych". Zdążyłem odwołać się już do poglądu Hammersleya i Atkinsona, według których nie ma "czystych" danych - wszystkie dane ulegają wpływowi twojego rozumowania, jak również tych, którzy je tworzą. A zatem założenie, że dane "niewywołane" są danymi niezależnymi stanowi, w sposób oczywisty, fikcję tego samego rodzaju jak ta, którą utrzymują badacze wykorzystujący metody sondażowe, twierdząc, że ich techniki oraz kontrola są wystarczające do opracowania danych, niebędących artefaktem sytuacji badawczej (artefakt oznacza w tym przypadku utratę cech rzeczywistych i zmianę jakościową w stosunku do pierwotnego obiektu badania - przyp.red.). Drugie niebezpieczeństwo, kryjące się w zasadniczej odpowiedzi, stanowi ryzyko uniemożliwienia nam docenienia wyjątkowo potężnej i nieodpartej siły wywiadu. Weźmy choćby pod uwagę przejmujące "okrutne historie" opowiedziane przez matki dzieci upośledzonych i ich apel do słuchaczy, aby dojrzeli w nich osoby "toczące wspaniałą walkę" (zob. moje rozważania w podrozdz. 4.8 na temat "opowieści moralnych").

Unikaj przyjmowania punktu widzenia aktorów za wyjaśnienie


Czy ktokolwiek mógłby pomyśleć, że taka kwestia jest obecna w nauce społecznej? Czy ktokolwiek mógłby pomyśleć, że to, co powinniśmy zrobić, to wyjść w teren z zamiarem opowiedzenia o tym, co ludzi ekscytuje, przeraża, o ich osobistych doświadczeniach (zajrzyj do podrozdz. 10.5, a znajdziesz odpowiedź)?

Tymczasem, oceniając badania jakościowe na podstawie rozpowszechnienia tego, co nazwę badaniami o charakterze "naiwnym" wykorzystującymi metodę wywiadu, wydaje się, że mają one takie problemy. "Naiwni" badacze przeprowadzający wywiad wierzą, że mogą pokonać potencjalne ograniczenia badań ilościowych, dzięki swobodnemu scenariuszowi rozmowy oraz pragnieniu uchwycenia "autentycznego" doświadczenia.

Naiwnie nie dostrzegają tego, co łączy ich z dziennikarzami przeprowadzającymi wywiady (których odwieczne pytanie brzmi: "Co czujesz / Jak to odczuwasz?") i turystami (którzy w pogoni za tym, co "autentyczne" lub "odmienne", zawsze kończą swoją eskapadę z większą ilością takich samych okazów). Ponadto są całkowicie niezdolni do dostrzeżenia problematycznego analitycznego statusu danych pochodzących z wywiadów, które nigdy nie są po prostu surowe - są tekstem umiejscowionym w określonym kontekście. Takie zagadnienia analityczne nie są nawet poruszane w eleganckich "zaleceniach" metodologicznych, formułowanych z myślą o badaniach sondażowych.

Oczywiście, rażące formy emocjonalizmu pojawiają się czasem w wypracowaniach studentów i w niektórych wystąpieniach byłej brytyjskiej pani premier Margaret Thatcher (autorki uwagi: "nie istnieje taka rzecz jak społeczeństwo") i to można w pewnym stopniu zrozumieć (choć nie zaakceptować). Tymczasem również zawodowi przedstawiciele nauk społecznych, którzy powinni być uodpornieni na "emocjonalne wycieczki", często ulegają impulsom emocjonalnym, szczególnie na gruncie badań terenowych, w trakcie których podporządkowują się przekonaniu o świętości tego, co ich rozmówca powie im w wywiadzie swobodnym. Dlatego też, jak zauważyliśmy w rozdziale 4, stajemy często w obliczu konieczności dokonania mało zachęcającego wyboru między traktowaniem objaśnień jako danych uprzywilejowanych bądź jako danych "oddających perspektywę", podlegających sprawdzeniu za pomocą metody triangulacji z innymi obserwacjami.

Kwestia uwikłanej natury twierdzeń wygłaszanych przez ludzi pojawiła się w moich badaniach poświęconych dziecięcej placówce kardiologicznej. Jak zauważyłem w podrozdziale 9.4.2, gdy rozmawiałem z rodzicami po pierwszej wizycie ich dziecka w klinice, większość z nich zadeklarowała, że miała problem z przyjęciem jakiegokolwiek komunikatu od lekarzy. Rodzice stwierdzali, że główną przeszkodą w osiągnięciu odpowiedniej koncentracji było zatłoczenie pomieszczenia, w którym odbywały się konsultacje - szpital akademicki, w którym, w trakcie konsultacji, często pozostawało jednocześnie kilkoro lekarzy, pielęgniarek, jak również naukowców.

Chociaż mogliśmy "wczuć się" w odpowiedź rodziców, uznaliśmy, iż warto byłoby powrócić do naszych nagrań magnetofonowych ze spotkań, o których mówili. Okazało się, że często ilość pytań zadawanych przez rodziców była bezpośrednio związana z liczbą osób obecnego personelu (a nie odwrotnie, jak mogły to sugerować odpowiedzi uzyskane w trakcie wywiadu).

Jak to często bywa w przypadku odkrycia przeczącego intuicji, odnaleźliśmy dla niego całkiem proste wyjaśnienie. Być może wówczas, gdy doświadczony lekarz przerywał konsultację, aby zadawać pytania towarzyszącym mu młodszym kolegom po fachu, całkiem mimochodem powstawała luka, która dawała rodzicom sposobność przemyślenia tego, co zostało dotychczas powiedziane i sformułowania własnych pytań, co nie udawało im się na poczekaniu, w bezpośrednim kontakcie z lekarzem. Wyjaśnienie to zostało wzmocnione materiałem z innej placówki, w której również rodzice zadawali wiele pytań wówczas, gdy lekarze analizowali dane kliniczne, a rodzice byli pozostawieni samym sobie.

I tak powracamy do naszego materiału pochodzącego z wywiadów z rodzicami. Nie byliśmy nastawieni, aby ironicznie podchodzić do tego, co nam powiedzieli i nie potraktowaliśmy ich wypowiedzi jako oczywiście błędnych w świetle danych "obiektywnych". Zamiast tego zaczęliśmy dostrzegać wyjaśnienia rodziców jako "opowieści moralne" (Baruch, 1982; Voysey, 1975); nie jako wyjaśnienie zachowania rodziców w konkretnym momencie, ale jako uwikłany sposób odwołania się przez nich do ich racjonalności oraz do moralnej stosowności własnego zachowania. Nasi respondenci walczyli o to, aby zaprezentować swoje działania w kontekście moralnego opisu odpowiedzialnego rodzicielstwa wówczas, gdy znaleźli się w sytuacji, w której wszystko sprzysięgło się przeciwko nim (z powodu zagrożenia życia, specjalistycznych technik diagnostycznych oraz leczenia).

Wskazywane przez rodziców trudności związane z zatłoczonym pokojem, w którym odbywały się konsultacje, zaczęliśmy traktować Podobne obserwacje poczynili Webb i Stimson (1976) w swoim badaniu 50 brytyjskich placówek świadczących konsultacje internistyczne. Zauważyli oni, że następujące po sobie wyjaśnienia pacjentów stawały się coraz bardziej dramatyczne, a badacz był zachęcany do wczuwania się w trudności, które pacjenci napotykali w trakcie konsultacji. Opowiadanie "okrutnych historii" stanowiło dla pacjentów możliwość pofolgowania myślom, które nie zostały głośno wypowiedziane w trakcie konsultacji oraz było szansą na zniwelowanie nierówności między lekarzem a pacjentem. Równocześnie "okrutne historie" przybierały dramatyczną formę, która zapewniała uwagę słuchacza-badacza - badacz staje się tego świadom, gdy jest proszony o przedstawienie krótkiego sprawozdania na temat rezultatów własnego projektu.

W pewnym sensie, jeszcze raz zobaczyliśmy, jak zatoczywszy pełne koło, badacze wykorzystujący techniki jakościowe powrócili do pozycji zajmowanej przez swoich kolegów, których warsztat tworzą metody ilościowe. Tylko wówczas, gdy badacz nie ograniczy się do sposobu postrzegania świata właściwego "naiwnemu" turyście zauroczonemu przekonaniem o dziwaczności zachowań kulturowych ("Mój Boże, jak tutaj inaczej to robicie"), dotrze do interesujących pytań analitycznych.

Dzięki tym dwóm wskazówkom dane jakie uzyskasz w trakcie przeprowadzania twoich wywiadów lepiej będą się nadawać na fascynujący temat precyzyjnego analitycznego studium przypadku. Takie podejście umożliwia uzyskanie wglądu praktycznego, jak również analitycznego.

Pozostałe sześć wskazówek co do poprawnego wykonywania badań jakościowych znajdziesz w książce Davida Silvermana "Interpretacja danych jakościowych" (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007). Jest to cieszący się popularnością na zachodnich uniwersytetach podręcznik do metodologii badań jakościowych, z którego dowiesz się czym one są oraz w jaki sposób przeprowadzić je rzetelnie, trafnie i wystarczająco ogólnie do wyciągnięcia poprawnych wniosków. Wszelkie skróty i uzupełnienia w tekście za zgodą Wydawcy.
Książkę znajdziesz w księgarni internetowej PWN www.ksiegarnia.pwn.pl, wpisując w pole wyszukiwarki wyrażenie "interpretacja jakościowych".

Mariusz Ludwiński
Napisz komentarz

Brak komentarzy...