Od pół roku nie zaktualizował pan swojego bloga. Z gospodarką jest tak dobrze, że nie ma już o czym pisać?Ryszard Petru Niestety, z dużo bardziej prozaicznego powodu: braku czasu. Perspektywy dla gospodarki? Zasadniczo: dobre, choć, oczywiście, im dalej, tym trudniej o precyzję prognozy. Na początek ważne założenie: rok 2007 był absolutnie wyjątkowy. Taki splot niemal wyłącznie dobrych dla gospodarki okoliczności i zdarzeń szybko już się nie powtórzy, o ile w ogóle. I na tym tle rok 2008 może wyglądać marniej, tyle że obiektywnie to będzie całkiem dobry rok.
Co tworzyło magię roku 2007?R.P. Gospodarka kręciła się szybciej, niż ją było na to stać, dzięki kilku niecodziennym czynnikom, głównie niskiej bazie. Przykładowo, samorządy zaczęły mocno inwestować dopiero pod koniec roku 2006. W efekcie, ubiegły rok wypadł rewelacyjnie na tle swojego poprzednika. Na pewnym etapie samorządy miały dynamikę nawet na poziomie 60 procent! Tego już się nie da powtórzyć.Idąc dalej: mieliśmy wyższy wzrost od spodziewanego, wyższą konsumpcję, a wszystko - przy ciągle niskiej inflacji. Do tego doszła ciepła zima, a więc duży boom w budownictwie, oraz wzrost cen mieszkań.
 |
Najnowsze dane ekonomiczne potwierdzają oczekiwania, że inflacja nadal będzie rosła. Trend ten utrzyma się najprawdopodobniej przez najbliższe kilka miesięcy - mówi Łukasz Tarnawa, główny ekonomista banku PKO BP.
______________________________
Obejrzyj wywiad z głównym ekonomistą PKO BP Łukaszem Tarnawą
|
A to akurat nie dla każdego dobra informacja...
R.P. Oczywiście. Ci, którzy nie zdążyli kupić przed boomem, mają prawo być niezadowoleni, ale patrząc w skali makro - ten boom wygenerował całkiem pokaźną grupę osób, która wreszcie poczuła siłę własnego pieniądza i majątku.
Wracając do prognoz, ten rok będzie normalny, tak jak przeciętne lato w Polsce, gdzie upalne dni przeplatają się
z deszczowymi. I tak, może się pojawić zagrożenie inflacyjne, wywołane choćby presją na wzrost wynagrodzeń. Na pewno zdrożeją kredyty. Dalej jednak będzie rosła konsumpcja i inwestycje. Dynamika inwestycji nieco osłabnie, ale pozostanie wysoka. Spodziewany przez nas 13-procentowy wzrost, po ubiegłorocznej eksplozji (20 proc.), może wyglądać blado, lecz to ciągle bardzo dobry wynik.
Zawirowania na światowych rynkach kapitałowych mogą się położyć cieniem na gospodarce w roku 2008?
R.P. Złoty wyjątkowo dobrze sobie z nimi poradził. Jesteśmy, mimo wszystko, postrzegani jako kraj małego ryzyka. Rzecz jasna, nie tak jak Europa Zachodnia, ale najbliżej nam do niej z grona wszystkich rynków wschodzących. Z giełdą jest inaczej - tu cały świat wciąż patrzy na Stany Zjednoczone. Jak tam indeksy nurkują, reszta globu na wyścigi sprzedaje akcje.
Pierwszy kwartał na amerykańskiej giełdzie może jeszcze stać pod znakiem spadków i okazjonalnych bankructw instytucji zaangażowanych w segment sub-prime. Ale najpóźniej w drugiej połowie 2008 roku, po tym, jak problemy rynku nieruchomości za oceanem zostaną zdefiniowane i zdiagnozowane, amerykańska gospodarka wróci znów na ścieżkę szybkiego wzrostu. Ryzyko jest takie, że większość ekonomistów uważa, iż Ameryce uda się uniknąć recesji. Taka jednomyślność jest mocno podejrzana.
|
Stany Zjednoczone stają przed trudnym wyzwaniem powstrzymania recesji. Fed ma swój plan ratunkowy, rząd USA też ma kilka planów ratunkowych, jednak wydaje mi się, że żaden z nich nie będzie w stanie powstrzymać następstwa cykli koniunkturalnych - mówi Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeissen Bank.
______________________________
Obejrzyj wywiad z Jackiem Wiśniewskim, głównym ekonomistą Raiffeissen Banku.
|
No właśnie. Też niepokoi nas zgodność co do tego, że Polska w tym roku musi urosnąć powyżej 5 procent.
R.P. My zakładamy 5,1 procent. Uważam, że sytuację w Polsce akurat w 2008 r. będzie dużo łatwiej prognozować niż w USA. Mamy stosunkowo przewidywalne tendencje co do składowych wzrostu: rośnie zatrudnienie, ludzie więcej zarabiają i biorą więcej kredytów. Inwestycje nie wyhamują z dnia na dzień. W dłuższym okresie na warszawskiej giełdzie powinien utrzymać się trend wzrostowy, gdyż w miarę dobre perspektywy dla całej gospodarki przełożą się na dobre wyniki spółek giełdowych.
W Stanach Zjednoczonych jest dużo więcej niewiadomych, wszystko może się wydarzyć. Dolar może się osłabić bardziej, niż nam się wydaje, kolejne grupy społeczne mogą wpaść w pułapkę niewypłacalności etc. USA grozi niższy wzrost przy wysokiej inflacji - to najgorszy wariant, ponieważ nie wiadomo, co z nim robić.
Czy ewentualny kryzys w Stanach Zjednoczonych może się rozlać na globalną gospodarkę?
R.P. Pocieszające dla reszty świata jest to, że gospodarcza pozycja USA jest dziś zupełnie inna niż 20 lat temu. Mamy trzy niemal równorzędne ośrodki: USA, UE, Azję (głównie Chiny i Indie). Niedawno Bank Światowy
opublikował raport, w którym szacował, że spadek PKB w USA o 2 pkt procentowe (czyli de facto zejście do 0 proc.) oznaczałby spowolnienie Azji zaledwie o 1 pkt, do 8 procent. Chiny czy Indie pewnie to odczują, ale na pewno się nie przewrócą.
A propos, niedawno w jednym z wywiadów powiedział pan, że "Polska to takie małe Chiny".
R.P. Porównania muszą być plastyczne, lecz rzeczywiście
- przy świadomości skali - widzę pewne podobieństwa. Najważniejsze: mamy 25 proc. społeczeństwa, mieszkańców wsi, którzy tworzą tylko 4 proc. PKB. To olbrzymi potencjał wzrostowy, siła robocza, która jest nieefektywnie wykorzystywana - tak samo jak w Chinach. Gdyby w okresie 20 lat udało nam się doprowadzić do tego, że na wsi dochodzi do koncentracji produkcji, a 40 proc. osób z tej grupy (głównie młodych ludzi) udaje się "przesunąć" do miast, gdzie mogliby być dużo bardziej produktywni, mielibyśmy wzrost gospodarczy, o którym nam się nawet nie śni. Wiadomo, kraje zapóźnione mają tę zaletę, że dysponują bardzo prostymi rezerwami wzrostu.
Jak to zrobić?
R.P. Wbrew pozorom, nie jest to takie trudne. Przede wszystkim konieczne byłoby stworzenie szans edukacyjnych, żeby ludzie mogli się uczyć na wsi i pracować w mieście, dlatego że praca w mieście jest. Musiałaby być znacznie lepsza infrastruktura, tak by można było mieszkać pod Radomiem i w godzinę dojeżdżać do pracy w stolicy. Niestety, długo jeszcze tak nie będzie.
Fundusze unijne pomogą zbliżyć wsie do miast?
R.P. To kwestia rozdziału środków. Zawsze będzie trwała dyskusja, co wybudować - kilka porządnych autostrad czy 100 obwodnic miast. Ja jestem za pierwszą opcją, uważam, że szybkie, wygodne połączenie między dużymi aglomeracjami bardziej przysłuży się wzrostowi efektywności gospodarki. Zmniejszy się bowiem czas dojazdu, a więc i koszty prowadzenia działalności, także pracy.
Te działania muszą iść w parze z liberalizacją rynku pracy, tak by tanich pracowników opłacało się w miastach zatrudniać legalnie. Plus reforma KRUS-u, aby nie utrzymywać ludzi na siłę na wsi, gdyż to się im opłaca. Moim zdaniem, to właśnie KRUS jest odpowiedzialny za to, że w latach 70. właściwie ustał w Polsce exodus ze wsi do miast, podczas gdy w Europie Zachodniej trwa on po dziś dzień.
Kto ten KRUS ruszy?
R.P. Waldemar Pawlak. Nie wiem, czy ruszy, ale on mógłby.
A ruszy?
R.P. To już jest uniwersalne pytanie o to, czy rząd będzie myślał o kraju w perspektywie 20 lat czy końca obecnej kadencji. Jeśli chodzi o infrastrukturę, sprawa jest jasna - wystarczy pojechać do Hiszpanii i czarno na białym zobaczyć, jak dziś wyglądają tam drogi. Ale światopogląd, aspiracje ludzi mieszkających na wsi to już kwestie znacznie bardziej miękkie. Co nam grozi, jeśli się z tym problemem nie zmierzymy? Druga wielka fala emigracji w momencie, gdy Niemcy otworzą swój rynek pracy. Kiedy do dwóch milionów emigrantów dojdzie trzeci. Dla ściany zachodniej nie będzie wtedy barier - można nawet mieszkać w Polsce
i pracować we wschodnich landach. A i wschodnia też pewnie się przemieści, ponieważ Niemcy są jednak bliżej. To sąsiad, do którego przeprowadzka nie jest tak trudna jak do kraju na drugim krańcu kontynentu.
Oddamy w ten sposób za darmo to co najcenniejsze - młodych ludzi.
R.P. Deficyt młodych pracowników jest bolączką większości krajów starzejącej się Europy, gdzie już dziś nie ma komu pracować na emerytów.
My też się za chwilę "zatkamy".
R.P. Tak, o ile nie zaczniemy dłużej pracować. Jednym z kluczowych zadań dla rządu w perspektywie półrocza będzie decyzja, komu przydzielić emerytury pomostowe. Propozycje były takie, by bardzo ich zakres ograniczyć, do grona najbardziej potrzebujących. Jeśli rząd się ugnie i przyzna je wszystkim kolejarzom i nauczycielom, to będzie działanie anty- wzrostowe w długim terminie. KRUS, emerytury pomostowe - to decyzje, które muszą zapaść w roku 2008.
Jakie zatem powinny być pierwsze trzy decyzje rządu?
R.P. Te, które są proste i dają szybki efekt wzrostowy. Szybki harmonogram prywatyzacji - ale to chyba się już dzieje. Zrobienie porządku ze wspomnianymi emeryturami pomostowymi i podwyżki dla nauczycieli, ale połączone z likwidacją Karty Nauczyciela - czyli w ramach tej samej puli pieniędzy należy dokonać racjonalizacji zatrudnienia.
Mówimy cały czas o scenariuszu optymistycznym. Skąd należałoby więc oczekiwać sygnałów ostrzegawczych, że zbaczamy z dobrego kursu?
R.P. Jest kilka wskaźników. Jednym z nich jest na przykład wykorzystanie mocy produkcyjnej zakładów. Jeśli rośnie, gospodarka się rozkręca. Dziś wiele firm dotarło do kresu tych możliwości, a popyt i eksport nie słabną - stąd tak silna fala inwestycji. Gdy wykorzystanie zacznie spadać, to będzie sygnał, że gospodarka zwalnia. Na razie tak nie jest. Zwiastunem, że bieżący rok będzie gorszy, jest też słabnąca dynamika kredytu konsumpcyjnego, ale tu znów - kwestia bardzo wysokiej bazy (40 proc. wzrostu w roku 2007).
A kredyty hipoteczne?
R.P. Nie, tu sytuacja jest wyjątkowa i nie ma sensu porównywać się z USA. Kredyty bierzemy dopiero od pięciu lat, oni - od kilkudziesięciu. Amerykanie, zakładając, że będzie im się wiodło coraz lepiej, pod drożejące ceny swoich domów brali kolejne kredyty konsumpcyjne. My zaciągamy pożyczki, by zrealizować podstawowe potrzeby mieszkaniowe. Co do hasła: "trzy miliony mieszkań". Istotnie Polacy potrzebują trzech milionów mieszkań, ale nie chodzi o to, żeby je dać, tylko stworzyć warunki, by zostały one wybudowane, a ludzi było stać na ich kupno.
Pożyczamy roztropnie?
R.P. Zależy z kim się porównujemy. Jeśli z Amerykanami, to bardzo roztropnie. Głównym kryterium spłacalności kredytu hipotecznego jest posiadanie pracy. Jeśli wynagrodzenia będą w Polsce rosły w tempie 10 proc. rocznie, nie widzę żadnego ryzyka spadku wypłacalności kredytobiorców, nawet gdyby kredyty złotowe miały podrożeć o 1 - 2 pkt procentowe. Oczywiście, sytuacja zmieniłaby się radykalnie, gdybyśmy weszli w fazę recesji. Co można i trzeba radzić potencjalnych kredytobiorcom? By nie podejmowali poważnych decyzji na hurraoptymistycznych przesłankach.
Coraz częściej pojawiają się jednak głosy, że nasz głód konsumpcji, żarliwy, bo długo trzymany na wodzy, może się okazać bombą z opóźnionym zapłonem.
R.P. Z historycznych powodów nigdy nie mieliśmy szans stać się społeczeństwem konsumpcyjnym. Lecz i teraz nie widać jakiegoś irracjonalnego szału zakupowego typu "plazma 0 procent, więc kupuję do każdego pokoju". Ludzie są mądrzejsi, wiedzą, że jak już wzięli kredyt na samochód, muszą odłożyć kupno plazmy... Nie bałbym się obecnego boomu konsumpcyjnego, raczej jego rozwarstwienia. Obecnie konsumują duże miasta. Eksplozja omija Polskę B, rozumianą dziś nie jako ściana wschodnia, ale miejscowości i wsie leżące z dala od dużych aglomeracji.
A co z bezrobociem? Mamy do czynienia z ciekawym dysonansem: dla społeczeństwa tworzenie nowych miejsc pracy to ciągle najważniejszy postulat, także pod adresem nowego rządu. Tymczasem ekonomiści mówią: jakie bezrobocie? Za chwilę powodem do bicia na alarm będzie brak rąk do pracy.
R.P. Bezrobocie przestało być problemem. By przekonać się, że go nie ma, wystarczy wejść do dowolnego centrum handlowego i odstać swoje w kolejce do kasy. Problemem jest praca, a dokładnie podaż pracy. Dziś pracuje tylko 54 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Mamy więc olbrzymi problem niewykorzystywanego zasobu - to tak, jakby mieć dużą moc w samochodzie, a jechać cały czas na drugim biegu. 6 proc. wzrostu PKB to zasługa tej połowy gospodarki, która pracuje. Pomyślmy, co mogłoby być, gdyby te 46 proc. nieaktywnych zechciało nas wspomóc. Albo roślibyśmy w tempie rzędu 8 - 9 proc., albo firmy mniej wyciskałyby z tych, którzy dziś pracują na maksymalnych obrotach. Ale nie sądzę, by akurat to ankietowani mieli na myśli, czyli rzeczywiście można mówić
o rozchodzeniu się diagnoz ekonomistów i oczekiwań społecznych.
Czego życzyć gospodarce na ten rok?
R.P. Braku szoków i wstrząsów. Wolę przewidywalny spadek wzrostu PKB do 4 proc. niż 6 proc., które nagle miałoby spaść do 3 procent.
A w jakim tempie będziemy się rozwijać do tak ważnego, nie tylko dla kibiców, roku 2012?
R.P. Rok 2012 jest dość odległy: sądzę, że do tego czasu gospodarka zwolni, ale ciągle będzie rosła powyżej 4 procent. Czynnikiem wspomagającym będzie Euro 2012. Wiele sobie po nim dla gospodarki nie obiecuję, ale po raz pierwszy mamy jakieś nieprzekraczalne terminy, z których ktoś nas będzie bezwzględnie rozliczał. Nie da się już - jak to było w zwyczaju - w nieskończoność odkładać niezbędnych decyzji infrastrukturalnych. Taka cezura może spowodować przyśpieszenie.