Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Czas połowu giełdowych pereł

06:00 10.04.2008

Falowanie i spadanie. W ostatnich miesiącach szlagier zespołu Maanam mógł się stać hymnem inwestorów na całym świecie. Serie gwałtownych spadków na giełdach przetykane były nieśmiałymi, często jednosesyjnymi, próbami odbicia. W Stanach Zjednoczonych to był najgorszy początek roku od wielkiego kryzysu w latach 30. Inwestorom w Warszawie także puściły nerwy, zwłaszcza najmłodszym stażem "dzieciom hossy". Z funduszy inwestycyjnych w styczniu wycofano rekordowe 11 mld złotych. Obłowiły się banki silne na rynku lokat, gdzie trafiła większość środków z umorzeń jednostek. Sam PKO BP w tydzień zebrał miliard złotych.

Renesans depozytów to efekt dramatycznej przeceny na światowych giełdach, ale i zmasowanej ofensywy reklamowej. Bardzo skutecznej, przynajmniej dla samych banków, które pozyskały tani pieniądz na finansowanie akcji kredytowej. Czy także dla inwestorów? Można się spierać, czy zakładanie depozytów właśnie teraz, za pieniądze wycofane z funduszy po tak drastycznej przecenie, to najlepszy pomysł. Wszak najwięcej błędnych decyzji podejmuje się w afekcie, gdy wszyscy zabijają się o akcje lub w panice je oddają. Czy świeżo upieczeni zwolennicy lokat są świadomi tego, że na odrobienie 30 - 40 proc., które tak "łatwo" oddali podczas ostatnich spadków, będą musieli czekać minimum osiem lat?

Pesymista powie: trzeba ratować, co się da, może być jeszcze taniej. Przecież zwolennicy analizy technicznej oraz fal Elliotta wieszczą nadejście ostatniej, najbardziej gwałtownej, fali przeceny, która może znieść indeks Dow Jones o jedną czwartą jego wartości, do poziomu 10 000 punktów (a nawet i 7000). Gdzie zatrzymałyby się wtedy indeksy nad Wisłą - strach myśleć. Optymista skontruje: gorzej być już nie może. W dodatku tąpnięcie było tak silne, że zniosło wyceny wielu aktywów do naprawdę atrakcyjnych poziomów.

Jakkolwiek nieprofesjonalnie by to brzmiało, czułym barometrem zmiany trendu mogą się okazać właśnie reklamy. Oglądając spoty lokat, trudno nie oprzeć się analogii - ostatni tak jednorodny w przekazie, zmasowany atak na naszą konsumencką świadomość instytucje finansowe przypuściły w połowie ubiegłego roku, kiedy z każdego telewizora, billboardu i gazety nęciły nas znakomite wyniki funduszy. Jak skończyli pechowcy, którzy wtedy zawierzyli reklamom, wiadomo. Jednostki niektórych z reklamowanych wtedy funduszy w lutym można było kupić o 40 proc. taniej niż pół roku wcześniej.

Dziś reklam funduszy właściwie nie ma, a jeżeli o giełdzie mówi się w taksówkach i kolejkach do lekarza, to właśnie w złowieszczym tonie. Tymczasem zniechęcenie do inwestycji, brak wiary w koniec spadków - to najlepszy sygnał, że warto zacząć czujnie przyglądać się giełdzie, a zwłaszcza spółkom o zdrowych, prostych, rentownych biznesach. Na przykład na początku lutego można było kupić akcje wielu przyzwoitych firm przy wskaźniku C/Z (cena akcji do zysku netto na akcję) grubo poniżej 10. W połowie ubiegłego roku, kiedy szalała hossa i mało kto dopuszczał myśl, że balansujemy nad krawędzią przepaści, średni wskaźnik ceny do zysku wynosił 25, a mediana 38 (dla małych spółek - powyżej 40).

Skala przeceny nie oddaje jednak potencjału naszej gospodarki i wyników spółek giełdowych. To nie wszystko. Nie ma u nas rynku subprime, tempo sprzedaży kredytów hipotecznych ostatnio zwolniło, ale nie można mówić o załamaniu na tym rynku. Gospodarka szybko rośnie, płyną fundusze strukturalne. Słowem: to fantastyczny czas na zakupy. Tak uważa między innymi Jacek Podoba, prezes TUnŻ Europa: - Ten rok skończymy na pewno w lepszych nastrojach niż go zaczęliśmy. Lecz, jego zdaniem, bolesna lekcja ostatnich miesięcy na długo zwiększy awersję giełdowych graczy do ryzyka. Poparzeni bessą inwestorzy dalej będą szukać perełek, ale równie ważna będzie dla nich ochrona kapitału. Dlatego (niezależnie od rozwoju sytuacji na giełdach) hitem 2008 r. będą tzw. struktury. - Dzięki nim można pieniądze opakować w bezpieczny oraz efektywny podatkowo produkt, oparty na koszykach aktywów, którym eksperci wróżą wzrost: od energii odnawialnej i żywności, przez popularne wśród inwestorów dobra luksusowe, po największe światowe marki - podkreśla Jacek Podoba.

Z szacunków TUnŻ Europa, które opakowuje w polisę ubezpieczeniową większość dostępnych na rynku produktów tego typu (ponad 30 w ubiegłym roku), składka przypisana brutto w 2008 r. w tym segmencie rynku sięgnie 2,5 mld złotych. Na koniec 2007 r. cały polski rynek produktów strukturyzowanych, nie tylko w formie polis, był wart blisko 2 mld euro.

Optymistą co do tego, że kapitał wróci na giełdy jest również Bogusław Grabowski, prezes TFI Skarbiec. - Recesji w USA nie będzie, a gdy zachodni inwestorzy zaczną znów uzupełniać portfele akcji, papiery dużych spółek z krajów takich jak Polska będą pierwszym celem ich zakupów - przekonuje Bogusław Grabowski. - Przecena była tu równie dotkliwa jak na dojrzałych rynkach, a potencjał rozwoju naszej gospodarki jest przecież dużo większy. Zakupy zagranicznych graczy będą sygnałem dla polskich inwestorów instytucjonalnych. Popyt tych dwóch grup ponownie zazieleni indeksy. Jako ostatni ze wzrostami "przeproszą się" drobni inwestorzy, wśród nich także ci, którzy dziś hurtowo zakładają lokaty.

- Dodatkowym impulsem wzrostowym na warszawskim parkiecie powinna być zapowiadana na jesień prywatyzacja dużych państwowych firm - dodaje Grabowski. - Stawiamy również na wzrost spółek infrastrukturalnych, obecnych głównie w inwestycjach finansowanych przez samorządy oraz powiązanych z szeroko rozumianą konsumpcją, zwłaszcza tam, gdzie wysoka wartość dodana produktu amortyzuje silną presję płacową. Hity inwestycyjne na początku roku wskazuje większość z instytucji finansowych.

Zawsze można mieć nadzieję, że jeśli cały rok upłynie w minorowych nastrojach, owe perełki będą amortyzować choć część wstrząsów. I tak, analitycy grupy KBC wśród hitów na 2008 r. wymieniają ekologię (pisaliśmy o tym w ostatnim numerze "MM"), rynki rozwijające się - przede wszystkim Rosję, a z relatywnie nowych, jeszcze nieogranych kierunków - Turcję. Atrakcyjne mają być też firmy planujące buy-back. Analitycy KBC uważają bowiem, że jeżeli spółka za najlepszą okazję inwestycyjną uznaje zakup własnych akcji w celu ich umorzenia, z pewnością muszą być one niedoszacowane.

Niezależnie od trendów warto również pamiętać o geograficznej dywersyfikacji inwestycji. Patriotyzm jest cnotą, tyle że jego nadmiar w inwestycjach zdecydowanie szkodzi. - Okazuje się, że są kraje, które światowa lawina spadków dotknęła w stopniu znacznie mniejszym - zauważa Marek Saran, dyrektor UniCredit Markets & Investment Banking. - W Polsce przecena z drugiej połowy minionego roku zjadła całe zyski inwestorów za rok 2007, ale główny indeks ukraińskiej giełdy, PFTS, zakończył ubiegły rok 107-procentowym wzrostem.

Jego zdaniem, w 2008 r. Ukraina dalej powinna dawać przyzwoite stopy zwrotu, podobnie jak Rosja. Główne indeksy w tych krajach są zdominowane przez spółki surowcowe, a globalny popyt na surowce będzie napędzał wzrost cen. By wykorzystać ten trend, wcale nie trzeba kupować akcji poszczególnych firm - wystarczy zainwestować w PFTS bądź rosyjski RDX. Jak to zrobić? Można kupić jednostki funduszu specjalizującego się w takich branżach. Najnowszy sposób to zakup na warszawskiej giełdzie certyfikatów UniCredit, które dają możliwość bezpośredniej inwestycji na wybranym rynku regionu: Rosji, Ukrainie, Bułgarii, Rumunii, Kazachstanie bądź Polsce. Kupując jeden walor, nabywa się koszyk największych spółek na danym rynku.

Przed hurraoptymizmem związanym z inwestycjami w branży surowcowej przestrzega jednak Mariusz Błachut, wiceprezes Noble Funds TFI: - Kraje będące ich dużym konsumentem, zwłaszcza Chiny i Indie, choć jako jedne z nielicznych nie doznały drastycznej przeceny, to i tak odczują spowolnienie w USA. Ich gospodarki nieco wyhamują i w efekcie spadnie zapotrzebowanie tych krajów na energię. Kapitał z Chin czy Indii może, jego zdaniem, przepłynąć na rynki dojrzałe i inne rynki rozwijające się, w tym Europę Środkowo-Wschodnią.

- Polska jest jednym z najlepszych rynków typu safe heaven, czyli relatywnie zamkniętych, niepowiązanych wprost z USA, z wyróżniającymi na tle regionu wskaźnikami makroekonomicznymi - zauważa Marek Saran. Spowolnienie w Stanach uderzy w nas tylko pośrednio - przez Niemcy. Warto zatem selekcjonować polskie spółki pod kątem kapitalizacji (to największe przyciągają kapitał zagraniczny) i zależności od eksportu - im większy udział krajowego popytu w ich przychodach, tym lepiej. - Ponadprzeciętnie powinny się zachowywać banki i uznani deweloperzy, których wyceny już dziś zakładają wieloletnią stagnację - mówi Mariusz Błachut. - Na przykład Dom Development jest obecnie tańszy niż w ofercie publicznej, gdy jego akcje sprzedawały się na pniu. Atrakcyjne mogą być także przecenione aktywa amerykańskie, zwłaszcza przy tak tanim dolarze.

Gdy na giełdach leje się krew, a na rynku pierwotnym trudno uplasować emisję, to zazwyczaj zyskuje branża private equity (można tanio kupić ciekawe spółki od ich właścicieli, sfrustrowanych ogólną koniunkturą). Inwestorzy w Polsce długo nie mieli możliwoś- ci bezpośredniego lokowania środków w ten sektor. To się jednak zmienia, od niedawna działa między innymi subfundusz Skarbiec - Private Equity.

Niezależnie jednak od koniunktury, należy pamiętać o nieśmiertelnej zasadzie systematycznego oszczędzania. Niezdyscyplinowanych może przekona ciekawa analiza TFI Skarbiec. Okazuje się, że inwestorom regularnie zasilającym swoje oszczędności nowymi wpłatami sprzyja dłuższy okres przeceny. Najlepszym scenariuszem wcale nie jest ten "byczy", w którym indeksy regularnie rosną co najmniej o 12 proc. rocznie, ale taki, w którym przez 20 miesięcy trwa dekoniunktura, a potem następuje szybki wzrost. Czyli nie taka bessa straszna, jak ją malują?

Małgorzata Remisiewicz
Źródło: manager magazin
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy