Banki muszą wziąć na siebie nieco ponad połowę wszystkich strat, reszta dotknie firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne oraz inwestycyjne. Nie pozostanie to bez wpływu na globalną gospodarkę, choć rząd USA robi wszystko, żeby nie dopuścić do recesji, a banki centralne w wielu krajach pompują pieniądze w sektor finansowy. - Pogorszenie kredytów wzrosło i jednocześnie poszerzyło swój zakres - stwierdził dla "Financial Times" Jamie Caruana, szef ds. monetarnych i rynków kapitałowych MFW.
Domek z kart
Ostatnie trzy kwartały dosadnie dowodzą, że rozkwit amerykańskiego bogactwa był równie wirtualny, co zyski większości dawno już upadłych dotcomów - twierdzi dr Bartosz Stawiarski z Wealth Solutions. - Finansowy domek z kart sypie się tak samo, jak ceny prawdziwych domów, a raptowne cięcia stóp dolarowych przez FED noszą znamiona paniki. Oba te procesy są powiązane zależnością przyczynowo-skutkową i powiększają skalę odwrotu od amerykańskiej waluty.
Osobną reperkusją pikującego dolara jest nasilenie się spekulacji na giełdach towarowych, gdzie szybujące ceny surowców przemysłowych i rolnych wprawiają zwykłych konsumentów w konsternację. Poza tym wspólnym i nadrzędnym zagrożeniem dla wszystkich gospodarek staje się inflacja - mówi Stawiarski.
Jednocześnie wciąż dobrze radzą sobie waluty środkowoeuropejskie, notowane w okolicach rekordów dekady. Rosnącą siłę złotego tłumaczy się oczekiwaniami na wzrost stóp procentowych. Ale to wszystkiego nie wyjaśnia. Czeska korona, na przykład, jest równie silna, choć stopy tak szybko nie rosną.- Czyżby więc rozpoczęła się długoterminowa gra pod wejście naszego regionu do strefy euro? - zastanawia się Bartosz Stawiarski. - Może to być przedwczesny i przesadny optymizm, zważywszy na restrykcyjne kryteria tego procesu i... rosnące ryzyko spekulacyjnego ataku walutowego - dodaje.
Pouczający przykład
W tym kontekście warto przyjrzeć się jednemu przypadkowi. Chodzi o położoną na peryferiach Europy malutką i niemal nieobecną w mediach Islandię. Gospodarka tego kojarzonego z przetwórstwem rybnym kraju przeszła znaczną transformację. Udział sektora usług finansowych i nieruchomości w PKB Islandii wzrósł z 17 do 26 proc. Na miano tygrysa kraj zasłużył sobie również śmiałą ekspansją firm, które weszły w mariaże w Skandynawii. Boomowi towarzyszył gigantyczny wzrost aktywów bankowych do dziesięciokrotnej wartości PKB, a deficyt obrotów bieżących skoczył do 16 proc.
Ta nierównowaga stała się pożywką do agresywnej gry na spadek lokalnej waluty. Od listopada 2007 korona straciła do dolara niemal 30 proc. Od pewnego czasu w górę szybują koszty zabezpieczenia przed niewypłacalnością firm (credit default swaps). Sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że pod koniec marca władze monetarne musiały uciec się do podwyżki stóp do poziomu 15 proc. celem odbudowania zaufania do waluty. Inflacja osiągnęła 8,7 proc., czyli ma najwyższą wartość od 6 lat.
Na rynkach finansowych nie ma miejsca na sentymenty, a w obecnej, niepewnej sytuacji globalnej turbulencje mogą wybuchnąć w pozornie spokojnym miejscu od przysłowiowej iskry. Poszukiwanie pól do spekulacyjnych zagrań na wielką i wielce szkodliwą ekonomicznie oraz społecznie skalę może nasilić się również dlatego, że wszystkie możliwe bąble spekulacyjne, które nadmuchano po 2000 roku, w zasadzie już pękły. Niektórym graczom pozostaje więc chwycić się mniej czystych zagrywek, podobnych do tej na funcie w 1992 roku.
Radosne delektowanie się długotrwałym trendem wzrostu wartości złotego (zwłaszcza wobec dolara, choć także i euro) rodzi złudne poczucie spokoju. - Wkrótce może się okazać - twierdzi analityk Wealth Solutions - że USA będą zmuszone zaciskać politykę monetarną równie gwałtownie, jak do niedawna ją luzowały. Pola do obniżek stóp w USA już dawno nie ma i dalsze brnięcie w zaparte może przybliżyć definitywny upadek reputacji Bena Bernanke i całego FED.
Przepis na prawdziwe wyleczenie z amerykańskiego kryzysu tkwi w konieczności rewizji tamtejszego systemu finansowego, włącznie z:
- dopuszczeniem upadłości kilku najbardziej nierozważnych instytucji finansowych (banki, fundusze hedgingowe), które same muszą zapłacić za swoje błędy;
- zaostrzeniem mechanizmów kontrolnych (to na szczęście już ma miejsce);
- lepszą koordynacją działań władz monetarnych wraz z likwidacją podatności ich członków na wszelkie naciski.
Wtedy będzie duża szansa na triumfalny powrót dolara. Resztę pozostawmy rynkom, gdyż nadmierny interwencjonizm może tylko powiększyć skalę problemów.
Oczekiwany spadek
Bardziej optymistycznie spogląda w przyszłość prof. Leszek Balcerowicz. - W gospodarce światowej nie będzie katastrofy - powiedział podczas Forum Makroekonomicznego w Warszawie. Według niego, wpływ tego, co się dzieje obecnie w USA na polską gospodarkę będzie słaby. - Czynniki zewnętrzne nie wydają się najważniejsze dla naszej gospodarki - stwierdził. Czyżby więc miało się sprawdzić stare porzekadło, że nasza chata z kraja i nic nam nie grozi? Jakoś trudno w to uwierzyć.
Zresztą, były wicepremier też widzi dwa zagrożenia - inflację powyżej celu 2,5 proc. oraz wysoki wzrost płac. - Bardzo dużo w tej sytuacji będzie zależało od polityki pieniężnej. Konieczne są też reformy prowadzące między innymi do ograniczenia wydatków publicznych - zaznaczył.
A co na to rząd? W sprawie reformy finansów państwa nic praktycznie nie robi. Ministerstwo Finansów liczy natomiast na spadek inflacji pod koniec roku - poinformował szef tego resortu, Jacek Rostowski. Podobnego zdania jest członek Rady Polityki Pieniężnej, Dariusz Filar. - Szczyt inflacji w tym roku odnotujemy w sierpniu. Jej wybicie będzie jednak krótkotrwałe. Od trzeciego kwartału oczekiwany jest spadek - powiedział.
Z niecierpliwością wyczekują go polscy producenci. Podnoszenie stóp, które wzmacnia naszą walutę, działa bowiem na ich niekorzyść. Konfederacja Pracodawców Polskich dostrzega już elementy osłabiające wzrost gospodarczy. Należą do nich: wysoki, bo aż 12,8-procentowy wzrost wynagrodzeń w skali roku, niska opłacalność w eksporcie oraz straty ponoszone w wyniku rosnących cen paliw, energii i surowców. Zjawiska te zaczynają przekładać się na niespotykany od lat wzrost cen produkcji sprzedanej. W niektórych działach może on sięgać nawet 18-20 proc.
Nominalnie wartość eksportu rośnie, ale spada jego efektywność. Wiele firm, zwłaszcza średnich, zaczyna wycofywać się ze sprzedaży swoich wyrobów za granicę i zwiększa obroty w kraju. Silny złoty powoduje, że eksporterzy mają coraz mniejszy zysk. Sprzyja on natomiast importowi towarów, na które popyt, od wielu lat, zaspokajali producenci krajowi. Jeśli proces ten utrzyma się przez następne miesiące, może to działać hamująco na całą gospodarkę - twierdzą eksperci KPP.
Krzysztof Rawa