Jeśli w firmie panuje prawo dżungli, to znaczy, że trzeba zacząć szukać innej pracy. Albo zacząć się zbroić. Skutecznym orężem twardego menedżera jest podważanie pozycji i dorobku konkurenta do stanowiska, projektu lub zasobów.Dyskredytacja polega w tym wypadku na próbie narzucenia wrażenia, iż nie jest to ktoś, kto zajmuje pozycję w danej sprawie miarodajną lub w ogóle społecznie autorytatywną, a wręcz przeciwnie, że to jest ktoś "mało ważny" lub "mniej niż zero". Powodem lub pretekstem do ataku staje się jeden z dwóch czynników:
- sama w sobie status, pozycja społeczna danej osoby tzn. zajmowane stanowisko, ranga (np. stopień wojskowy, naukowy, formalnie przypisana lub domniemana i dość powszechnie uznawana pozycja w hierarchii zawodowej, środowiskowej, notowania w rankingach sławy lub popularności itd.), wynikające z zajmowania określonego miejsca w społecznym podziale pracy i przypisywane danej pozycji (formalnie lub zwyczajowo i na zasadzie domniemania) uprawnienia, a nawet przywileje - jest to dyskredytacja statusowa;
- dorobek, suma osiągnięć, zasług i dowodów kompetencji (a raczej korzystny bilans dotychczasowej działalności człowieka) - jest to dyskredytacja dorobku.
Mamy tu zresztą owocne sprzężenie zwrotne. Zignorowanie czyjejś pozycji lub demonstracyjna degradacja czyni czymś oczywistym przekreślenie dorobku (i nie trzeba wtedy wysilać się na krytykę, deprecjonowanie lub unieważnienie tego dorobku). Z kolei podważenie dorobku (odmowa uznania dorobku, względnie zakwestionowanie jego wartości, aktualności, przydatności) wpływa na obniżenie czyjejś pozycji lub w ogóle dyskwalifikację danego pretendenta do uczestnictwa i wpływu.
Dyskredytacja statusowa
Podważanie lub lekceważenie czyjegoś statusu służy temu, aby oponent nie miał szansy na respekt w otoczeniu, aby nie powstała gotowość do zapoznania się z jego poglądami i inicjatywami na tej zasadzie, że jest kimś poważnym, w danej kwestii miarodajnym. Można sobie "odpuścić" jego wysiłki i argumenty właśnie dlatego, ponieważ:
- nie zajmuje pozycji społecznej czy urzędowej wymuszającej respekt;
- zajmuje pozycję przesadnie wyeksponowaną i obdarzoną kredytem uznania na wyrost;
- zajmuje jakąś pozycję tylko formalnie i pozornie;
- zajmuje pozycję niewspółmierną do swych możliwości, pozycję, na której sam mimowolnie potwierdza, że jest "niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu";
- zajmuje pozycję, na której wręcz nie wypada mu zajmować się czymś takim, występować w takim charakterze.
W pierwszym przypadku załatwiamy sprawę argumentem rangi (braku odpowiedniej rangi), np. "co mi tu będzie w obecności profesorów opowiadał jakiś magister"; "no tak, wiadomo, że sierżant wie lepiej niż wszyscy pułkownicy razem wzięci"; "wysłuchajmy też głosu gospodyni domowej, towarzyszki sprzątaczki".
W drugim przypadku bagatelizujemy (niekiedy ironicznie lub przewrotnie) znaczenie pozycji, której nie sposób adwersarzowi odmówić. Przykładowo: "pozostawmy te dyskusje weteranom, zanim zamęczą nas retrodyskusjami i swoją nostalgią"; "szacunek dla wieku wymaga, by nestorów nie męczyć tym galopującym wyścigiem młodzików"; "to ciekawa dyskusja specjalistów, tyle że typowo akademicka".
W trzecim przypadku gwoździem programu jest kwestionowanie samoistności pozycji danej osoby. Temu służy sugerowanie lub twierdzenie, że ktoś zawdzięcza zajmowane stanowisko, posiadane znaczenie i prestiż, wywierane wpływy lub przynajmniej opinię o wpływowości nie własnym zdolnościom i umiejętnościom, nie tyle własnym wysiłkom oraz ich pozytywnym skutkom (tj. osiągnięciom i zasługom), ile cudzej protekcji lub przypadkowi (zbiegowi okoliczności). Nośnym argumentem (pretekstem) jest zwłaszcza przedstawianie kogoś jako figuranta: protegowanego, pupila, kochanka, utrzymanka, krewnego lub znajomego królika, maskotki lub marionetki. Typowym przejawem takiej taktyki jest obrócenie kłopotliwych koneksji (np. syn, małżonek czy krewny kogoś znanego) w czynnik budzący podejrzliwość i lekceważenie jego przygotowania do danej roli.
W czwartym przypadku akcentujemy kontrast między powagą lub autorytatywnością danego stanowiska a cechami danej osoby, które mają być zaprzeczeniem tej powagi, autorytatywności. Naigrawamy się, że "dowództwo" nad armią przejęła - w imię cywilnej kontroli - wiceminister, cywil-baba. Przewrotnie chwalimy kogoś: "ambitny samouk", podkreślając w ten sposób, że choćby nie wiadomo jak się starał, szybko uczył, robił postępy i działał efektywnie, nigdy nie będzie ekwiwalentem profesjonalisty i autentycznego talentu - najzdolniejszy nawet "naturszczyk" nigdy nie dorówna wykształconemu aktorowi. Względnie przybieramy pozę życzliwej troski połączonej z niepokojem: "niezwykle odpowiedzialna misja jak na kogoś tak młodego".
Piąty schemat jest iście diabelskim narzędziem kneblowania lub dyskwalifikacji. Fałszywe uznanie dla pozycji niewygodnej dla nas osoby przekształcamy w pretekst do swoistego szantażu. Narzucamy założenie, czym "nie wypada" mu się zajmować, co nie licuje z jego dostojeństwem mistrza, nestora, guru, dostojnika państwowego. Przedstawiamy jakiejś wypowiedzi lub uczestnictwo w jakimś działaniu jako gafę, faux pas, zadziwiający wybryk osobistości tak poważnej. Niewygodne działanie lub dzieło próbujemy zmiażdżyć ciężarem autorytetu jego sprawcy, autora.
W ten sposób osiąga się kilka celów jednocześnie:
- przywołanie do porządku,
- zbagatelizowanie wypowiedzi, zasugerowanie niezobowiązującego odbioru lub wywołanie dystansu, niechęci do owego "wyskoku" lub "wygłupu".
Autorytet osoby niewygodnej zostaje obrócony przeciw niej jako knebel. Zaś dalekosiężna wymowa tego ciosu (na podobieństwo "bomby z opóźnionym zapłonem") to kiełkująca stopniowo sugestia - może na tym poważnym stanowisku znalazła się jednak osoba niepoważna; może ten, kto wydawał się poważny, okazał się niepoważny, i sam się z tym zdradził, zdemaskował. Jest to chwyt nader popularny w tych instytucjach społecznych, gdzie sztywne hierarchie opierają się na wyznaczaniu dziedzin i kompetencji zastrzeżonych, egzekwowaniu odpowiedniości między szczeblem a formą działania.
Dyskredytacja dorobku
Punkt wyjścia jest następujący: mój przeciwnik to zero, nikt, a w każdym razie nie wiadomo co to za jeden. Dowodem na to ma być albo brak dorobku, albo też żałosność tego dorobku, który ma być tytułem do jego rangi, wpływu, autorytetu. Również kontrowersyjność tego dorobku (zjawisko częste w przypadku artystów, literatów, uczonych, ale i zawodowych polityków) nie jest wątpliwością, którą rozstrzyga się na korzyść oskarżonego, lecz okolicznością obciążającą, dowodem pozwalającym przesądzić ujemny bilans.
Jest to uderzenie szczególnie dotkliwe w przypadku, gdy chodzi nie o debiutanta w jakiejś roli lub uczestnika licytacji, w której atuty i szanse uczestników są wyrównane, lecz o mistrza w zawodzie, uznany w jakimś kręgu autorytet. Czy jednak to jest możliwe - skoro mowa o osobistości o pozycji i renomie ugruntowanej w jakimś środowisku? Otóż, wbrew pozorom, jest możliwe - zwłaszcza wtedy, gdy słabością rywala jest to, co miało być jego siłą i przewagą, mianowicie specjalizacja, funkcjonowanie w kręgu znawców przedmiotu. Wtedy właśnie szerszej opinii społecznej można sugerować, że bycie kimś, kto nie jest powszechnie znany, jest tym samym, co bycie nieznanym. Można też ironizować na temat kwalifikacji i osiągnięć niedostępnych dla ludzi niewtajemniczonych, narzucać koniunkturalne kryteria i poczucie "oczywistości".
Agresywna dyskredytacja dorobku jest złośliwością stopniowalną. Oto możliwe stopnie (szczeble) w tej drabinie złej woli:
- Zaprzeczanie istnieniu dorobku i odmowa uznania tego dorobku w ogóle. Co on właściwie zdziałał w swoim życiu? Czy ktoś przedtem o nim słyszał? Ciekawe, jak można kilkanaście-kilkadziesiąt lat funkcjonować w danym zawodzie, w danej roli i niczym nie zasłynąć, nie wyróżnić się? Nie dał się zauważyć i poznać co równe jest z tym, że nie było z czym się zapoznać. Przy tym przemyca się własną arbitralną pozycję: ja nic o nim nie wiem, my o nim nie słyszeliśmy.
- Kwestionowanie jakości tego dorobku. Nawet jeżeli ma się czym wylegitymować, są jakieś rezultaty jego działalności, np. pracy naukowej, twórczości artystycznej, zarządzania jakąś instytucją itp. - łatwo można to podsumować. Owoce jego starań to buble, jedno wielkie nieporozumienie, wysiłki chybione i "dzieła" bezużyteczne. Jeżeli pisarz, to grafoman. Temu to kapie z pióra, co rok nowa książka. Ale czy nowa? Ciągle o tym samym. Niewygodny dziennikarz? Dyspozycyjny najmita, serwilista albo łowca tanich sensacji. Sławny aktor o nieodpowiednich poglądach i sympatiach politycznych? Dęta wielkość, gwiazdor akademii rocznicowych, a teraz sitcomów i reklam, laureat przedziwnych nagród. Ten uczony - to nieuk albo banalista; wciąż jest uczony (kształcony), ale chyba niczego się nie nauczył. Administrator - wytrwale zarządzał swoim bałaganem.
- Moralne lub merytoryczne przekreślenie tego, czego zignorować ani zdematerializować się nie da. Ambicja interpretowana jako świadectwo karierowiczostwa. Oryginalność - jako efekciarstwo, popisy pod publiczkę. Wierność dotychczasowej własnej drodze, kumulacja efektów - jako świadectwo epigonizmu lub wręcz dowód tępoty, ograniczoności. Zasługi przedstawione jako szkody. Nagrody potraktowane jako 30 srebrników, jaskrawe dowody kolaboracji, lizusostwa itp.
- Aprioryczna i "oczywista" teza o dezaktualizacji osiągnięć i zasług. Jeżeli nawet takie były, to kto jeszcze pamięta, o co w tym chodziło? Jeżeli nawet to, co on robił, mogło być zasługą, było to dawno i nieprawda. Już wtedy to było na wyrost i na zamówienie, a dziś to fantazje nie z tej bajki albo wspomnienia głowy dawno ściętej.
- Umyślna inercja oceny: dziś niepotrzebny z tym swoim wczorajszym bagażem, a już niczego nowego się nie nauczy, nie zdoła nadążać za ruchem nowych czasów - co ma zapobiec już nie tylko rehabilitacji, ale nawet szansie "rozpoczęcia od nowa". Do nowych zadań w nowej epoce potrzebni są nowi ludzie, zwłaszcza młodzi - czyści, nieskażeni wpływami przeszłości, nieuwikłani w jakieś dwuznaczne sytuacje i koneksje.
- Dyskredytacja przez kontekst społeczno-historyczny i odpowiednie okulary. Osiągnięcia, a tym bardziej nagrody przyznane i korzyści uzyskane w niewłaściwym czasie i miejscu to zasługi w złej służbie, w złej sprawie, przez co zyskują wartość dwuznaczną lub zgoła jednoznaczną - negatywną. Czy to była dobra, czy zła sprawa, osądza dzisiejszy zwycięzca. Dekoniunktura polityczna czy ustrojowa ma być równoznaczna z wyrokiem moralnym. Awansował za sanacji - wiadomo, dzierżymorda, faszysta. Ordery PRL - albo się nie liczą, albo są śmieszne, albo podejrzane, albo jeszcze gorzej - to obciążające, koronne dowody kolaboracji. Majątek zrobił zaraz po Okrągłym Stole - uwłaszczona nomenklatura, biznesmeni z bezpieki, złodziejska prywatyzacja.
- Wyrok sumaryczny i ostateczny: Co miał, to na przemiał. Można sobie nie zawracać głowy szczegółową inwentaryzacją i wyważaniem ocen detalicznych. Wystarcza bilans ogólny: to jakiś anachronizm, to są papiery, którymi dzisiaj nie należy się chwalić, to jakieś zeszłoroczne śniegi; to kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty; to imponujący dorobek z dwuznacznym zapaszkiem.
- Dodatkowy "urok" tej metody polega na tym, że można oceniać innych samemu wyłączając siebie z oceny i zręcznie unikając porównania własnego dorobku z dokonaniami osoby dyskwalifikowanej. Można to stosować zarówno detalicznie, jak i hurtowo. Detalicznie - poświęcając uwagę komuś konkretnemu po to, aby nie zauważyć niczego godnego uwagi, utrwalenia i uznania. Hurtowo - gdy już zadecydowano, że niezbędna jest lustracja dorobku poprzedników, a za tym następuje mechaniczna niwelacja - zrównanie walcem, ogłoszenie, że "zaczynamy od zera". W takich okolicznościach apodyktyczny recenzent kierujący cudze papiery na makulaturę lub do niszczarki może traktować i przedstawiać swoją ignorancję (tj. i niewiedzę, nieznajomość rzeczy, i złą wolę, zupełny brak ciekawości) jako poważny argument, wręcz dowód: "nie znam, nie słyszałem, a podobno to ktoś znany, wybitny?". I to właśnie ma potwierdzać, że człowieka w ten sposób dyskredytowanego właściwie nie było i nie ma, w każdym razie nie w godnym i autorytatywnym towarzystwie.
Więcej informacji na temat krytyki, manipulacji i dyskredytacji (również inne narzędzia i techniki) znajdziesz w książce Mirosława Karwata "O złośliwej dyskredytacji" (Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007). Wszelkie skróty i uzupełnienia za zgodą Wydawcy. Książkę znajdziesz w księgarni internetowej www.ksiegarnia.pwn.pl, wpisując w pole wyszukiwarki zwrot "karwat dyskredytacja".Mariusz Ludwiński