Doktor Bartosz Marczyński zarządza gabinetem stomatologicznym na
warszawskim osiedlu Ursynów. Klinika od 2003 roku należy do jego
rodziny, w której stomatologia stała się tradycją (matka jest ortodontą
z drugim stopniem specjalizacji).
Kiedy Bartosz Marczyński i jego
siostra - dr Magdalena Marczyńska-Stolarek ukończyli studia na wydziale
Stomatologii Akademii Medycznej w Warszawie, rodzice kupili lokal na
warszawskim Ursynowie i urządzili w nim gabinet stomatologiczny
Stomatologia KEN 50. Oprócz nadzorowania lekarz pracuje w gabinecie przez sześć dni w tygodniu, od rana do wieczora.
- Dzięki temu jestem w stanie utrzymać wysoką jakość usług. Osobiście wszystkiego doglądam, by w gabinecie zawsze były niezbędne materiały, a pacjenci nie tylko wychodzili zadowoleni, ale na dodatek chcieli do mnie
wrócić - zapewnia Bartosz Marczyński.
I najwyraźniej wracają, bo choć Marczyńscy reklamują gabinet wyłącznie
na stronie internetowej, nie narzekają na brak pacjentów.
Własny gabinet to lukratywny biznes nie tylko dla lekarzy z dużych
miast, gdzie poziom zamożności pacjentów jest najwyższy, ale i dla
przedsiębiorców, którzy postawili na mniejsze miejscowości. Zdaniem
specjalistów, o ile w aglomeracjach liczba działających gabinetów
wyczerpuje potencjał rynku, o tyle w małych miastach popyt na prywatne
usługi stomatologiczne jest nadal spory. Mariusz Walencki prowadzi
gabinet stomatologiczny w Piasecznie - mały, bo mieści się w nim tylko
jeden fotel, ale - jak zapewnia lekarz - to wystarczy, by zapewnić
bezpieczeństwo finansowe właścicielowi i jego najbliższym.
Tym bardziej
że większość pacjentów Walencki przyjmuje osobiście w godzinach
popołudniowych, a rano - gdy sam pracuje na państwowym wikcie -
wynajmuje gabinet koledze po fachu.
Właściciele gabinetu dbają o to, by ich usługi były możliwie najbardziej
kompleksowe: zainwestowali w aparaturę rentgenowską i nawiązali
współpracę z pracowniami protetycznymi.
- Pacjent musi czuć się komfortowo, a za dobrze wykonaną usługę jest w
stanie sporo płacić - mówi Walencki.
Podobnego zdania jest Paweł Klimek, prezes zarządu Dental Clinic
Licence, sieci gabinetów stomatologicznych działających na licencji.
- Obecnie liczy się kompleksowość usługi. Przyszłość mają tylko te
gabinety, które są w stanie zapewnić fachową opiekę z zakresu
stomatologii zachowawczej, estetycznej, endodoncji (leczenie kanałowe),
diagnostyki, a także leczenia zębów u dzieci - wylicza Paweł Klimek.
Najpierw praktyka, potem gabinet
Gabinet stomatologiczny może założyć osoba, która nie posiada
wykształcenia medycznego, ale zatrudni lekarza prowadzącego. Najczęściej
jednak na prowadzenie tego biznesu decydują się doświadczeni
stomatolodzy z wieloletnią praktyką i sporą grupą lojalnych pacjentów.
Rzadko zdarza się, by na otwarcie gabinetu decydowali się młodzi adepci
zawodu.
Indywidualną praktykę lekarską można bowiem wykonywać tylko
wówczas, gdy posiada się prawo do wykonywania zawodu, uzyskało się
zezwolenie i wpis do rejestru indywidualnych praktyk lekarskich w
okręgowej izbie lekarskiej, oraz wtedy, gdy wykonywało się zawód przez
co najmniej dwa lata od zakończenia stażu podyplomowego.
Dodatkową przeszkodą jest brak pacjentów, a co za tym idzie - niskie
zarobki. Lekarzowi, który dopiero skończył studia, zdobywanie pacjentów
zajmie minimum dwa lata - w tym czasie prowadzenie przez niego gabinetu
jest po prostu nieopłacalne.
Mariusz Walencki, zanim zdecydował się na
własny biznes, przez blisko 10 lat pracował na prowizji w innych
prywatnych gabinetach. We własnym gabinecie na zapełnienie grafika wizyt
czekał blisko dwa lata.
- Początki były wyjątkowo trudne. Nie miałem przychodów, a trzeba było
płacić raty za sprzęt - mówi. - Teraz zastanawiam się nawet, czy nie
zatrudnić jeszcze kogoś do pomocy.
Bartosz Marczyński po studiach praktykował w kilku miejscach, a mimo to
w gabinecie należącym do jego rodziny musiał od nowa budować grupę
lojalnych pacjentów. Nie było to łatwe, bo w okolicy działało już kilka innych gabinetów -
wspomina stomatolog. - Bywało i tak, że przyjmowałem jednego pacjenta
dziennie albo trzech w tygodniu. Na szczęście jest ich coraz więcej.
Początkujący w branży stomatologicznej mogą liczyć na zarobki w
wysokości 2-4 tys. zł miesięcznie (w zależności od lokalizacji punktu).
Lekarze stomatolodzy, którzy posiadają już duże doświadczenie, praktykę
w innych gabinetach i sporą grupę lojalnych pacjentów, osiągają dochody
rzędu kilku, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
- Jeżeli lekarz świadczy usługi stomatologiczne na wysokim poziomie, to
pacjent przyjedzie do niego nawet z odległej części miasta - zapewnia
Bartosz Marczyński.
Gabinet zgodnie z przepisami
Mariusz Walencki szukał lokum, czytając ogłoszenia prasowe i śledząc
nowe inwestycje na rynku budowlanym. Od razu zaplanował kupno zamiast
wynajmu.
- Brałem pod uwagę miejsca, do których okoliczni mieszkańcy mieliby
łatwy dostęp - mówi Mariusz Walencki. - Udało mi się znaleźć lokal na
nowym osiedlu, gdzie mieszkają zarówno osoby zamożne, jak i te z
przeciętnymi dochodami. Ponadto w pobliżu planowane są kolejne
inwestycje mieszkaniowe, więc wszystko wskazuje na to, że pacjentów
będzie jeszcze więcej - mówi.
Dla rodziny Marczyńskich przy wyborze lokalizacji liczyła się nie tylko
liczba osób zamieszkałych w okolicy, ale i odległość gabinetu od miejsca
zamieszkania lekarzy prowadzących.
- Wydaje się to niezbędne w sytuacjach nietypowych, np. kiedy pacjent
zadzwoni z bólem zęba - tłumaczy Bartosz Marczyński. - Lekarz
mieszkający niedaleko dojedzie w ciągu pięciu, dziesięciu minut. Jeśli
droga dojazdu zajmie lekarzowi godzinę lub więcej, cierpiący pacjent
może udać się do innego gabinetu - mówi stomatolog.
Poszukując odpowiedniego lokalu, nie można zdać się na dowolność; należy
uwzględnić wymogi prawa i wygospodarować takie pomieszczenia, jak:
poczekalnia, wydzielone powierzchnie na każde ze stanowisk,
pomieszczenie administracyjne, czy pomocnicze (m.in. szatnia dla
pacjentów, pomieszczenia socjalne i sanitarne).
Kolejnym etapem jest przystosowanie lokalu do obowiązujących przepisów -
zaczynając od wymogów powierzchniowych, a na procedurach działania
gabinetu kończąc. Zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia z 10
listopada 2006 roku w sprawie wymagań, jakim powinny odpowiadać pod
względem fachowym i sanitarnym pomieszczenia i urządzenia zakładu opieki
zdrowotnej (Dz. U. z 24 listopada 2006 roku), powierzchnia gabinetu
dentystycznego powinna wynosić co najmniej 12 m2 przy zainstalowaniu
jednego fotela dentystycznego i co najmniej 8 m2 na każdy następny fotel.
Gabinet dentystyczny powinien spełniać również wymogi zawarte w
rozporządzeniu ministra zdrowia z 9 marca 2000 roku w sprawie wymagań
regulowanych przepisami (
Dz. U. Nr 20, poz. 254). Zgodnie z wytycznymi,
ściany lokalu powinny być gładkie, a przy umywalkach powinny być
wykończone materiałami zmywalnymi i odpornymi na działanie środków
dezynfekcyjnych do wysokości co najmniej 1,6 m. Pomieszczenie, w którym
wykonywane są zabiegi, powinno być wyposażone w umywalkę i zlewozmywak z
wodą bieżącą ciepłą i zimną oraz w autoklaw (czyli urządzenie służące do
wyjaławiania narzędzi stomatologicznych).
Rozkład i wyposażenie wnętrza gabinetu muszą również spełniać
rygorystyczne wymogi sanitarne, np. musi się w nim znajdować specjalna
lodówka do przechowywania odpadów, a do 2012 roku wszystkie placówki
będą musiały zbudować podjazdy dla wózków albo windy.
Sprzęt droższy niż auto
Gabinet stomatologiczny, oprócz dobrej lokalizacji, musi posiadać
specjalistyczny sprzęt, min. nowoczesny unit (podstawowe narzędzie pracy
stomatologa - od jego wyposażenia i rozplanowania położenia
poszczególnych elementów zależy sposób pracy i możliwość wykonania
poszczególnych zabiegów. W skład unitu wchodzą: fotel, blok spluwaczki,
konsola lekarska, turbina, dmuchawka, mikrosilnik, lampa
polimeryzacyjna, skaler (urządzenie do opracowywania ubytków bądź
usuwania złogów nazębnych), konsola asysty i lampa.
Dodatkowymi
urządzeniami, które powinny znaleźć się w pobliżu unitu są m.in. aparat
rentgenowski z radiowizjografią, kamera zewnątrzustna z monitorem,
aparat Raypex'a (niezbędny do pomiaru kanału w leczeniu kanałowym),
piaskarka i mikroskop służący do leczenia kanałowego, bądź przynajmniej
lupy, które umożliwiają prace w powiększeniu 2,5-5,5 razy.
- Niestety, cały czas trzeba inwestować - mówi Bartosz Marczyński. - W
nowoczesnych gabinetach standardem stał się już rentgen. Co trzeciemu
pacjentowi trzeba zrobić zdjęcia, a czasami w ciągu jednej wizyty
potrzebne są trzy prześwietlenia - nie można więc za każdym razem
wysyłać pacjenta do przychodni specjalistycznej, bo w końcu poszuka
innego lekarza. Tymczasem sam czujnik do cyfrowego aparatu
rentgenowskiego kosztuje 20 tys. zł - dodaje.
Oprócz wysokiej jakości usługi świadczonej pacjentom istotny jest
również komfort pracy lekarza.
- Pacjent zwykle nie zwraca uwagi na to, na jakim fotelu siada. To
przede wszystkim stanowisko pracy lekarza, który siedzi przy nim co
najmniej osiem godzin dziennie. Fotel musi zapewniać mu ergonomię pracy
i takie warunki, by przy piątym pacjencie jakość usługi była na podobnym
poziomie jak przy pierwszym - wyjaśnia Marczyński.
Rozbieżność cen za poszczególne urządzenia jest ogromna. Lupy mogą
kosztować 1 tys. zł, ale i 5-7 tys. zł - w zależności od jakości ich
wykonania.
Cena foteli waha się od 20 tys. zł do 160 tys. zł i więcej.
Najprostsza radiowizjografia kosztuje ok. 20 tys. zł, a urządzenia z
bogatym wyposażeniem - nawet 120 tys. zł.
Pewnym obniżeniem kosztów jest zakup urządzeń używanych bądź
leasing
sprzętu. Można również starć się o przyznanie dotacji unijnych na zakup
wyposażenia - choć akurat to rozwiązanie nie cieszy się dużym
zainteresowaniem wśród stomatologów.
- Najpierw trzeba bardzo długo czekać na ich przyznanie, a potem należy
się bardzo precyzyjnie rozliczyć, co też wprowadza pewne ograniczenia,
np. co do sprzętu. Nie zawsze ten sprzęt, który Unia nam narzuca,
chcielibyśmy mieć w gabinecie - mówi Bartosz Marczyński.
Specjaliści uważają, że nie trzeba się od razu decydować na te
najbardziej kosztowne modele oprzyrządowania.
- Praktyka, która nie jest wyposażona w sprzęt najdroższych firm wcale
nie musi być gorsza od tej z tak zwanej górnej półki - mówi Paweł Klimek.
Jeśli lekarz chce uruchomić gabinet jednostanowiskowy o przeciętnym
standardzie, musi się liczyć z kosztami na poziomie 150-200 tys. zł.
Personel - przyciąga albo odstrasza
Placówka musi posiadać starannie i schludnie wykonane pomieszczenie i
klimatyzację. Poczekalnię kliniki Marczyńskich zdobią dyplomy uzyskane
przez lekarzy, Mariusz Walencki dba o to, by jego pacjent codziennie
mógł przeczytać świeżą prasę. W gabinetach sieci Dental Clinic Licence
poczekalnia przypomina salon - nie ma reklam past do zębów czy rysunków
uzębienia.
- Zależy nam na tym, by zmniejszyć stres pacjentów, a nie go wzmacniać.
Natomiast personel pomocniczy i pracownicy recepcji przechodzą
specjalistyczne szkolenia z zakresu obsługi klienta - tłumaczy Paweł
Klimek. - Chcemy pozyskać różnych, także zamożnych pacjentów, dlatego
kładziemy duży nacisk na kwestie pozamedyczne w gabinecie - pacjent musi
czuć się u nas po prostu dobrze.
Aby zapewnić dobrą jakość usług w gabinecie jednostanowiskowym można
pracować samemu albo zatrudnić trzy osoby: lekarza prowadzącego, asystę
medyczną i recepcjonistkę. W gabinecie dwu- i trzystanowiskowym do
obsługi medycznej konieczne jest zatrudnienie trzech lekarzy, trzech
asystentów i jednej osoby odpowiedzialnej za tzw. asystę brudną.
Niektórzy właściciele gabinetów korzystają z pomocy początkujących
dentystów z pełnymi uprawnieniami, którzy za swoją pracę nie otrzymują
wynagrodzenia albo pracują w systemie prowizyjnym.
Wysokość prowizji to
około 30-40 proc. obrotu wygenerowanego przez danego lekarza. Według
niektórych doświadczony lekarz z własną grupą pacjentów może zarobić
nawet do 100 tys. zł. Niestety, tymczasem, tyle zarabiają nieliczni.
Aneta Wieczorek (Miesięcznik Własny Biznes)