Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Można wychować dziecko na prezesa

06:00 25.06.2008

Rozmawia Anna Smolińska.

Wielu rodziców marzy, aby ich dzieci wyrosły na osoby przedsiębiorcze. Czy istnieje jakaś sprawdzona recepta według której można wychować dziecko na biznesmena?

Nie znam takich sprawdzonych sposobów. Z całą pewnością można natomiast wychować dziecko na kogoś, kto będzie chętny do poznawania nowych ludzi, rzeczy i zjawisk.

Kogoś, kto nie będzie bał się świata, będzie miał odwagę, by ryzykować, kto będzie otwarty na eksperymenty, miał zdolności interpersonalne. To są według mnie cechy, które powinien mieć biznesmen. Każda mama jest w stanie wychować swoją pociechę na przebojową osobę i wykształcić takie przymioty.

Co należy robić, aby dziecko wyrosło na przebojową osobę?

Przede wszystkim trzeba być otwartym na potrzeby dziecka. Rodzice często chcą, aby dziecko w pełni spełniało ich oczekiwania. Dobre wychowanie z mojego punktu widzenia polega na swego rodzaju podążaniu za dzieckiem. Jeśli ma ono jakieś zdolności, to trzeba je w tym wspierać. Gdy lubi grać w piłkę, warto posłać je na zajęcia sportowe.

Natomiast jeśli jest głuche jak pień, to nie należy zapisywać go na zajęcia muzyczne tylko dlatego, że mama marzyła, aby zostać pianistką. Rodzice przede wszystkim powinni wychowywać swoje dzieci na szczęśliwych ludzi. Nieważne, kim one będą w przyszłości, nie każdy musi być przecież biznesmenem. Najważniejsze, aby cieszyło ich to, czym będą się zajmować.

Rodzice pragną, aby ich dzieci osiągnęły wyższy status społeczny niż mają sami. Wolą syna adwokata niż szewca, córkę lekarkę od sprzątaczki... Ludziom wyższy status kojarzy się bardzo często z większymi pieniędzmi. Rodzicom głównie zależy na tym, aby ich dziecko zarabiało lepiej niż oni. A dobry szewc może przecież zarobić więcej niż kiepski adwokat.

Rodzice powinni skupić się przede wszystkim na edukacji dziecka, bo co z tego, jeśli ktoś szyje fajne ciuchy, ale ma marną wiedzę ogólną. Przez to nigdy nie dobije do elity. Do niedawna mówiło się, że my już mamy elitę finansową, która ciągle jeszcze czyta tylko jedną książkę - swoją książeczkę czekową. Ale moim zdaniem parę lat temu to się zmieniło, Polacy zauważyli, że warto inwestować w edukację dzieci. Uczą się też rodzice. Stąd rozwój firm szkoleniowych i prywatnych szkół wyższych.

Ale za to zaczął się wyścig szczurów. Nawet niemowlaki uczą się już angielskiego!

To prawda. Zdarza się, że kobiety będące w ciąży zapisują już swoje dzieci do szkoły podstawowej, bo ma ona wysoki poziom nauczania. Według mnie to gruba przesada. Rodzice często mają ambicję, żeby ich dzieci szybko były najmądrzejsze na świecie.

Zabierają im normalne dzieciństwo, czyli czas na przewracanie się po trawie, oglądanie biedronek, granie w piłkę. Uważają, że lepiej będzie, jeśli w tym czasie ich dzieci zaczną uczyć się trzech języków, karate i gry na pianinie.

Sprzątaczka i spawacz mogą wychować prezydenta albo prezesa zarządu?

Każdy może. Dzieci z biednych rodzin mają z reguły pod górkę, bo chodzą do gorszych szkół, rodzice nie rozbudzają w nich chęci poznawania świata, zdobywania wiedzy. Zdarza się jednak, że dziecko trafi np. na dobrego nauczyciela, który je zainspiruje, zainteresuje czymś. Zaszczepi bodziec, który zachęci do dalszego samodzielnego zdobywania wiedzy.

Rodzice często wręcz zmuszają dzieci, aby poszły w ich ślady, kontynuowały tradycje zawodowe, przejmowały ich firmy. Moja mama była nauczycielem i ja też bardzo chciałam uczyć - co też robiłam. Wykładałam psychologię na uczelniach. Mój były mąż również jest psychologiem. I nasz syn, który zawsze chciał iść na astronomię, tak nasiąkł rozmowami o problemach, że w rezultacie studiuje na trzecim roku psychologii.

Mimo że wcześniej mówił, że to go w ogóle nie interesuje. Jeśli biznesmen ma swoją firmę, to zabiera do niej dzieci, pokazuje, na czym polega jego praca. Wszystko zależy od tego, jak prezentuje swoje zajęcia. Może pokazać, że są one fantastyczne, i zaciekawić dziecko. Może również je zrazić i dziecko stwierdzi, że nienawidzi tego, co robi ojciec. Nie należy zmuszać dziecka, by przejęło po nas pałeczkę. Jeśli ojciec prowadzi świetnie prosperujący sklep z gwoździami, a syn chce iść na filozofię, to należy mu na to pozwolić.

Nawet jeśli życzymy sobie inaczej. W rezultacie syn i tak pewnie przejmie interes po ojcu. Z tym, że jeśli nie będzie lubił tego, co robi, to doprowadzi sklep do bankructwa. Trzeba dać dzieciom korzenie i skrzydła. Pozwolić, żeby wybrały: czy zostać, czy odlecieć.

Dziewczynkę uczymy, jak zajmować się domem i gotować, chłopca - jak zarabiać pieniądze i wbijać gwoździe. Zaczynamy przełamywać te stereotypy?

Gdy moi synowie byli mali, pozwalałam im bawić się lalkami w wózku. Sąsiedzi się bardzo dziwili. Pytali, jak to. A ja się pytam: co w tym dziwnego?! W końcu w życiu mężczyzny nadchodzi czas, gdy pcha wózek z dzieckiem.

Musi się jednak najpierw tego nauczyć. Nawet pani przedszkolanka zwróciła mojemu synowi uwagę, że wozi w wózku lalkę. Następnego dnia do wózka zamiast lalki włożył czołg... Całe szczęście powoli to się zmienia. Podział zawodów i zajęć na kobiece oraz męskie powoli zanika. Kobiety są żołnierzami, pracują w kopalniach. Mężczyźni natomiast są pielęgniarzami, przedszkolankami albo fryzjerami.

A to przecież zajęcia, które jeszcze kilkanaście lat temu były zarezerwowane dla kobiet. Ja walczę ze stereotypami. Uważam, że żyjemy w ich świecie, bo mamy za małą wiedzę. Nie jest istotne, kto kim jest, w co jest ubrany. Ważne, abyśmy byli dobrymi ludźmi.

Czy są zabawy, które uczą dziecka przedsiębiorczości?

Nie można nastawiać się na zabawę, która ma nauczyć czegoś konkretnego. Zabawy mają wykształcać zdolności interpersonalne, umiejętność mówienia, podejmowania decyzji. Kiedy pytam studentów, ile mieli lat, gdy podjęli pierwszą samodzielną decyzję, to najczęściej odpowiadają, że 12-13. A dziecko może mieć własne zdanie niezależnie od wieku. Należy pozwolić o pewnych sprawach decydować nawet trzylatkowi, np. zapytać, które skarpetki chce dzisiaj założyć, co zjeść na obiad. Mój młodszy syn, który chodzi do gimnazjum, ma lekcje przedsiębiorczości. To, moim zdaniem, stracona godzina.

Co prawda, w programie postawiono sensowne cele, np. opanowanie umiejętności autoprezentacji, negocjacji, asertywności, itp. Jest również mowa o praktyce, czyli poznawaniu tajników tworzenia budżetów czy też rozróżniania form inwestowania. Realia jednak są zgoła inne. Nikt niczego ich nie uczy. Mój syn stwierdził, że jedyne, czego się dowiedział, to jak napisać życiorys i list motywacyjny. Moim zdaniem przedsiębiorczość polega między innymi na tym, że ktoś ma odwagę zacząć robić nowe rzeczy, położyć wszystko na szali, sprzedać wszystko, co ma i zainwestować.

Można nauczyć dziecko wartości pieniądza?

Jak byłam mała, to często jeździłam na wieś. Sprzedawca w tamtejszym sklepie gminnym zawsze wydawał dzieciom resztę w cukierkach. Zamiast przykładowej złotówki dostawałam np. pięć cukierków, które były warte 20 groszy. Ale ja nie znałam wówczas wartości pieniądza, więc nie wiedziałam, że właściciel sklepu mnie oszukuje. Nawet gdy miałam 10 lat, to myślałam, że reszta zawsze jest wydawana w cukierkach. Można uświadomić dziecku, na czym polega wartość pieniędzy, że są użyteczne.

Ale nie można w tym przesadzać, aby nie wykształcić w nim kultu pieniądza. Dzieci muszą wiedzieć, skąd się biorą pieniądze, że trzeba na nie zapracować. Żeby nie myślały, że pieniądze zawsze są w portfelu.

Jedne dzieci, gdy dostają pieniądze, wkładają je do świnki-skarbonki, a inne następnego dnia wydają wszystko w szkolnym sklepiku. To zapowiedź skąpstwa i rozrzutności w dorosłym życiu?

Nie sądzę. Część dzieci lubi gromadzić pieniądze na zasadzie zbieractwa i traktuje je podobnie jak zbieranie naklejek. Inne wolą pieniądze zamienić np. na słodycze. Gdy dorosną, wszystko może się zmienić.

Należy dawać dzieciom kieszonkowe? Czy uczy ich to gospodarowania pieniędzmi?

Są dwie szkoły. Jedna twierdzi, że dziecko powinno otrzymywać kieszonkowe, druga, że nie. Moim zdaniem wszystko zależy od rodziców. Gdy decydujemy się wypłacać kieszonkowe, to musimy to robić regularnie i być konsekwentni. Jeżeli dziecko pierwszego dnia przepuści wszystkie pieniądze, to nawet jeśli będzie o nie prosić, nie należy mu ich dać - aż do momentu wypłaty kolejnego kieszonkowego. Trzeba też obserwować, na co przeznacza pieniądze.

Znam dziecko, które za kieszonkowe fundowało kolegom z klasy słodycze. Trzeba na to dziecku pozwolić, bo własne pieniądze może wydać, na co chce - oczywiście, wykluczając produkty zakazane, jak narkotyki, alkohol, papierosy, pornografia. Przedtem o wydawaniu trzeba z nim porozmawiać. Należy też wytłumaczyć mu, że prawdziwej przyjaźni nie można kupić.

Filip z serialu "Rodzina Zastępcza" prosił ojca, aby dał mu pieniądze i pozwolił grać na giełdzie. Przy założeniu, że rodziców stać na zaryzykowanie kilku, kilkunastu tysięcy złotych, czy powinni pozwolić dziecku na grę na giełdzie?

Jeśli dziecko ma mniej niż 13 lat, powinniśmy grać z nim w Monopol, Biznes i inne gry planszowe. Gdy dziecko jest już starsze, może w komputerze grać na giełdzie wirtualnymi pieniędzmi. W ten sposób uczy się inwestowania. Kto wie, może jako 16-, 17-latek będzie fantastycznie operowało liczbami i wiedziało, w co zainwestować, aby zarobić. Może będzie to jego pasja i w przyszłości zarobi fortunę. Do pełnoletności poprzestałabym jednak na grze wirtualnej.

Należy pozwolić dziecku dorywczo pracować?

Na pewno nie należy dzieciom dawać pieniędzy za dobre oceny, zjedzenie obiadu czy posprzątanie swojego pokoju. Jeśli natomiast zatrudniamy kogoś z zewnątrz do trzepania dywanów, a nasze dziecko chce to zrobić - to należy mu na to pozwolić. I zapłacić mu dokładnie tyle, ile zapłacilibyśmy obcej osobie.

Gdy dziecko umyje nasz samochód, dajmy mu tyle, ile kosztowałaby nas myjnia. Jednak dziecko generalnie nie powinno pracować, a już na pewno nie po to, aby zaspokajać swoje podstawowe potrzeby, jak jedzenie, ubrania - to powinni zapewnić rodzice.

Czy zna Pani dzieci, które potrafią pomnażać swoje pieniądze?

Owszem. Znam dzieci, które zarabiają na portalu Allegro.pl. Sprzedają swoje zabawki, niepotrzebne książki. Zdarzyło się, że nieświadomie sprzedały wartościową rzecz z domu, zupełnie nie wiedząc, że nie wolno tego robić. Jak byłam mała, to zamieniłam bardzo wartościową bransoletkę mojej mamy na małą plastikową laleczkę.

Mój starszy syn też sprzedawał na Allegro i bardzo się cieszył, że na sprzedaży kilku rzeczy zarobił kilkadziesiąt złotych. Musiałam wytłumaczyć synowi, że tak naprawdę to on nic nie zarobił, bo przecież nie kupił tych rzeczy za własne pieniądze i te pieniądze należą się nam. Mało tego, sprzedał to przecież ze stratą, bo my kupiliśmy ją za 100 zł, a on sprzedał za 20 zł.

Jeśli zamiast bajki będziemy czytać dziecku zbiór twierdzeń Pitagorasa, to rozbudzimy w nim zainteresowania matematyczne czy raczej do nich zniechęcimy?

Najważniejsze, żeby w ogóle dziecku czytać. Jedna z reporterek z TVN opowiadała mi, że swojemu dziecku czytała wiadomości, które później prezentowała na wizji. Były to informacje o zamachach terrorystycznych, a nawet o stosunkach seksualnych między prezydentem Clintonem a Moniką Lewiński. Treść jednak ma drugorzędne znaczenie. Jeśli dziecko jest małe, ma kilka, kilkanaście miesięcy, to najważniejsza dla niego jest intonacja, z jaką się mówi, a nie treść wypowiedzi.

Gdy dziecko jest starsze, jest to już istotne. Rodzice mogą czytać dziecku wszystko, co wydaje im się ciekawe i czym chcieliby je zainteresować. Czasami im się to uda, a czasami nie. Należy dzieciom pokazywać jak najwięcej, zabierać do teatru, muzeum, na koncerty, uczyć żeglować, grać w piłkę, tenisa. Może coś ich zainteresuje. Rodzice chyba największą satysfakcję osiągają wówczas, gdy uda im się zarazić dzieci swoją pasją.

Musimy jednak pamiętać, że dzieci do 13. roku życia interesują się wieloma rzeczami, ale najczęściej tylko przez chwilę. Mój syn np. zbierał minerały, bo twierdził, że chce iść na geologię. Wydawaliśmy majątek, jeżdżąc na giełdy i kupując wszelkie kamienne skarby. W końcu zapał minął i cała kolekcja została oddana do szkoły. To jest normalne i nie można dziecku tego wypominać. Ono ma prawo zmieniać obiekty swojego zainteresowania, bo do pewnego wieku może nie wiedzieć, co je tak naprawdę cieszy.

Japończycy uczą się języków obcych i podstaw ekonomii już w przedszkolu. Przynosi to rezultaty w postaci świetnych pracowników. Może dla Polski byłoby dobre, gdyby skopiować ich system edukacji?

Oni mają inną tradycję wychowania i życia w ogóle. Do tej pory byli bardzo klaustrofobiczni, teraz powoli otwierają się na świat. Wciąż jednak potrafią przebywać w pracy po 20 godzin na dobę - i jest to dla nich normalne. My też ostatnio spędzamy zbyt dużo czasu w pracy, ale całe szczęście mamy przynajmniej świadomość, że nie jest to zdrowe, i staramy się to zmieniać. Uważam, że nie powinniśmy się wzorować na Japończykach.

Moim zdaniem polska szkoła nie jest wcale taka zła w porównaniu do innych szkół na świecie. W szkołach angielskich w ostatnim czasie zaczęło się uczyć sporo polskich dzieci. Anglicy twierdzą, że są one bez porównania mądrzejsze, mają większą wiedzę. Uczymy się co prawda zbyt wielu rzeczy, ale inteligencja to w pewnym sensie suma wiedzy niepotrzebnej. Problem naszych szkół polega na tym, że dzieci zaczynają od tego samego poziomu, niektóre są bardzo utalentowane, ale ten talent gubi się po drodze.

Nie mają czasu na rozwijanie swoich zainteresowań, bo muszą się uczyć zbyt wielu innych rzeczy. Poza tym niestety polski system nie przewiduje dzielenia dzieci według poziomu zaawansowania wiedzy z danego przedmiotu. A byłoby to świetne rozwiązanie. Bo jeżeli w jednej grupie jest uczeń, który ma problemy z prostymi działaniami, a drugi mógłby już różniczkować, to taka lekcja dla obu jest stracona. Dla słabszego ucznia omawiany materiał będzie zbyt trudny, a zdolny uczeń będzie się w tym czasie nudził.

Co sądzi Pani o pomyśle posłania sześciolatków do szkół?

Uważam, że to dobry pomysł. Na całym świecie pięcio-, sześciolatki chodzą do szkół, z tym że powinny mieć zupełnie inny program - nie nauczania, ale wdrażania do bycia razem, bycia w grupie, ponoszenia odpowiedzialności, wykonywania zadań wspólnie, uczenia koncentracji, uwagi. Powinny tworzyć grupę, która się jeszcze niczego konkretnie nie uczy. Powinny nauczyć się, jak pracować w kolejnym roku, czyli np. siedzieć i malować razem przez kilka minut, robić szlaczki itp.

W Pani życiu wiele się zmieniło. Dotąd była Pani nauczycielem akademickim, teraz została telewizyjną gwiazdą. Jak trafiła Pani do programu Superniania?

Zawsze zajmowałam się mediami dla dzieci. Jak byłam na studiach, to miałam fakultet telewizja dla dziecka. Zawsze interesowałam się telewizją, brałam udział w wielu programach, m.in. w Kawie czy herbacie, Pytaniu na śniadanie, Mieście kobiet, Mamo to ja. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie pani z redakcji programu Misja Martyna z TVN z informacją, że właśnie się przekształcają i będą robić nowy program o dzieciach, i zapytała mnie, czy zechciałabym przyjechać na rozmowę. Bardzo się ucieszyłam.

Myślałam, że zaproponują mi pisanie scenariuszy. Po odbytej rozmowie okazało się, że mam prowadzić program Superniania. Poczułam się jak królik z kreskówki, który dostaje młotkiem w głowę. Pomyślałam, jak to prowadzić? Ja? Z moim wyglądem, wadą wymowy? Rodzina przekonała mnie, że warto spróbować. I że się do tego nadaję. Dałam się namówić na zdjęcia próbne. W rezultacie wygrałam casting i w ten sposób moje życie przewróciło się do góry nogami. Nie żałuje jednak swojej decyzji. Poznałam mnóstwo osób, wiele się nauczyłam. Poza tym to fantastyczna przygoda.

Anna Smolińska (Miesięczniki Własny Biznes)
Źródło: Własny Biznes FRANCHISING
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy