Wicepremier Waldemar Pawlak uruchomił populistyczną lawinę. Hasło: "Trzeba obniżyć akcyzę na paliwa, aby ratować zawartość portfeli podatników i pomóc gospodarce", trafia zawsze na podatny grunt, bo kto nie chce płacić mniejszych podatków i wspierać rozwój gospodarczy. Nawet ci, którzy rządzili i podnosili akcyzę, dzisiaj domagają się jej obniżenia.
Jednak obniżenie akcyzy tylko o 10 gr zmniejsza wpływy do budżetu o 1,5 mld zł rocznie (mniejsze są także wpływy z VAT-u). Jak zrekompensować ten ubytek? Są dwa sposoby: zmniejszyć wydatki lub zwiększyć podatki. Problem w tym, że nie ma zgody na żadne z tych rozwiązań.
Poza tym taka obniżka może być krótkotrwała, gdyż kolejne wzrosty notowań ropy szybko spowodują wzrost cen. Ten wymusi presję na następne obniżki akcyzy. Nie ma też gwarancji, że obniżka akcyzy przełoży się w takim samym zakresie na niższe ceny paliw.
Rząd "ma władzę" nad akcyzą (chociaż musi działać zgodnie z polityką UE), ale nie ma siły sprawczej wobec właścicieli prawie siedmiu tysięcy stacji benzynowych. Nie zmienia to oczywiście faktu, że opodatkowanie paliw jest w Polsce wysokie. Jeżeli litr benzyny kosztuje 4,57 zł, to fiskus zabiera z tego aż 2,42 zł.
Największymi przegranymi wzrostu cen paliw są posiadacze aut z silnikiem wysokoprężnym. Olej napędowy jest o 10 gr droższy od benzyny. Jednocześnie wzrasta liczba samochodów z silnikiem diesla. O ile 10 lat temu - jak podaje Instytut Samar - auta te stanowiły zaledwie 1 proc. wszystkich pojazdów osobowych, to obecnie już ponad 40 proc. W ubiegłym roku sprzedaż oleju wzrosła o 22 proc., a benzyny tylko o 4 proc. Jednak nie tylko prywatni użytkownicy potrzebują coraz więcej tego paliwa. Ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy powoduje, że popyt na olej napędowy systematycznie rośnie.
Popyt będzie wzrastał, gdyż gospodarka szybko się rozwija, a zbliżające się żniwa i jesienne prace w rolnictwie jeszcze go zwiększą. Nie bez wpływu na ceny pozostaje fakt, że nasze rafinerie nie są w stanie pokryć zapotrzebowania na paliwa i muszą wspierać się importem. Ceny oleju będą rosły nadal. Czy więc kupić diesla? Serce mówi "tak", ale ekonomia krzyczy "nie".
Wzrost cen ropy naftowej jest szokujący także dla amerykańskiego konsumenta, który jeszcze sześć lat temu płacił za galon (ok. 4 l) mniej niż jednego dolara, a dzisiaj musi wydać czterokrotnie więcej. Wyższe ceny paliw odbiją się także na kondycji producentów samochodów, szczególnie paliwożernych terenówek i pickupów. A to oznacza poważne kłopoty dla General Motors i Forda.
Już obecnie sprzedaż ich samochodów drastycznie spada, więc GM postanowił w ciągu dwóch lat zamknąć cztery fabryki produkujące duże i paliwożerne pojazdy. Ford radykalnie zmniejszył produkcję samochodów, które jeszcze kilka lat temu przynosiły mu najwięcej wpływów. Prawdopodobnie wszyscy producenci będą musieli zweryfikować tegoroczne plany sprzedaży.
Benzyna i olej napędowy są w Polsce droższe niż w wielu państwach Unii. Sytuację taką obserwujemy od kilku lat. Płacimy więcej niż m.in. Czesi, Austriacy, Węgrzy, Hiszpanie, Grecy, Litwini. Nawet bogaci Szwajcarzy zostawiają mniej pieniędzy przy dystrybutorze.
My spieramy się o wysokość akcyzy i możliwości jej obniżenia, świat jednak stoi przed bardziej fundamentalnym pytaniem: co po ropie naftowej?
Już dzisiaj konsumujemy więcej ropy niż odkrywamy nowych jej źródeł. Jeszcze kilka lat temu wpływ na ceny miał największy konsument ropy, czyli USA. Dzisiaj tę rolę przejmują Chiny i ich wzrost gospodarczy, a także inwestycje związane z Igrzyskami Olimpijskimi. Optymiści przekonują, że świat poradzi sobie z brakiem ropy. Ponownie pokochamy pociągi, do łaski wrócą tramwaje i trolejbusy, przesiądziemy się na auta z napędem hybrydowym i elektrycznym. Oby tak się stało.
Jeszcze kilka lat temu lansowano tezę, że lobby paliwowe utrzymuje niskie ceny, aby skutecznie zniechęcić do poszukiwania alternatywnych źródeł energii. Dzisiaj jest to już nieaktualne - nie ma taniej ropy naftowej. A potrzeba jest matką wynalazków.
Droga jazda w wakacje
Trzy czynniki decydują o kosztach wakacyjnej podróży samochodem. Cena ropy na światowych rynkach, kurs dolara wobec złotego oraz fiskus. Dwa pierwsze czynniki są od nas niezależne. Ropa będzie coraz droższa. W lipcu baryłka może kosztować nawet 150 dolarów.
Tempo wzrostu cen jest szybsze niż tempo umacniania się złotego wobec amerykańskiej waluty. Nie należą do odosobnionych opinie, że dolar spadł już do najniższego z możliwych poziomów i od wakacji możemy oczekiwać jego umacniania się. Dla kierowców jest to bardzo zły sygnał.
Nadzieja w fiskusie, który jednak nie jest skłonny do obniżania stawek podatkowych. Jeżeli sprawdzą się wszystkie prognozy, to na początku lipca za litr benzyny możemy zapłacić 5 zł (warto przypomnieć, że podobne prognozy istniały przed ubiegłorocznymi wakacjami, ale pesymiści, np. szefowa Polskiej Izby Paliw Płynnych, twierdzą, że cena litra benzyny może dojść już niedługo do 7 zł).
Wyjeżdżając zatem na wakacje zapłacimy 5 zł za litr benzyny, ale powrót będzie droższy. My odpoczywamy, podczas gdy cena mozolnie pnie się w górę do np. 5,5 zł. Jeżeli posiadamy auto średniej klasy (zużywa ok. 8 l/100km), a wypoczywamy 400 km od domu, to powrót z wakacji będzie droższy o ok. 20 zł.
Historia baryłki
35 lat temu baryłka ropy kosztowała 2-3 dolary. W 1973 r. państwa arabskie zrzeszone w OPEC, w odwecie za przegraną wojnę z Izraelem, doprowadziły do czterokrotnego wzrostu cen na światowych giełdach.
Rewolucja w Iranie spowodowała trzykrotny wzrost ceny ropy, która na początku lat 80. ubiegłego stulecia przekroczyła barierę 35 dolarów. W latach 90. baryłka kosztowała prawie 40 dolarów, aby następnie spaść do 20 dolarów.
Punktem zwrotnym w historii notowań ropy był zamach z 11 września 2001 r. Od tego momentu cena surowca wzrastała (były krótkie okresy spadków). Tempo wzrostu przyspieszały: inwazja na Irak, huragan Katrina, czy rozwój gospodarczy Chin i Indii. Na początku bieżącego roku notowania przełamały kolejną psychologiczną barierę: 100 dolarów.
Dzisiaj ekonomiści zastanawiają się, kiedy zostanie przekroczona granica 200 dolarów. Optymiści mówią, że w 2010 r., pesymiści, iż na początku przyszłego roku.
Fiskus w baku (struktura ceny)
Krzysztof Gołata