Wykształcenie, obok doświadczenia, jest jednym z podstawowych czynników,
które decydują o tym, czy dostajemy pracę, czy nie. Dlatego Polacy
przykładają coraz większą uwagę do edukacji. O ile w czasach PRL-u dla
wielu rodaków matura była szczytem marzeń, o tyle obecnie jest ona tylko
przepustką na studia. Na początku lat 90. liczba studentów w kraju
oscylowała w okolicach 400 tys., obecnie jest ich około 2 mln.
Zwiększyła się też liczba szkół wyższych z 112 do 448 - wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli. Poza tym Polacy wiedzą również, że dodatkowe umiejętności są atutem przy poszukiwaniu pracy. Uczą się więc języków obcych, obsługi komputera, kończą specjalistyczne kursy, np. efektywnego sprzedawania czy zarządzania zespołem.
Jeżeli Polak już znajdzie satysfakcjonującą pracę, to chęć dalszej
edukacji znacznie w nim słabnie. Z Raportu o Rozwoju Społecznym Polska
2007 (UNDP) wynika, że 35 proc. aktywnych zawodowo Polaków w wieku 25-64 lata ustawicznie podnosi swoje wykształcenie, podczas gdy średnia w
krajach Unii Europejskiej wynosi ponad 42 proc. Prawdopodobnie jest to
wynik niewielkiego zainteresowania polskich firm rozwojem własnych
pracowników. Inwestycje w rozwój kompetencji personelu pozostają na
niskim poziomie. Przeciętne nakłady na szkolenia pracownicze stanowią
zaledwie 0,8 proc. kosztów pracy.
Podstawowym problemem polskiego systemu edukacji jest wciąż niska jakość
kształcenia. Uczniowie chodzą na korepetycje, prywatnie uczą się języków
obcych. Na dodatek szkoły i uczelnie nie biorą odpowiedzialności za losy
zawodowe swoich absolwentów, często uczą rzeczy, które nie przydają się
w praktyce.
Wyższa Szkoła Paniki i Chaosu
W Polsce jak grzyby po deszczu wyrastają szkoły prywatne. Jednak
zaledwie kilka z nich cieszy się dobrą opinią. Absolwenci szkół średnich
w pierwszej kolejności próbują dostać się na dzienne studia uczelni
państwowych - jeśli im się to nie udaje, starają się o miejsce na
studiach prowadzonych w trybie wieczorowym i zaocznym. Gdy i tu poniosą
fiasko, kierują swoje kroki do uczelni prywatnych. Najczęściej, aby
zostać ich studentem wystarczy tylko złożyć świadectwo maturalne oraz
wpłacić czesne.
Mimo to uczelnie prywatne nie narzekają na brak studentów.
O ile prywatne szkoły średnie i uczelnie mieszczą się niżej w rankingach
popularności wśród uczniów niż szkoły publiczne, to z kolei posyłanie
dziecka do prywatnego przedszkola czy podstawówki powoduje, że rodzice
awansują do wyższej warstwy społecznej. W publicznym przedszkolu grupy
liczą nawet ponad dwadzieścioro dzieci, w prywatnym zaledwie kilkoro.
Poza tym dzieci w prywatnej placówce mają więcej zajęć dodatkowych - za
co rodzice są w stanie słono zapłacić (cena czesnego waha się od 500 do
2 tys. zł). Właściciele niepublicznych przedszkoli i szkół podstawowych
twierdzą, że czesne musi być wysokie, bo stanowi około 80 proc. budżetu
szkoły. Państwowe dotacje, które otrzymują są małe bądź nie ma ich wcale.
Dobry język wciąż cenny
Polacy chętnie uczą się języków obcych. Od lat króluje język angielski,
choć jak twierdzą specjaliści z rynku, w przyszłości zejdzie on na
dalszy plan. Duże znaczenie zyska znajomość innych języków obcych:
rosyjskiego, francuskiego, szwedzkiego.
Coraz więcej też podróżujemy. Jednak, aby swobodnie poruszać się po
świecie, znajomość języków obcych jest niezbędna. Według Erny Grońskiej
z sieci szkół Lingua Nova ogromny wpływ na zwiększenie liczby
uczestników kursów językowych będzie miało przyznanie Polsce i Ukrainie
możliwości zorganizowania EURO 2012. Rozwój branży turystycznej,
usługowej i budowlanej do 2012 roku spowoduje, że nawet kierowcy
taksówek dostrzegą potrzebę znajomości języków obcych.
Rynek szkół językowych według specjalistów z branży jest
perspektywiczny. Wydaje się więc, że warto zastanowić się nad inwestycją
w szkołę językową. Jednak pojedyncze placówki niezrzeszone w sieci, mogą
mieć kłopot z utrzymaniem się na rynku. Według Katarzyny
Chodorowskej-Zdebiak z Akademii Językowej Open School, prognozując
kształt rynku usług językowych w następnej dekadzie, można sądzić, że na
rynku pozostaną tylko najsilniejsi, sieciowi gracze. Pozostałe szkoły
językowe, które nie korzystają z efektów skali, znikną z rynku lub
zostaną przejęte przez najlepszych graczy.
Zyski z nauki
Przedsiębiorca, który chciałby zacząć działać w branży edukacyjnej, musi
się przede wszystkim zastanowić, czy woli otworzyć prywatne przedszkole,
szkołę, uczelnię, czy szkołę językową. Inwestycja w każdą z wymienionych
placówek jest inna - od kilkunastu tysięcy złotych (prywatne
przedszkole) do kilkuset (uczelnia wyższa). Poza tym musi się
zastanowić, czy chce działać samodzielnie, czy przyłączyć do sieci
franczyzowej.
W branży edukacyjnej działa kilkanaście systemów
franczyzowych, największą grupę stanowią szkoły językowe. Franczyzodawcy
zarządzający sieciami szkół językowych wymagają od franczyzobiorców
najczęściej znajomości języka angielskiego oraz posiadania środków
potrzebnych do otwarcia szkoły (od 10 tys. zł do ponad 100 tys. zł).
Obiecują, że zwrot z inwestycji nastąpi nawet po kilku miesiącach, a w
pesymistycznych prognozach po dwóch, trzech latach.
Anna Smolińska (Miesięcznik Własny Biznes)