Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Lwy ruszyły

06:00 09.07.2008

Gdzie jest James Mwangi? Prezes zarządu Equity, jednego z największych banków Kenii, wrócił z Londynu nocnym lotem. Potem miał umówiony lunch z ministrem obrony. Teraz dochodzi godzina 16, a James Mwangi jest nieobecny. Alex - młody kierownik sekretariatu - wydzwania na komórkę szefa, ale nikt nie odbiera.

Kondygnacja czternastopiętrowego wieżowca Equity Bank, wznoszącego się nad ulicami Nairobi, na której urzęduje zarząd, wypełnia się menedżerami, doradcami, klientami i dziennikarzami. Wszyscy utrzymują, że mają spotkanie z prezesem Mwangi. Okupują jego pokój, plotkują w gabinecie szefa rady nadzorczej, który też jest nieobecny. Kiedy na zewnątrz zapada równikowa noc, tu na górze rozpętuje się prawdziwie afrykański rozgardiasz, który można albo nienawidzić, albo kochać. Pośrednie uczucia są wykluczone.

W Europie mało kto zna Jamesa Mwangi, ale w Afryce jest on gwiazdą. Jego bank oferuje usługi finansowe ludziom, którymi do tej pory nie interesowały się instytucje finansowe. To chłopi z zapadłych wiosek, przydrożni handlarze, drobni rzemieślnicy z dzielnic biedy. Equity prowadzi prawie połowę ROR-ów w Kenii. Przekazy można realizować za pomocą SMS-u, a małorolni chłopi mogą spłacać kredyt nawet mlekiem. Bank nie odmawia żadnemu klientowi, choćby najbardziej ubogiemu.

Ta koncepcja mikrofinansowania przypomina działalność banku Grameen, który stworzył w Bangladeszu Muhammad Yunus - laureat pokojowej Nagrody Nobla z 2006 roku. Ale jest jedna istotna różnica - Mwangi nie prowadzi instytucji charytatywnej. Equity jest spółką notowaną na giełdzie. Kenijski finansista przekształcił bankrutującą budowlaną kasę oszczędnościową w jeden z najbardziej dochodowych i najszybciej rozwijających się banków w Kenii. W 2008 r. zamierza otworzyć pierwsze filie w Tanzanii i Ugandzie, a za jakiś czas Equity ma się stać największym bankiem całej Afryki. Od 2004 r. jego suma bilansowa niemal podwaja się z roku na rok i obecnie wynosi około 40 mld szylingów kenijskich, czyli 430 mln euro. Można powiedzieć, że to zaledwie równowartość aktywów małego niemieckiego lokalnego banku. Z drugiej jednak strony - już 300 mln euro wystarczy, by Mwangi został symbolem gospodarczego boomu, który panuje na południe od Sahary.

Rozwój gospodarczy na Czarnym Lądzie? Owszem! Kontynent między Saharą na północy a Przylądkiem Dobrej Nadziei na południu - która Europejczykom kojarzy się prawie wyłącznie z AIDS, głodem, wojnami domowymi albo też z żądnymi pozyskania surowców Chińczykami - emanuje obecnie gospodarczym optymizmem. Aktualne opracowanie Banku Światowego dowodzi, że niepostrzeżenie dla bogatej Północy już od połowy lat 90. Afryka zaczęła się podnosić z ekonomicznego upadku i stopniowo nabierała dynamiki. W minionej dekadzie gospodarka kontynentu rosła przeciętnie o 5,4 proc. rocznie, czyli w takim samym tempie, jak cała gospodarka światowa i znacznie szybciej niż państwa zamożne. A trzeba jeszcze dodać, że kraje na południe od Sahary rozwijały się szybciej niż północna, arabska część kontynentu. Palma pierwszeństwa przypada zasobnej w ropę naftową Angoli, gdzie niedawno udało się zaprowadzić pokój. Kraj ten może się poszczycić wzrostem gospodarczym na poziomie 20 procent.

- Wygląda na to, że Afryka po raz pierwszy zdołała się wyrwać z zaklętego kręgu krótkich okresów boomu, po których następowały recesje i weszła na solidną ścieżkę wzrostu - mówi John Page, główny ekonomista afrykańskiego oddziału Banku Światowego. - Prognozy ekonomistów dotyczące tego kontynentu często były mylne, ale mimo to zaryzykuję tezę, że znajdujemy się w punkcie zwrotnym ku lepszym czasom.

Byłby to początek nowej ery. Pół wieku temu mocarstwa kolonialne zaczęły się wycofywać z Afryki Subsaharyjskiej. Już wtedy eksperci prognozowali, że region czeka szybki rozwój. Zamiast niego nastąpiły jednak dziesiątki lat, kiedy Afrykanie coraz bardziej ubożeli. Czarny Ląd zyskał miano "straconego kontynentu". Dziś wydaje się, że robi światu kolejną niespodziankę - tym razem pozytywną. Nagle zjawia się James Mwangi. Okazuje się, że rano jego matka niespodziewanie została przewieziona do szpitala. Musiał jej doglądać, aż poczuła się lepiej. Szef Equity - postawny, czterdziestokilkuletni mężczyzna, pochodzący z plemienia Kikuju - ma na sobie nieskazitelny szary garnitur. Poprzednio pracował w firmie Ernst & Young.

Na ile trwały jest rozwój gospodarczy, który obserwujemy obecnie w Afryce? Tak brzmi nasze pierwsze pytanie. - To jest coś, co skrywa się za horyzontem - odpowiada niskim głosem. - Nie możemy tego jeszcze dostrzec, jednak już czujemy zapach. I przeczuwamy, że jest to coś wielkiego. Mwangi twierdzi, że wkrótce świat będzie mówił o afrykańskich lwach. Tak jak w latach 80. mówił o azjatyckich tygrysach. Rzeczywiście istnieją solidne przesłanki, dzięki którym Czarny Ląd może się stać wschodzącym rynkiem najbliższej dekady, a tym samym - ważnym miejscem lokaty kapitału dla zachodnich firm i inwestorów. Kto jest tu obecny podczas podziału rynków, ma prawo liczyć na dużą premię, która przypada pionierom.

Jedną z przyczyn dobrej koniunktury jest oczywiście zapotrzebowanie na surowce. Zasoby naturalne i produkty rolne - od ropy naftowej po kawę - są najważniejszymi produktami afrykańskiego eksportu. W ostatnich dziesięcioleciach pogarszały się terms of trade dla Afrykanów, którzy za sprzedawane dobra naturalne mogli coraz mniej kupić na światowym rynku. Teraz trend się odwrócił. Zwłaszcza rosnący popyt na surowce w Chinach działa na korzyść Afrykanów. Chińczycy są poza tym najbardziej aktywnymi zagranicznymi inwestorami na Czarnym Kontynencie.


- Polacy mają o Afryce tak naprawdę błędne pojęcie. Często postrzegają ją przez pryzmat stereotypów, a tymczasem zachodzi tam wiele zmian, o których przeciętny inwestor nie wie - mówi dr Richard Mbewe.

______________________________


Obejrzyj wywiad Bankier.TV


Jednak koniunktura w Afryce nie zależy tylko od ropy naftowej, rud metali i Chin. Według opracowania Banku Światowego, w subsaharyjskiej Afryce nie można dzisiaj stwierdzić zależności między zasobnością kraju w surowce i osiąganym wskaźnikiem wzrostu. Większą wagę zdają się mieć inne czynniki.

Na przykład - pokój. Według danych Conflict Data Program z uniwersytetu w Uppsali liczba konfliktów międzypaństwowych i wojen domowych w Afryce spadła w latach 1991 - 2006 o połowę, do dziewięciu. Czarny Ląd stał się kontynentem nie tylko spokojniejszym, ale też bardziej liberalnym. A Ranking Freedome House, który mierzy wolność polityczną we wszystkich krajach świata, notuje znaczną poprawę pozycji subsaharyjskiej Afryki w minionym dziesięcioleciu.

Również pod względem ekonomicznym region ten jest bardziej otwarty niż dawniej. Tak zwany współczynnik CPIA, który zawiera szczegółowe wskaźniki dotyczące różnych aspektów gospodarki narodowej, wygląda obecnie lepiej niż jeszcze na początku naszego stulecia. W większości krajów afrykańskich znacznie zmalała liczba pozwoleń potrzebnych do założenia firmy czy importu maszyn. Płace, ceny i kursy wymiany walut, które wcześniej ustalali urzędnicy, teraz w wielu państawch pozostawiono swobodnej grze rynkowej.

Wszędzie tam, gdzie panuje pokój, a ludzie cieszą się wolnością, następuje takie samo zjawisko: jednostki przedsiębiorcze oraz inwestorzy korzystają z zaistniałej swobody i - jeśli wszystko idzie dobrze - podnoszą przez swą aktywność dobrobyt całego społeczeństwa. Wydaje się, że ta spirala wzrostu ruszyła także w Afryce. Oczywiście, rozwój następuje bardzo wolno. Wciąż miliony ludzi żyją w nędzy, a samowola i przemoc są codziennym doświadczeniem wielu Afrykanów. Nadal policjanci w wielu krajach zachowują się jak uliczni bandyci, a urzędnicy finansowi przypominają przestępców wymuszających haracz. Kto zaś w Afryce próbował w sądzie dochodzić roszczeń finansowych, ten wie, gdzie Franz Kafka znalazłby dziś najlepszy materiał do swych powieści.

Mimo problemów sprawy zmierzają ku lepszemu. W 2007 r. po raz pierwszy spadła nawet liczba zachorowań na AIDS, jak wynika z danych ONZ. W żadnym innym kraju na południe od Sahary zmiany te nie ujawniają się wyraźniej niż w Kenii, ojczyźnie Jamesa Mwangi. W latach 90. kraj pozostawał pod rządami skorumpowanej dyktatury prezydenta Daniela Moi. Gospodarka pogrążyła się w zastoju, infrastruktura znalazła w rozkładzie, a stolica Nairobi z powodu ogromnej przestępczości zasłużyła na miano "Nairobbery".

Przełom nastąpił w roku 2002. W wyniku wolnych wyborów do władzy doszedł prezydent Mwai Kibaki. I chociaż również jego rządem zaczęły wkrótce wstrząsać afery korupcyjne, to Kibaki - dyplomowany ekonomista - zlikwidował przepisy, które paraliżowały gospodarkę. Nagrodą był 7-proc. wzrost gospodarczy w 2007 r. (a trzeba pamiętać, że Kenia właściwie nie ma surowców naturalnych). 27 grudnia 2007 r. Kibaki walczył o prezydenturę następnej kadencji i mimo że wynik wyborów był sprawą otwartą, to elita gospodarcza w Nairobi zachowała spokój.

- Kenijczycy już dawno zasmakowali w dobrej koniunkturze gospodarczej i żaden polityk nie może sobie pozwolić na zawrócenie koła historii - ocenia Ashok Shah, właściciel jednego z największych kenijskich towarzystw ubezpieczeniowych. Odkąd Kenia i prawie wszystkie państwa afrykańskie wykazują tendencję wzrostową, inwestorzy znowu zainteresowali się tym regionem. Od roku 2000 do 2006 wartość rocznych inwestycji bezpośrednich zwiększyła się ponaddwukrotnie. W marcu 2007 r. Charlemagne Capital, działający w krajach rozwijających się, po raz pierwszy utworzył fundusz, który inwestuje wyłącznie w Afryce. Zastępy menedżerów funduszy private capital przemierzają afrykański kontynent w poszukiwaniu firm, które opłaca się przejąć.

Siła nabywcza jest w Afryce nadal mała, rynki są płytkie, a ryzyko duże. Ale w zamian oferuje ona coś, co stało się rzadkością w rozwiniętych regionach świata, a także w krajach azjatyckich, gdzie już tłoczno od inwestorów. Jest to szansa na nieograniczone perspektywy wzrostu i wysokie zyski dla pionierów. Taką szansę wykorzystał na przykład Vodafone. W 2000 r. utworzył z państwową kenijską telekomunikacją spółkę Safaricom, będącą operatorem sieci komórkowej w całym kraju. Podczas gdy w minionym roku wyniki globalne Vodafone'u nie wzrosły, Safaricom zwiększył zysk przed opodatkowanie o 40 proc., do 182 mln euro. Przy obrotach rzędu 504 mln euro daje to zysk na poziomie 40 procent. Nic dziwnego, że biznes kwitnie - dopiero jedna trzecia z 34 mln Kenijczyków ma telefon komórkowy, a w całym kraju jest tylko jeden konkurent - kuwejcki Celtel.

Tanie komórki, jak te Safaricomu, a także usługi finansowe dla każdego, jak te świadczone przez Equity Bank - to zdaniem wielu ekspertów nowe zjawiska, które mogą diametralnie zmienić życie Afrykanów. W regionie, gdzie większość ludności prowadzi własny biznes jako rolnicy, handlarze albo rzemieślnicy, niewielki zastrzyk kapitału w połączeniu z lepszą, ułatwioną łącznością powinien zwielokrotnić wydajność pracy.

Jak szybko mogą przebiegać zmiany, dowodzi przykład oddalonej o 20 km od wieżowców Nairobi wsi Cura. Jeszcze kilka lat temu miejscowi małorolni chłopi uprawiali głównie kukurydzę i fasolę na potrzeby własne albo wymianę sąsiedzką. Dzięki darowiźnie Klubu Rotary z Nairobi chłopi z Cury mogli przed trzema laty kupić wyjątkowo odporne na szkodniki i wydajne sadzonki bananów. Obecnie większość zajmuje się ich uprawą, podąża po gliniastych polnych drogach do pobliskiej stolicy i sprzedaje plony na targu. Zyski wystarczają na kupno żywności, a także na niewielkie oszczędności we wspólnej kasie gminnej.

- Inwestujemy głównie w nowe emisje papierów wartościowych na giełdzie w Nairobi - mówi z dumą 53-letni sołtys Moses Machaya Kamau. Zlecenie kupna wieśniacy przekazują przez telefon komórkowy.

Od autarkicznego chłopa do drobnego inwestora w ciągu pięciu lat - to właśnie dzięki takim fenomenom Frank Kretzschmar zachwyca się Afryką. Ten 44-letni doradca biznesowy niespełna cztery lata temu po raz pierwszy przybył do Kenii, by udzielać porad organizacyjnych i strategicznych bankowi Equity. Jego pracę opłacała wtedy organizacja pomocowa dla krajów rozwijających się. Dziś Kretzschmar jest w Kenii już 27. raz. Poza Equity ma innych klientów i przyznaje, że robi w tym kraju równie dobre interesy jak w ojczystych Niemczech.

- Ludzie tutaj od dawna nie są zdani na jałmużnę - zauważa Kretzschmar. - Afryka ma wielką przyszłość, ale Niemcy ignorują ten trend, gdyż nie mogą się pozbyć uprzedzeń. Jednak działalność niemieckich firm, które odważyły się tu zainwestować, dowodzi, że ten mało jeszcze konkurencyjny rynek umożliwia ogromne zyski. Producent maszyn drukarskich Heidelberger ma monopol na nowe urządzenia w Afryce Wschodniej, gdyż konkurent - MAN Roland jest tu nieobecny. - Nasza marża brutto jest w Afryce Wschodniej znacznie wyższa niż w Europie Zachodniej - przyznaje Frank Schmucker, dyrektor generalny Heidelberger East Africa.

Niemniej obroty większości niemieckich koncernów w Afryce prezentują się skromnie. W Heidelberger East Africa wynoszą około 15 mln euro rocznie przy tendencji lekko wzrostowej. Na razie niemieckie firmy obawiają się większego zaangażowania na wzór Vodafone'u. Tak więc również Deutsche Telekom przespał afrykański boom w telekomunikacji i w wielu krajach rynek jest już zagospodarowany. - W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii i Francji brakuje nam historycznych więzi z Afryką - twierdzi Dieter Heuskel z Boston Consulting Group. Może dlatego wielu niemieckich menedżerów chętniej inwestuje w Rosji.

Także James Mwangi doświadczył niemieckiej ostrożności. We współpracy z pewnym niemieckim bankiem chciał stworzyć prosty system, dzięki któremu kenijscy emigranci w Niemczech mogliby przesyłać do ojczyzny pieniądze - bez konieczności płacenia wysokich opłat takim wyspecjalizowanym pośrednikom, jak Western Union. Mwangi trzy razy udawał się do Niemiec, by przekonać bankowców do swego pomysłu. Tyle że do tej pory rozmowy nie przyniosły żadnego rezultatu.

- Być może afrykańscy emigranci nie są dla niemieckich banków interesującymi klientami - zastanawia się. Patrzy w mrok równikowej nocy za oknem gabinetu i sprawia wrażenie, jakby był nieco zniecierpliwiony. Ale może jest po prostu zmęczony.

Christian Rickens
Źródło: manager magazin
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy