Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Rozbrojona zbrojeniówka

06:01 19.08.2008



W latach dziewięćdziesiątych związkowcy z zakładów zbrojeniowych niemal co roku przyjeżdżali na manifestacje do Warszawy. Budynek Rady Ministrów obrzucano jajkami i słoikami z farbą. Dochodziło do starć z policją, w których po obydwu stronach padali ranni. A wśród skandowanych przez manifestantów haseł najbardziej zwracało uwagę: "Zbrojeniówka to głodówka". Protesty nie były, jak próbowano wmawiać opinii publicznej, nieodpowiedzialnymi akcjami pracowników, którzy przeciwstawiali się koniecznym reformom.

Mówili oni wyraźnie, że choć najważniejsze są miejsca pracy i wypłata zaległych pensji, to "nie tylko micha się liczy". Domagali się uzdrowienia branży, zdając sobie zapewne sprawę, że spowoduje to redukcję zatrudnienia. Ponadto oczekiwali zwiększenia zamówień ze strony wojska i policji. A było ich wtedy tyle, co kot napłakał. Brakowało też planu reform, jeśli nie liczyć propozycji sprzedaży zakładów zbrojeniowych prywatnym inwestorom, najlepiej zagranicznym.

Prawie sabotaż

Tomasz Hypki i Jerzy Kade, podsumowując pierwszą dekadę III RP w tym zakresie, stwierdzili w "Przeglądzie Środkowoeuropejskim", że dla zbrojeniówki był to czas stracony. Według nich to, co się działo, trudno nazwać inaczej jak sabotażem ze strony nieudolnych - a być może nawet skorumpowanych - polityków. Państwo uchylało się nawet od wspierania wysiłków eksportowych branży, a tak zwana lista negatywna (czyli krajów, do których nie wolno eksportować uzbrojenia) była w Polsce wyjątkowo długa.

Pomysł, aby zbrojeniówka radziła sobie sama, bez żadnej pomocy państwa, a przede wszystkim bez zamówień ze strony armii, w każdym kraju byłby wyśmiany, a jego zwolennicy odsunięci od wpływu na tę newralgiczną branżę. Autorzy twierdzą, że opłaca się wspierać zbrojeniówkę i to w dwojaki sposób. Po pierwsze, publiczne pieniądze pozostają w kraju. Po drugie, firmy zbrojeniowe płacą podatki do budżetu, więc już z tego powodu ich produkcja staje się tańsza. Niebagatelne znaczenie ma również fakt, że ta branża jest nośnikiem postępu technologicznego.


Fot. PAP/Radek Pietruszka

Sprzedaż takich firm inwestorom zagranicznym - twierdzą Hypki i Kade - przyniosłaby natomiast jedno - ich likwidację. Po rozpadzie bloku komunistycznego zapotrzebowanie na broń znacznie zmalało, więc potężne firmy z Zachodu, w dodatku wspierane przez własne rządy, często kupowały konkurencyjne przedsiębiorstwa tylko po to, żeby je zamknąć. Tak zwana afera karabinowa dowiodła, że koncerny zbrojeniowe sięgęły także po bardziej drastyczne metody, żeby wypchnąć nas z zagranicznych rynków.

Przełom nastąpił w 2001 roku. Politycy zdali sobie wreszcie sprawę, że muszą się znaleźć pieniądze budżetowe na zakup broni i sprzętu w polskich zakładach. Jeszcze w 2001 roku państwo było winne temu sektorowi 350 mln zł. Ważne jest i to, że po raz pierwszy od 1990 roku pracownicy zbrojeniówki wiedzieli, na czym stoją. Ich sytuację określiła "Strategia przekształceń strukturalnych przemysłowego potencjału obronnego w latach 2002-2005". Zrezygnowano z prywatyzacji, stworzono natomiast dwie silne grupy: jedną wokół Bumaru, drugą przy Agencji Rozwoju Przemysłu.

Odeszliśmy wreszcie od nadmiernej ostrożności w eksporcie. Pod naciskiem obcych lobby przez lata nie wysyłaliśmy swojej broni za granicę, choć mogła liczyć na zbyt. Nie były to wówczas najnowsze osiągnięcia techniki, ale wiele krajów poszukuje sprzętu nie najwyższej generacji, tylko solidnego i niedrogiego. Obecnie mamy też w ofercie technikę na najwyższym poziomie. Wreszcie do promocji polskiego uzbrojenia włączyła się dyplomacja oraz przedstawiciele rządu.

Niebagatelne znaczenie miał też fakt, że Wojsko Polskie zaczęło w końcu kupować sprzęt krajowej produkcji. A to jest najlepsza rekomendacja dla odbiorcy zagranicznego. Podczas targów przemysłu zbrojeniowego w Kielcach Bumar prezentował się coraz bardziej okazale. Miał w swojej ofercie między innymi: środki radiolokacyjnego rozpoznania, zestawy przeciwlotnicze, systemy rakietowe, różnego typu amunicję, sprzęt pancerno-samochodowy i optoelektroniczny oraz uzbrojenie indywidualne żołnierzy.

W 2005 roku Bumar zrealizował dostawy eksportowe na wszystkie kontynenty, najwięcej do Azji i na Bliski Wschód. Indie kupiły od nas wozy zabezpieczenia technicznego, a Irak - sprzęt specjalny i cywilny. Zgłosił też zainteresowanie zakupem pojazdów opancerzonych Dzik, bardzo dobrze ocenianych przez jego armię.

Grupą, mości panowie

Powstała w 2002 roku "Strategia przekształceń strukturalnych przemysłowego potencjału obronnego" doprowadziła do konsolidacji zbrojeniówki w dwóch grupach. Podobne próby podejmowano wcześniej, ale rząd Jerzego Buzka zdecydowanie je odrzucił za radą minister skarbu państwa Aldony Kameli-Sowińskiej, która uznała, że łączenie biedy z nędzą nie ma sensu.

W praktyce okazało się jednak, że jest to rozwiązanie jak najbardziej sensowne. Po jego wdrożeniu Grupa Bumar wykazywała się systematycznie rosnącymi zyskami. Pomogło jej i to, że rząd wreszcie zwiększył zamówienia dla naszej armii, a dyplomaci włączyli się w promocję polskiej broni i sprzętu wojskowego. Gorzej działo się w grupie, kierowanej przez Agencję Rozwoju Przemysłu, która skupiła przedsiębiorstwa lotnicze i radioelektroniczne. Jej szef Paweł Brzezicki, najwyraźniej nie wiedział jak kierować taką strukturą.

Miał jednak ambicje odegrać rolę poważnego gracza w branży zbrojeniowej. Przez jakiś czas chwalił się, że znalazł partnera dla PZL Mielec. Miała nim być Grupa Sikorsky, jeden z najsilniejszych koncernów światowych, zajmujących się produkcją śmigłowców. Skończyło się jednak na fajerwerkach.

Podobnie było w PZL Świdnik. Firma ta została zobowiązana przez Brzezickiego, żeby wszystkie swoje kontrakty eksportowe załatwiała przez jednego pośrednika. Świdnik miał własne kontakty handlowe, z których musiał zrezygnować i później płacił za to rachunki.

Utworzenie dwóch grup w polskim przemyśle zbrojeniowym było rozwiązaniem dobrym w pierwszym etapie konsolidacji. Później okazało się, że potrzebny jest kolejny krok. Podczas XIV Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach prezes Bumaru Roman Baczyński postulował dalszą konsolidację branży. Koncern zajmowałby się nie tylko produkcją broni i sprzętu wojskowego, lecz także jego sprzedażą, prowadziłby badania nad rozwojem technologii, zajmowałby się również remontami.

Światowi giganci nie sprzedają teraz oddzielnych wyrobów, tylko całe systemy. Najlepiej byłoby więc, gdyby proces ich produkcji podlegał jednolitemu kierownictwu. Konieczne jest także sprostanie wyzwaniom technologicznym. Dlatego ośrodki badawczo-rozwojowe muszą być skonsolidowane i dofinansowane. Nie stać nas na taką rozrzutność, żeby każdy działał na własną rękę. Jest jeszcze sprawa polsko-polskiej konkurencji na rynkach obcych. Gdyby, na przykład, spełnić ambicje prezesa Brzezickiego z Agencji Rozwoju Przemysłu, który chciał kierować odrębną grupą zbrojeniówki, nigdy byśmy takich sytuacji nie wyeliminowali.

Słaby musi przegrać

Do takiego samego wniosku doszło Ministerstwo Gospodarki, czego dowód znajdziemy w dokumencie zatytułowanym "Program konsolidacji i wspierania rozwoju polskiego przemysłu obronnego w latach 2006-2010", który został opracowany przez wiceministra Tomasza Wilczaka. Pozytywnie oceniono w nim przedsięwzięcia rządu Leszka Millera, zmierzające do uratowania zbrojeniówki. Ministerstwo słusznie konstatowało, że czas na następne kroki - przede wszystkim na dostosowanie się do tendencji widocznych od lat na światowym rynku zbrojeniowym, na którym grają tylko silne, skonsolidowane podmioty.

Słaby nie ma czego szukać, lepiej niech się od razu podda. Liczą się tylko dostawcy dysponujący wyrobami konkurencyjnymi pod względem ceny i technologicznego zaawansowania. Ich pozycję wzmacniają ośrodki badawczo-rozwojowe oraz służby marketingowe. - Niezbędna jest dalsza konsolidacja przemysłowego potencjału obronnego, a także stworzenie efektywnego systemu wspierania rozwoju tego sektora - stwierdził resort gospodarki w rządzie PiS.

Czas bieży

Zdecydowano, że powinien powstać jeden koncern zbrojeniowy, zorganizowany wokół Bumaru, który przekształci się w spółkę akcyjną. Będzie on skupiał nie tylko wytwórców broni i sprzętu, ale także ośrodki naukowo-badawcze i przedsiębiorstwa remontowe. W perspektywie (po przeprowadzeniu restrukturyzacji) do grupy wejdzie także Huta Stalowa Wola. Agencja Rozwoju Przemysłu straci swoją rolę lidera grupy lotniczo-radioelektronicznej. Została ona zresztą powołana do restrukturyzacji przedsiębiorstw państwowych, które mają kłopoty finansowe i na tym powinna się skupić.

Jej osiągnięcia menedżerskie wobec zbrojeniówki trzeba ocenić bardzo krytycznie. Słychać było nawet opinie, że firmy lotnicze podlegające ARP zbliżają się do krawędzi upadłości. Działo się tak w sytuacji, gdy na wyroby przemysłu lotniczego panowała w świecie doskonała koniunktura, którą inni wykorzystali z powodzeniem. Agencja nie umiała poruszać się na rynkach międzynarodowych, gdzie Bumar radził sobie doskonałe. Jedyne co potrafiła, to krytykować koncepcję konsolidacji sektora, walcząc o swoje partykularne interesy. Nic też nie zdziałała, by znaleźć dla PZL inwestorów strategicznych. Czas jednak biegł nieubłaganie.

W programie konsolidacji miał się także znaleźć zapis o przyznaniu branży zbrojeniowej wsparcia finansowego. W grę nie wchodziło wykładanie publicznych pieniędzy na utrzymanie przedsiębiorstw, choćby dlatego, że nie zezwala na to Komisja Europejska. Dozwolone i praktykowane są natomiast inne formy pomocy. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego może przydzielić środki na badania naukowe w wyspecjalizowanych placówkach zbrojeniówki. To samo może zrobić Ministerstwo Obrony Narodowej.

Jest także inny obszar działania koncernu, gdzie bez wsparcia państwa trudno sobie poradzić. Gdy firma otrzyma duży kontrakt eksportowy, musi najpierw wydać mnóstwo pieniędzy, żeby później móc zarobić. Przy tym nie zawsze może liczyć na kredyty, gdyż banki stają się - choćby po doświadczeniach ze Stocznią Szczecińską - bardzo ostrożne. Gdyby takim wnioskom towarzyszyły gwarancje Skarbu Państwa, sprawa byłaby o wiele prostsza. Do tego jednak potrzebne były zmiany w ustawie o państwowych gwarancjach i poręczeniach.

Państwo może też wiele zrobić, wspomagając kontrakty eksportowe. Najczęściej jest tak, że kraj, który zamawia u nas uzbrojenie, nie jest w stanie pokryć od razu wszystkich wydatków. Może wówczas otrzymać kredyt od Polski i uregulować rachunki wystawione przez producenta. Tak się robi na całym świecie.

Wspólny rynek

Jest jeszcze jedna sprawa, która spędzała sen z powiek pracownikom zbrojeniówki, zwłaszcza związkowcom. Polska jest członkiem Europejskiej Agencji Obrony, a ta uruchomiła proces tworzenia wspólnego rynku obronnego w Unii Europejskiej. Co to oznacza? Na przykład, że dostawcą dla polskiej armii może być jakieś przedsiębiorstwo unijne, a nie polska firma z grupy Bumar. W takiej sytuacji trzeba będzie zderzyć się z konkurencją.

Jednocześnie przed polską zbrojeniówką otwierają się dodatkowe szanse. Rynek unijny stanął przed nią otworem. Silny koncern może więc wyjść z tej konfrontacji obronną ręką. Długo dominowały obawy. By je uciszyć minister obrony Radek Sikorski obiecał związkowcom, że państwo zrekompensuje firmom wydatki związane z utrzymywaniem mocy produkcyjnych na tak zwany czas zagrożenia.

Dotychczas słychać było narzekania, że z tego obowiązku budżet się nie wywiązuje, a dla firm to spory kłopot, bo przecież utrzymanie linii produkcyjnych, które nie są wykorzystywane, oraz zwiększonych zapasów materiałowych kosztuje. W Ministerstwie Obrony Narodowej powstał "Program mobilizacji gospodarki". Oszacowano, że na ten cel potrzeba rocznie 125 mln zł, które powinny być zapisane w budżecie.

Przewidujący politycy

- Kraje inwestujące w przemysł obronny doceniają również jego pozytywny wpływ na rozwój technologiczny. Nawet jeśli stosunkowo niewielki procent rozwiązań opracowywanych dla armii znajduje bezpośrednie zastosowanie w cywilnej części gospodarki, to przecież i tak korzystniej jest płacić własnym placówkom badawczo-rozwojowym i ich pracownikom niż podobnym instytucjom zagranicznym. W ostatnich dziesięcioleciach to właśnie na styku sektora publicznego związanego z obronnością i innowacyjnych przedsiębiorstw powstały rozwiązania najbardziej rewolucjonizujące światową gospodarkę.

Za przykład może posłużyć choćby Internet czy satelitarne systemy komunikacji, nawigacji, a od niedawna także komercyjnie dostępny system rozpoznania kosmicznego - stwierdzili Tomasz Hypki i Jerzy Kade. Warto zauważyć, że w przemyśle zbrojeniowym globalizacja wymusiła znacznie większe przemiany niż w większości innych dziedzin. Zmiany polityczne pociągnęły za sobą gwałtowny spadek zapotrzebowania na uzbrojenie. Właściwie tylko kilka krajów zaangażowanych w lokalne konflikty zbrojne, dysponujących odpowiednimi możliwościami finansowymi, kupuje je w poważniejszej ilości.

Ale i one błyskawicznie budują własny przemysł zbrojeniowy, nawet w najbardziej zaawansowanych technologicznie dziedzinach (Izrael, Turcja, Pakistan). W samych tylko Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich 10 lat przedsiębiorstwa produkujące uzbrojenie utraciły zamówienia o wartości około biliona dolarów w stosunku do przewidywań z końca lat osiemdziesiątych.

Ta ogromna dywidenda pokojowa spowodowała, że z kilkudziesięciu dużych firm zbrojeniowych, po serii fuzji, na szczycie pozostało zaledwie kilka gigantów. Konsolidacja nie odbyła się samoczynnie, pod wpływem czynników rynkowych, lecz została wymuszona przez umiejących przewidzieć przyszłość polityków. Czy tacy znajdą się także u nas?

Czesław Rychlewski
Źródło: Fakty
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy