Historia współczesnej polskiej reklamy to kilkanaście lat po przełomie 1989 roku, bo reklamy były też przed wojną, czego przykładem choćby hasło: "Cukier krzepi" czy w PRL-u: "Lot-em bliżej". Ta współczesna
rodziła się wraz z polskim kapitalizmem, była dla niego wsparciem i siłą
napędową. Tak jak on nie była wolna od problemów i ciemnych stron.
Jednak obecnie już chyba nikt nie wyobraża sobie bez niej polskiego i
światowego biznesu.
Pierwsze polskie reklamy były przeniesionymi z zachodu realizacjami, do
których tylko dogrywano polskie dialogi lub komentarz. Zazwyczaj były to
przaśne niemieckie reklamy produktów chemicznych z tłumaczeniem
skuteczności np. proszku do prania. Pojawiały się także pierwsze polskie
realizacje. Słynna reklama podpasek Always "z pewną taką nieśmiałością",
pierwszych komórek Centertela czy też anten satelitarnych oferowanych w
sklepie przy ul. Koszykowej w Warszawie. Początki polskiej reklamy to,
jak wspominają weterani, czas partyzancki. Nikt nie wiedział, jak się je
tworzy, więc powstawały spontanicznie. Nie było absolwentów marketingu,
więc strategie marketingowe rodziły się niejako na wyczucie. To był
generalnie czas wielkiej nauki. Ludzie rzucali studia i szli pracować w
reklamie. Bo to była najlepsza szkoła: praktyka, kontakty, no, i
olbrzymie pieniądze. Jedne z większych, jakie można było zarabiać.
W Polsce zaczęły też wówczas działać wielkie agencje sieciowe, które nad
Wisłą postanowiły tworzyć swoje oddziały. Filie światowych korporacji
reklamowych powstawały zazwyczaj z przyłączenia lokalnej agencji do
struktur światowych gigantów. Z czasem w Warszawie swoje biura mieli już
wszyscy znaczący gracze globalnego rynku reklamy, m.in.:
Saatchi&Saatchi, Leo Burnett, Ogilvy, Young&Rubicam, DDB, Euro RSCG,
McCann Erickson, Grey. Zaczęły także powstawać ciekawsze realizacje,
jednak wciąż dominował w nich siermiężny styl i były mało oryginalne, bo
większość bazowała na sprawdzonych za granicą, głównie niemieckich
wzorcach. Pojawiały się jednak perełki, a wśród nich uznawane za
najlepsze kampanie np. napoju Frugo z hasłem "No to frugo" czy piwa
Okocim z "Mariolą o kocim spojrzeniu". Twórcami obu był duet Iwo
Zaniewski i Kot Przybora - jedni z najbardziej znanych i cenionych ludzi
reklamy.
Dobry czas rynku skończył się z wielkim hukiem wraz z załamaniem
gospodarczym na początku nowego wieku. Wtedy agencje borykały się z
wieloma problemami - przede wszystkim traciły dotychczasowych klientów,
a tym samym budżety. Niezbędne okazały się cięcia w zatrudnieniu, spadły
też płace. Wiele osób musiało pożegnać się z pracą w tej branży. Jednak
od kilku lat, wraz z coraz szybciej rozwijającą się gospodarką i po
wejściu Polski do Unii Europejskiej,
rynek reklamowy odżywa. Wrócili
klienci, a wraz z nimi pieniądze.
Pieniądze, duże pieniądze
Od 2002 roku wartość polskiego rynku reklamy znów rośnie. W tamtym
okresie wynosiła ona niewiele ponad 4 mld zł, by rok później wzrosnąć o
200 mln. W 2004 roku było to już 4,8 mld, by za rok przekroczyć 5,4 mld
zł.
Firma CR Media
Consulting oszacowała wielkość rynku w ubiegłym roku
na 6,7 mld zł. W tym ma to być około 7,4 mld, a za rok 7,9 mld zł. Drugi
kwartał tego roku, to wzrost rynku słabszy o 2 punkty procentowe niż w
pierwszych trzech miesiącach tego roku. Jednak do mediów wpłynęło 30
proc. więcej pieniędzy niż w pierwszym kwartale.
Jednak według ocen przedstawicieli
CR Media, tempo wzrostu rynku będzie
stale słabnąć. Mimo że
rynek rośnie, to jednak wyniki są słabsze od
oczekiwanych. Dlatego analitycy
CR Media dokonali korekty swoich
dotychczasowych prognoz i szacują, że w tym roku
rynek wzrośnie niewiele
powyżej 10 proc. w porównaniu do roku ubiegłego.
Najwięcej z tego reklamowego tortu trafia do telewizji. To wciąż
najpopularniejsze medium do prezentowania reklam. Tylko w drugim
kwartale tego roku jej przychody wzrosły o 11 proc. w porównaniu do tego
samego okresu roku ubiegłego. Przedstawiciele branży mówią nawet, że
często dochodzi do sytuacji, że popyt na czas antenowy jest większy od
tego, jaki telewizje są w stanie zaoferować. Klienci mają bowiem dużo
pieniędzy, ale nie mają gdzie ich wydać.
Słabnie natomiast reklama prasowa, która przyciąga coraz mniej
pieniędzy. Zaś dzięki brakowi "mocy przerobowych" w telewizjach zyskuje
reklama radiowa. Jednak największe przyrosty notuje reklama internetowa,
przez wielu uznawana za przyszłość branży. W ciągu trzech ostatnich
kwartałów dynamika tej części rynku wzrosła o 42 proc. W 2007 roku na
reklamę w internecie wydano 331 mln zł, w tym roku ma to być 453 mln zł,
a prognozy na 2009 rok mówią o 590 mln zł.
Rynek reklamy to olbrzymie pieniądze. Także te, które zarabiają
pracujący w branży. Legendą obrosły już sumy, jakie zarabiali pionierzy
tego zawodu w latach 90. XX wieku. Teraz podobno nie zarabia się już tak
dobrze, jednak sumy, jakie co miesiąc spływają na konta pracowników
agencji i tak mogą robić wrażenie. Z raportu o zarobkach w branży,
opracowanego dla Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, wynika,
że dyrektor kreatywny zarabia miesięcznie średnio ok. 24,5 tys. zł
brutto. Pozostali pracownicy tzw. działów kreacji też zarabiają nieźle,
m.in. copywriter dostaje ok. 7 tys., podobnie zarabia art director.
Zarobki grafika to ok. 5,3 tys. zł. W dziale client service najlepiej
zarabia dyrektor, bo ok. 22 tys. zł. Account director może liczyć na
pensję w wysokości 12,5 tys. zł, a zwykły account manager na ok. 7 tys.
zł. Nie gorzej wypada dział strategii. Jego szef dostaje ok. 19 tys. zł,
a strategic planner ok. 7 tys. zł.
Wszystko po angielsku
Zarobki w branży reklamowej śmiało można uznać za jedne z najlepszych na
rynku pracy, bo wielokrotnie przewyższają średnią krajową. Tym, co obok
wysokich zarobków odróżnia branżę od innych, jest też specyficzny język.
Choć reklama na stałe wpisała się w polski krajobraz, to wciąż
środowisko posługuje się nazewnictwem angielskim, na pierwszy rzut oka
niezrozumiałym dla niewtajemniczonych. Dla przykładu angielski art
director, to po prostu dyrektor artystyczny odpowiadający za wygląd
reklam, account to handlowiec, który ma pozyskiwać i obsługiwać
klientów, zaś strategic planner, to osoba która opracowuje strategię
promowania danego produktu.
Sam
rynek reklamowy dzieli się według zaczerpniętych z angielskiego
skrótów: ATL i BTL. Pierwszy skrót z angielskiego - above the line,
można traktować jako część budżetu kampanii wydawanego w mediach
tradycyjnych - telewizji, radiu i prasie - lub oznacza po prostu te
media. Drugi skrót czyta się jako below the line i oznacza tę część
budżetu, która jest wydawana na promocje skierowane bezpośrednio do
konsumentów i detalistów; może się pod tym pojęciem kryć też oznaczenie
wszelkich form reklamy w postaci różnorakich materiałów promocyjnych,
choćby gadżetów, opakowań, poligrafii.
Małe i średnie też są potrzebne
Działające na rynku agencje dzieli się na różne typy, biorąc pod uwagę
np. zakres działania i liczbę zatrudnianych osób. Część ze względu na
pierwsze kryterium nazywa się fullserwisowymi. To takie, które
przygotowują dla klienta strategię marketingową, kreują reklamy i je
produkują, a nawet kupują miejsce w mediach, w których reklamy będą
prezentowane. Obok nich funkcjonują na rynku agencje wyspecjalizowane
tylko w tworzeniu reklam i niezajmujące się np. planowaniem
strategicznym. Inny podział agencji wynika nie ze skali działania, ale
ich wielkości. Mówi się więc o małych agencjach zatrudniających od kilku
do ok. 20 osób i tzw. sieciowych, gdzie pracuje od 30 do 100 osób,
będących najczęściej polskimi filiami globalnych firm.
Magdalena Czmochowska wraz z Anną Wyrzykowską prowadzą w Łodzi małą
agencję reklamową Neo Media. Główne pole ich działania to reklama prasowa.
- Zajęłyśmy się reklamą, bo to branża, która przy stosunkowo niewielkich
nakładach finansowych może zapewnić całkiem przyzwoite zyski - opowiada
Magdalena Czmochowska. - Poza tym miałam wcześniej doświadczenie zdobyte
w branży, bo przez kilka lat pracowałam w agencji reklamowej. Poznałam
zasady działania, podobało mi się to i postanowiłam spróbować z własną
firmą.
Magdalena firmę prowadzi wraz z przyjaciółką. Zajmują się tworzeniem
reklam prasowych, a dzięki współpracy z firmami zewnętrznymi są w stanie
swoim klientom zaoferować także m.in. zaprojektowanie stron
internetowych, plakatów, wizytówek, przygotowanie druków
wielkoformatowych, zorganizowanie sesji zdjęciowej. Zlecenia pozyskują
głównie dzięki poleceniu przez klienta oraz stronie internetowej. Z ich
usług korzystają m.in. firmy z branży kosmetycznej, odzieżowej, hotele
czy producenci biżuterii.
- Są to zazwyczaj mniejsze firmy dysponujące mniejszymi budżetami na
reklamę - mówi właścicielka Neo Media. - Klienci z dużymi pieniędzmi
korzystają głównie z ofert agencji sieciowych, ale my nie narzekamy.
Praca w małej agencji wymaga wykonywania wielu zadań. Właściciel jest
też pracownikiem, więc obok zarządzania firmą i załatwiania bieżących
spraw związanych z jej funkcjonowaniem, musi też zabiegać o klientów i
nowe zlecenia, przygotowywać projekty reklam, kontaktować się z mediami,
w których będą publikowane, pilnować przygotowywania gadżetów.
- To ciężka harówka, ale daje sporo satysfakcji - przyznaje Czmochowska.
- Same kierujemy naszą firmą i tylko od nas zależy powodzenie lub
porażka. To wiąże się nie tylko ze zdobyciem klienta, ale i rywalizacją
z konkurencją.
Na łódzkim rynku jest niewiele agencji reklamowych. Te, które działają,
podobnie jak Neo Media są małymi firmami i podobnie jak ta
agencja
skupiają się na reklamie prasowej. Te najbardziej dochodowe reklamy -
czyli telewizyjne - zazwyczaj tworzą i realizują firmy z Warszawy. Mimo
to, gdy w grę wchodzą pieniądze, walka jest zaciekła.
- Klienci nie kierują się sentymentem, idą tam, gdzie jest taniej -
przyznaje współwłaścicielka Neo Media. - Dlatego musimy stale zabiegać o
nowe zlecenia, a klientów staramy się na różne sposoby zatrzymać przy
nas. Musimy więc zapewniać jak najlepszą jakość obsługi, walczyć o
rabaty dla klientów i przygotowywać jak najlepsze reklamy.
Zarobki małych agencji, podobnie zresztą jak i dużych, to wypadkowa
tego, ile klient ma do wydania, i kosztów, jakie ponosi
agencja na
przygotowanie reklamy lub kampanii. Jednak w przypadku małych firm kwoty
są znacznie mniejsze niż agencji sieciowych. Współwłaściciele małej
agencji reklamowej mogą liczyć na pensje w wysokości 3-4 tys. zł netto
miesięcznie, choć kwoty te w zależności od miesiąca mogą być różne.
Decyduje o tym choćby pora roku. Wiosną i jesienią, kiedy intensywnie
reklamują się firmy odzieżowe, można liczyć na dobre zarobki. Latem i
zimą, czyli w okresie przygotowywania nowych kolekcji, zleceń jest
mniej, a tym samym pensje mogą być o wiele niższe.
Znacznie większą od łódzkiej, bo zatrudniającą około 10 osób, agencją
jest warszawska faktoria kreatywności anda, która na rynku działa już od
ponad 15 lat. Na początku zajmowała się produkcjami BTL, by z czasem
ewoluować w stronę kreacji.
- Obecnie zajmujemy się przede wszystkim przygotowywaniem całych
kampanii, choć nie stronimy też od produkcji - mówi Marta Mielczarska,
dyrektor kreatywny agencji. - Przygotowujemy np. reklamy prasowe,
internetowe, telewizyjne, do tego tworzymy kampanie wizerunkowe,
przygotowujemy gadżety reklamowe, ulotki, plakaty, banery, billboardy.
Warszawska
agencja nie skupia się tylko na jednym z segmentów reklamy.
Jest w stanie przygotować wszystko to, czego zażyczy sobie klient.
Praca
agencji podzielona jest na dział kreacji oraz
marketing. Nad całością
czuwa jej twórca i szef. Kreatywni są w głównej mierze także grafikami,
więc wymaga się od nich nie tylko umiejętności tworzenia haseł
reklamowych, ale i zdolności plastycznych i komputerowych, tak by
wymyślone projekty zwizualizować. Dział marketingu dba zaś o
pozyskiwanie klientów i podtrzymywanie dobrych relacji ze zdobytymi już
zleceniodawcami.
Inaczej wygląda też
praca nad projektami. Tutaj już nie jedna osoba musi
wymyślić projekt i hasło kampanii, lecz robi to grupa.
- Gdy mamy jakieś zadanie, zazwyczaj siadamy w grupie i robimy sobie
burzę mózgów - opowiada Marta Mielczarska. - Wówczas wyrzucamy z siebie
pomysły, podpowiadamy sobie, nawzajem się inspirujemy. I tak powstają
propozycje projektów. Później są one dopracowywane, tak by do klienta
trafiły trzy scenariusze, z których zostanie wybrany jeden. I ten, na
który zdecyduje się klient, trafi do realizacji i będzie np. promował
dany produkt. Czas, jakim dysponujemy na przygotowanie pomysłów, jest
różny. Bywa, że mamy na to tydzień, innym razem aż trzy tygodnie, ale są
sytuacje, w których musimy przygotować projekt w ciągu trzech dni.
Takie małe i średnie agencje, choć nie dysponują ogromnym potencjałem
finansowym ani rozbudowanym zapleczem, są jednak w stanie skutecznie
konkurować na rynku z dużymi firmami. Wszystko za sprawą ludzi, którzy
tworzą kampanie. Ci pracujący w mniejszych firmach potrafią być bardziej
pomysłowi, świeżsi w podejściu do tematu, nieschematyczni. To w małych
agencjach mogą zrodzić się prawdziwe perełki reklamowe, jak choćby
wysoko oceniane kampanie Plusa z Kabaretem Mumio czy piwa Żubr.
Drugą cechą niedużych agencji, która pozwala im konkurować z olbrzymami,
może być ich większa elastyczność w podejściu do klienta, dbałość o jego
potrzeby i łatwiejsza
komunikacja pomiędzy nim a agencją. Nie do
przecenienia jest także fakt, że mniejsze agencje są też tańsze.
- Po prostu angażujemy w kampanię mniej osób, nie generujemy wielu
kosztów, więc możemy zaproponować niższe ceny za porównywalną jakość
usług - wyjaśnia Adam Ostrowski, dyrektor marketingu FK ANDA. - Jednak
dzięki temu wcale nie stoimy na wygranej pozycji.
Rynek jest bowiem
szalenie trudny, działa na nim wiele agencji i każda chce zdobyć
zlecenie. Dlatego konkurencja jest niezwykle zacięta i żeby się przebić,
obok cen trzeba też oferować naprawdę dobry produkt.
Giganci mogą więcej
Zupełnie inaczej wygląda
praca i charakter dużych agencji sieciowych. W
Polsce działa ich kilkanaście i są to najczęściej rodzime oddziały
zagranicznych korporacji. Zatrudniają znacznie więcej osób - średnio ok.
60-70. Mają znacznie rozbudowane struktury. Obok działów kreacji są w
nich też zespoły zajmujące się tworzeniem strategii marketingowych,
obsługujące klientów, finansowe, HR, organizujące wewnętrzną pracę agencji.
Agencje sieciowe najczęściej oferują pełen zakres usług, tzw. full
service, co oznacza, że obok przygotowania kampanii w różnych mediach:
telewizji, prasie, radiu, outdorze, internecie, dbają o jej produkcję i
zajmują się planowaniem strategii promocji danego produktu.
Praca jest
więc podzielona między poszczególne zespoły i każdy zajmuje się inną
częścią kampanii. Bywa też i tak, że równocześnie powstaje kilka
kampanii, co stanowi niewątpliwy atut dużych firm. To wiąże się jednak z
tym, że w firmie pracuje wiele osób, swą strukturą przypominają
korporacje, panuje także mocna hierarchia i nie zawsze można będzie
liczyć na awans, a tym samym na podwyżkę.
Najczęściej obsługują też dużych klientów: międzynarodowe koncerny
farmaceutyczne, spożywcze, motoryzacyjne, banki. Wielu z klientów
globalnych współpracuje z polskimi filiami agencji reklamowych, bo
dzieje się tak również w przypadku zagranicznych centrali firm
zlecających kampanie. O pozostałych duże agencje muszą rywalizować, tak
jak inni gracze na rynku. Najczęściej w drodze przetargu. I choć
zlecenie kampanii dużej agencji może być droższe od wybrania małej
firmy, to za sieciową agencją stoją duży potencjał ludzki,
doświadczenie, także międzynarodowe, zaplecze finansowe i techniczne,
rynkowa pozycja, wyniki dotychczas zrealizowanych kampanii. Te argumenty
zazwyczaj przekonują potencjalnych klientów i sieciówki zdobywają na
realizację kampanii bardzo duże budżety.
Bij, zabij w walce o klienta
Konkurencja na rynku reklamowym jest olbrzymia. W całym kraju działa
kilkaset dużych, średnich i małych firm. Te największe są zazwyczaj full
service, mniejsze skupiają się na kreacji, a najmniejsze zazwyczaj
specjalizują się w jednej dziedzinie, np. reklamie prasowej lub
gadżetach. Miejscem, gdzie skupia się najbardziej zaciekła walka o
klienta, jest Warszawa. Tu działają największe sieciowe agencje oraz te
mniejsze, ale cieszące się renomą i śmiało rywalizujące z potentatami.
Walka o klientów jest niezwykle zacięta, bo
rynek reklamy to wielkie
pieniądze - tylko w ubiegłym roku było to ok. 6,7 mld zł. Jednak
zdobycie zlecenia to nie jest łatwa sprawa. Rzadko zdarza się bowiem
tak, że klient trafia do agencji z ulicy. Czasem uda się pozyskać go
dzięki poleceniu. Najczęściej odbywa się to jednak na dwa sposoby.
Pierwszy, to aktywne zabieganie o zlecenia i za to zadanie
odpowiedzialni są w agencjach tzw. accounci. Drugi, i najbardziej
rozpowszechniony, to przetargi, które ogłaszają firmy.
- Dzielą się one na dwa etapy. Pierwszy to zaproszenie do przetargu, o
które także często trzeba zabiegać. Do tego etapu trafia zazwyczaj od
trzech do pięciu firm - opowiada Adam Ostrowski z faktorii kreatywności
anda. Później zaproszeni przygotowują swoje propozycje kampanii i
dopiero wówczas zleceniodawca wybiera tę firmę, która zrealizuje kampanię.
Przy wyborze agencji stosuje się wiele kryteriów. Obok kreacji, czyli
wizji promowania danego towaru, liczą się także koszty, jakie poniesie
zleceniodawca, czy czas przygotowania kampanii, czyli np. czy
agencja
dysponuje odległym terminem przygotowania propozycji, czy też musi
pracować bardzo szybko.
- Poza tym
firma wybierająca agencję może zwrócić uwagę na wielkość
agencji i usługi, które ta oferuje, doświadczenie w realizacji zleceń,
renomę, wyniki dotychczas realizowanych kampanii oraz cenę za usługę -
wylicza Małgorzata Wróblewska, group account director w Euro RSCG Warsaw.
Walka o zlecenia jest niekończącym się procesem, bo wiele firm po
zrealizowanych kampaniach szuka nowych agencji do współpracy. To daje
pole do popisu konkurencji, ale utrudnia zadanie agencji, która zdobyła
poprzednie zlecenie. Wszystko polega więc na tym, by skutecznie
zatrzymać dotychczasowego klienta u siebie.
Burza mózgów, czyli kopytko
Zdobycie zlecenia to dopiero połowa sukcesu. Teraz zadanie stoi przed
kreatywnymi. Muszą stworzyć kampanię, która wypromuje, umocni lub
nagłośni istnienie jakiegoś produktu, usługi. Każda z agencji ma własne
sposoby na skuteczne stworzenie kampanii. Bo nie chodzi tylko i
wyłącznie o chwytliwe hasło, ale i np. o wizualizację reklam prasowych,
billboardów czy napisanie scenariusza reklamówki. Przed rozpoczęciem
kreowania kampanii do agencji trafiają wytyczne, do kogo ma być
kierowany produkt, jaki produkt ma być reklamowany, jak długo trwać ma
kampania, co dzięki niej klient chce osiągnąć.
Jedną z najbardziej znanych metod pracy działów kreacji są tzw. burze
mózgów. Podczas takich spotkań kilka osób siada w jednym pomieszczeniu i
przerzuca się pomysłami na hasła, kampanię itp. Wybiera się najlepsze i
poddaje dalszej obróbce. Z tych najlepszych wybiera się kilka, np. trzy,
cztery, i prezentuje klientowi.
- Burza mózgów to
dobra metoda, bo pozwala na poznanie pomysłów kolegów,
ale także inspiruje - mówi Marta Mielczarska. - W swobodnej atmosferze
łatwiej o dobre pomysły, spontaniczne reakcje i wzajemne, pozytywne
"nakręcanie" się, które owocuje ciekawymi projektami.
Gdy
agencja ma już pomysły na kampanię, trafiają one do klienta. Ten
wybiera jeden lub odrzuca wszystkie i trzeba pracować raz jeszcze.
Zdarza się, że wybrany pomysł musi być poprawiony, tak by klient był w
pełni usatysfakcjonowany. Gdy ostateczna wersja zostanie zaakceptowana,
trafia do realizacji. Jeśli są to reklamy prasowe, to tworzą je graficy
w agencji. Reklamówki telewizyjne robią samodzielnie działy produkcji
lub firmy zewnętrze, podobnie jak spoty radiowe czy outdoor. Gdy reklamy
są gotowe, agencje muszą też dostarczyć je do telewizji, rozgłośni czy
gazet, w których mają być prezentowane. Zdarza się też, że agencje
sugerują - dzięki wskazaniom działów strategii, w jakich mediach i w
jakim czasie mają być prezentowane reklamy. Bywa, że klienci robią to
samodzielnie. Wykupem czasu antenowego zaś czy miejsc w gazetach zajmują
się wyspecjalizowane w takich działaniach domy mediowe.
Ceny kampanii to temat tabu. Nikt nie chce o nich mówić. Wiadomo tylko
tyle, że są duże, nawet bardzo. Może być to kilkadziesiąt, a innym razem
kilkaset tysięcy euro albo kilka milionów. To zależy od tego, jakie cele
stawia i ile do wydania ma klient. Jednak sporą część tych kwot
pochłaniają koszty zakupu czasu antenowego czy miejsc w gazetach.
Agencje zarabiają zaś pewien
procent od całkowitych kosztów kampanii
(mówi się o 5-15 proc.). O cenie decyduje zaś to, jak dużo ludzi
zaangażowanych było w tworzenie kampanii, obsługę klienta, ile razy
korzystał on już z usług agencji (wtedy może liczyć na rabat).
Magiczne słowo - kreatywność
O branży reklamowej zwykło się mówić, że od pracujących w niej osób
wiele się wymaga, ale też i wiele daje. Wysokie zarobki to nie mit, a co
trzeba zaoferować, by móc w agencji pracować? W czasach, gdy rodziła się
reklama w Polsce, do branży trafiali młodzi i przebojowi ludzie,
zazwyczaj w trakcie studiów. Byli pełni zapału, chęci do pracy,
pomysłowi. Wszystkiego uczyli się sami. Gdy branża już okrzepła, wciąż
potrzebowała nowych sił, bo
praca w reklamie to spory wysiłek i
wyrzeczenia, a nie wszyscy są w stanie je ponosić.
Kryterium, które najczęściej wymienia się w przypadku osób starających
się o pracę przy tworzeniu reklam, jest kreatywność. Dla Marty
Mielczarskiej, która rekrutuje nowych pracowników, oznacza to bycie
pomysłowym, próbowanie odciskania na projekcie własnego piętna i zarazem
unikanie sztywnego podejścia, schematycznego myślenia.
Małgorzata Wróblewska z Euro RSCG Warsaw uważa, że kreatywną jest osoba
z otwartym umysłem, interesująca się życiem, światem, ludźmi i uważnie
obserwująca, co dzieje się wokół niej.
Kreatywność to kryterium stawiane osobom aplikującym do działów kreacji.
Graficy muszą być przede wszystkim doskonałymi praktykami i znać
wszelkie programy graficzne. Art directorzy wybierani są zazwyczaj
spośród absolwentów akademii sztuk pięknych, w produkcji pracują
absolwenci szkół filmowych: reżyserzy, operatorzy, kierownicy produkcji.
W działach planowania strategicznego odnajdują się psychologowie,
marketingowcy, podobnie jak w działach obsługi klienta.
- Obecnie przed kandydatami do pracy w reklamie stawia się wiele wymagań
- przyznaje Małgorzata Wróblewska z Euro RSCG. - Dobrze, jeśli osoby już
coś wiedzą o reklamie, np. znają podstawowe pojęcia. Pomocne mogą być
też studia kierunkowe, choć absolwenci innych specjalizacji nie mają
zamkniętych drzwi. Generalnie można zaś powiedzieć, że chodzi o osoby z
otwartymi głowami, pomysłami, chętne do intensywnej pracy i gotowe na
wiele wyzwań.
Internet weźmie wszystko?
Branża reklamowa w Polsce to wielki biznes. W ubiegłym roku szacowano
rynek na 6,6 mld zł. W tym i przyszłym roku ma być to jeszcze więcej.
Choć analitycy mówią już o stopniowym ograniczeniu dynamiki wzrostu i
coraz mniejszych kwotach, które trafiać będą do prasy i radia. Z roku na
rok zyskuje i będzie zyskiwać na znaczeniu reklama internetowa i tam
kierowane są i w przyszłości będą coraz większe budżety. Wielu
pracujących w branży postrzega internet jako przyszłość reklamy.
- W ostatnim czasie internetowa reklama rozwija się niezwykle
intensywnie i tkwi w niej ogromny potencjał, bo w Polsce nie rozwinęła
się jeszcze na takim poziomie jak na Zachodzie - uważa Małgorzata
Wróblewska. - Na znaczeniu zyskiwać także będą niekonwencjonalne metody
docierania do klientów, bo telewizja nie ma już większych czasów
antenowych na emisję reklam, choć zapotrzebowanie nadal rośnie. Trzeba
więc będzie szukać nowych kanałów i tym samym stale się rozwijać.
Według specjalistów i przedstawicieli branży, internet kiedyś przejmie
prymat w reklamie, choć na razie telewizja trzyma się dość dobrze i nie
wiadomo kiedy odda palmę pierwszeństwa. Podobnie uważa Adam Ostrowski z
faktorii kreatywności anda.
-
Rynek reklamy w internecie notuje największe przyrosty, jednak to
wciąż tylko ułamek całkowitej wielkości - uważa. - Dopóki telewizja
pozostaje medium masowym i jest traktowana jako "skuteczne" narzędzie w
docieraniu do klienta i przenoszenia treści, będzie medium wiodącym.
Michał Bogurat
(miesięcznik Własny Biznes FRANCHISING)
Zakładamy małą agencję reklamową
Koszty inwestycji
sprzęt komputerowy: 5 tys. zł
zakup programów graficznych:
8 tys. zł
Razem: 13 tys. zł
Koszty miesięczne
wynajęcie biura: 1,5 tys. zł
paliwo, rachunki telefoniczne:
2,5 tys. zł
zatrudnienie pracownika: 3 tys. zł
Razem: 7 tys. zł
Spodziewane przychody
przygotowanie 10 reklam prasowych: ok. 15 tys. zł
zaprojektowanie 1 strony internetowej: 1 tys. zł
zorganizowanie 1 sesji zdjęciowej: 700 zł
Razem: 16,7 tys. zł
Spodziewane dochody
16,7 tys. zł minus 7 tys. zł
Dochód przed opodatkowaniem
9,7 tys. zł
Nie ponosimy odpowiedzialności za przedstawioną symulację - sugerujemy wykonanie własnego biznesplanu dla konkretnych warunków biznesowych.
|