Jednobiegunowa chwila
06:00
18.11.2008
Kongresmani bardziej obawiają się rozwścieczonego elektoratu, broniącego się przed "cedowaniem własnych podatków na bogatych", niż konsekwencji swego braku zdecydowania. Niektórzy, szczególnie republikanie, sięgają też po argumentację ideologiczną, mówiąc o "końcu liberalizmu", a nawet "powrocie do komunizmu" w tym sensie, że państwo zbyt mocno chciałoby ingerować, co z punktu widzenia amerykańskiej wolnorynkowej ortodoksji trąci wręcz herezją.
Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to chwila dziejowa, poważny zakręt. Ponieważ gospodarcze kłopoty przeżywa najtęższa gospodarka na globie, na dodatek ściśle powiązana z zewnętrznym światem, stanowiącym dzisiaj naczynia połączone, nie ma wątpliwości, że przysłowiowa czkawka będzie się odbijać w różnych miejscach i w różnych okolicznościach. Rację mają ci komentatorzy i analitycy, którzy prognozują "kilka trudnych miesięcy", a nawet lat. Zapytajmy więc prosto i ostro: czy to "koniec Ameryki"? Na tak postawione pytanie można odpowiedzieć słowami tamtejszego pisarza, Marka Twaina: "wiadomości o zgonie są przedwczesne". Nie są natomiast przedwczesne przestrogi, jak też wewnątrzamerykańskie obawy, mówiące o "zmierzchu porządku jednobiegunowego". Czyżby koniec Pax Americana?
Pamiętamy wszyscy, szczególnie tu w naszym regionie świata, tę euforię jaka towarzyszyła w USA naszej "Solidarności", potem rozmontowaniu "żelaznej kurtyny", upadkowi muru berlińskiego i wreszcie rozpadowi ZSRR. Skończył się porządek i ład zimnowojenny oraz układ dwubiegunowy: Stany Zjednoczone zostały "jedynym supermocarstwem". Przed dwoma dekadami nie miały sobie równych niemal w żadnej dziedzinie: strategicznej, militarnej, politycznej, gospodarczej, technologicznej, jak też - używając poręcznego pojęcia ukutego przez Josepha Nye'a - soft power, a więc oddziaływania w sferze mediów, kultury, nie mówiąc o ideologii. To na tej fali przecież Francis Fukuyama ogłosił "koniec historii" i dowodził, że liberalna demokracja nie tylko zwyciężyła, ale wręcz stałą się porządkiem powszechnie obowiązującym (fakt, że później dość szybko zmodyfikował swoje uproszczone sądy, a jego argumentacja stała się bardziej wyrafinowana).
Z kolei Zbigniew Brzeziński w swej "Wielkiej szachownicy" precyzyjnie wyjaśniał, na czym polega nowy porządek międzynarodowy, oparty o supremację amerykańską i dowodził, czemu Amerykanie nie mają konkurentów. Jakże przenikliwie, pisząc w 1997 roku, wnioskował: "w tych warunkach jeszcze przez jakiś czas - dłużej niż przez pokolenie - żaden pojedynczy rywal prawdopodobnie nie zdoła zagrozić pozycji Ameryki historyczna szansa, przed którą stoją Stany Zjednoczone jako główne mocarstwo światowe, z pewnością nie potrwa długo. Obecny okres względnego pokoju panującego na świecie może być krótkotrwały".
Trudno jeszcze dzisiaj przesądzać, czy historyczna szansa USA została zmarnowana. Z pewnością kilka czynników, takich jak nadmierne zaangażowanie się w kilku punktach globu równocześnie, co - przypomnijmy - historyk Paul Kennedy określił kiedyś mianem groźnego, bo przyczyniającego się do upadku imperiów, "przesytu" (imperial overstreach); życie ponad stan i stałe zadłużanie się, a w konkretnym wymiarze "wojna z terrorem" i awantura w Iraku, nie pomogły Amerykanom. Pomogły zaś innym - Chińczykom, Rosjanom, także Hindusom, by znacznie wzmocnili się.
Pisze o tym ostatnio rewelacyjny analityk Robert Kagan, który jeszcze przed kilku laty przestrzegał o rozchodzeniu się dróg i porządków europejskiego i amerykańskiego (jego głośna teza, że Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus, tzn. pierwsi wyznają logikę siły, a drudzy konsensusu), a teraz mówi wprost, jeszcze na wiele miesięcy przed krachem na Wall Street, w książce o wielce znaczącym tytule: "Powrót historii i koniec marzeń": krótkotrwała, bezprecedensowa i niemal totalna supremacja Ameryki, ta "jednobiegunowa chwila" (unipolar moment) nieuchronnie dobiega końca. Amerykanom wyrośli poważni rywale - i to dokładnie tam, gdzie przewidywał Brzeziński - na euroazjatyckiej szachownicy. Ani Chiny, ani Rosja nie są już dziś takie same, jakie były przed 20-tu laty, są silniejsze. Inne wielkie państwa, takie jak Indie, Indonezja czy Brazylia, też nabierają znaczenia; nie mówiąc o stale, choć z problemami, jednoczącej się i integrującej Europie.
Amerykanie coraz częściej zmuszeni są przyznawać, że nie są sami. Przychodzi im to z trudem, ale odwrotu, wydaje się, już nie ma. Historia wróciła w utarte tory, a świat znowu staje się wielobiegunowy, mimo że gospodarczo jest połączony jak nigdy przedtem. To jest stan na dziś. Co będzie jutro?- Wygląda na to, że znowu będziemy mieli wiele ośrodków siły, a nie jeden.
B. Góralczyk
Źródło:
