Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Studenckie fortuny

06:00 11.12.2008

Niepozorny brunet Maciej Popowicz ma zaledwie 24 lata. Właśnie zabiera się do pisania pracy magisterskiej na Wydziale Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Nie stroni od ludzi, ale do nowych znajomych i mediów podchodzi z dużą nieufnością. Już wielu próbowało go zdyskredytować, a nawet oszukać. Dwa lata temu z trzema kolegami za 3 mln zł sprzedał 20 proc. udziałów w założonym przez siebie portalu Nasza-klasa. A w naszym kraju młodych ludzi sukcesu nikt nie głaszcze po głowie.

Osiągnięcia Popowicza, a także jego poprzedników - założycieli między innymi Gadu-Gadu, Grono.net, o2.pl czy Wirtualnej Polski - wywołały wśród studentów modę na zakładanie biznesów IT pod kątem potencjalnej ich sprzedaży. Kierunki w tej branży coraz częściej wyznaczają bardzo młodzi ludzie. Jednak niewielu zdaje sobie sprawę z pułapek, jakie na nich czyhają. Bez smykałki do interesów, wyczucia tendencji rynkowych, intuicji oraz umiejętności poruszania się w gąszczu przepisów prawnych i księgowych, można łatwo i boleśnie polec.

Doświadczył tego Tomasz Lis, jeden z założycieli - obok Piotra Bronowicza i Wojciecha Sobczuka - serwisu Grono.net gromadzącego znajomych. W 2003 r., kiedy powstawała firma, niespełna 30-letni Lis, odpowiadający za planowanie i stronę biznesową przedsięwzięcia, inwestował w nią z własnej kieszeni. Gdy znalazł się poważniejszy inwestor, usunął się w cień.

Jego udział w spółce miała gwarantować przyjacielska umowa, ale "przyjaciele" nie chcą jej respektować. Dziś jest menedżerem w dużej firmie IT, a swoje żale wylewa w nielicznych wypowiedziach na internetowych forach i blogach, między innymi u Artura Kurasińskiego, znawcy nowych mediów. "Oto moja rada dla wszystkich zaczynających biznes ze znajomymi: piszcie nawet symboliczne umowy, bo później może się okazać, że pieniądze bardzo zmieniają postrzeganie przyjaźni i rzeczywistości, a odkręcanie tego jest kosztowne, pracochłonne i najzwyczajniej nieprzyjemne" - przestrzega Tomasz Lis.

Personalne animozje przeniosły się na funkcjonowanie firmy. Grono.net traci użytkowników i mówi się o gwałtownym spadku jego wartości.

Problemów nie wystrzygła się także Nasza-klasa, choć jej sukces jest niezaprzeczalny. Młodzi przedsiębiorcy (obok Popowicza to 24-letni Łukasz Adziński, Michał Bartoszkiewicz i Paweł Olchawa), zachłyśnięci sukcesem, zaniedbali odpowiednią politykę komunikacyjną. Zataili styczniową sprzedaż 70 proc. akcji spółki litewskiemu funduszowi AS Forticom, wycofanie się z interesu pierwszego inwestora European Founders, który przyniósł założycielom sławę i pieniądze. Media i komentatorzy na forach internetowych nie zostawili na Naszej-klasie suchej nitki, wietrząc spisek i nawołując do bojkotowania popularnego serwisu.

Popowicz na pytania dziennikarzy odpowiada dzisiaj bardzo zdawkowo. Rzadko się uśmiecha. Stał się nieufny, poważny. Przyznaje, że takim jak on często brakuje doświadczenia niezbędnego w budowaniu biznesu.

- Na początku sami robiliśmy większość rzeczy, opierając się na intuicji, bo wcześniej żaden z nas nie kierował firmą - mówi. - Popełnialiśmy wiele błędów, ale też szybko się uczyliśmy.

Marzyło im się 10 tys. użytkowników. Kiedy zarejestrowało się 100 tys. osób, poczuli, że to już nie przelewki. Pracowali po 16 godzin dziennie, a znajomych, którzy po koleżeńsku pomagali rozkręcać interes, trzeba było zastąpić prawdziwymi pracownikami.

Gdy pojawił się inwestor, poczuli od razu ulgę - że w końcu ktoś pomoże im się zmierzyć z sukcesem oraz nawałem pracy - ale i zapach pieniędzy.

- Sprzedanie udziałów było dla nas koniecznością, nie dalibyśmy rady rozwinąć firmy własnymi środkami - opowiada Popowicz. - Poza tym inwestor wniósł ogromny know-how, pokazał, jakie rozwiązania można zastosować na portalu, jak go utrzymać. No i przestaliśmy myśleć w kółko o pieniądzach.

W tej chwili notują ponad 15 mln zarejestrowanych kont. Maciej Popowicz twierdzi, że choć w rękach założycieli portalu jest zaledwie 30 proc. udziałów (większość należy do niego), nie stracili faktycznej kontroli nad spółką. - Z inwestorem musimy się konsultować jedynie w kwestii dużych zobowiązań finansowych - wyjaśnia.

Na mocy umowy z Forticomem Popowicz ma prowadzić serwis przez rok, czyli do stycznia 2009 r., jednak planuje robić to znacznie dłużej. W międzyczasie chce się uczyć biznesu nie tylko empirycznie. Za dwa lata zamierza iść na studia MBA. W końcu osobiście przekonał się, że dla domorosłego przedsiębiorcy prowadzenie własnej firmy może być bolesne. Tego po prostu trzeba się wcześniej nauczyć.

- Nieraz starano się nas oszukać, bo jest wiele osób, które chcą wykorzystać młodych zdolnych - przestrzega tych, którzy chcieliby iść jego śladem. - Trzeba zachować dystans do siebie i nie dać się zwieść słodkim słówkom.

Wielkość kwoty, za którą 70 proc. portalu odsprzedano inwestorowi, jest trzymana w tajemnicy. Lecz w branży mówi się, że to kolejny biznes wirtualny, który założyciele mogliby dłużej rozwijać własnym sumptem, budując jego wartość, a potem uzyskując dużo większe pieniądze. Teraz Naszą-klasę wycenia się na blisko 150 mln złotych.

Podobno ponad 600 mln zł jest warta firma o2.pl, którą w 1999 r. stworzyli trzej studenci SGH - Michał Brański, Krzysztof Sierota (obaj po 31 lat) i Jacek Świderski (30). Nie sprzedali jej, udziałami podzielili się po równo.

- Mamy głębokie przekonanie, że wejście inwestora to ryzyko utraty suwerenności i źródło ewentualnych konfliktów - twierdzi Brański, twórca około 30 serwisów, w tym plotkarskiego Pudelka.

Nabrał już sporego doświadczenia, w końcu niebawem minie 10 lat, odkąd wraz z kolegami zaczął karierę przedsiębiorcy. Obecnie ich firma pieniędzy nie potrzebuje. W tym roku ma zanotować ponad 40 mln zł przychodu przy marży na poziomie prawie 30 procent. Wydawałoby się, że twórcy o2.pl mogliby się zachłysnąć sukcesem, lecz tak się nie stało. 70 proc. zysków inwestują, nie epatują nikogo pieniędzmi, obracają się w stałym gronie znajomych. Michał Brański od lat gra w squasha, pasjonuje się literaturą, pomysłami na rozwój kolejnych serwisów sypie jak z rękawa. Krzysztof Sierota, wysoki i wysportowany, dba nie tylko o tężyznę fizyczną, ale jest też zapalonym programistą komputerowym. Jacek Świderski to z kolei fanatyk kruczków prawnych i cyferek. Doskonale się uzupełniają.

Jaką mają receptę na osiąganie tak dobrych rezultatów? Nie kryją, że pilnują kosztów, ogólnej gospodarności, dbają o dobry portfel projektów, który zawdzięczają interdyscyplinarności założycieli. Łączą przy tym wiedzę o nowych technologiach z marketingiem, prawem, finansami i dobrym rozumieniem mediów. Chcą się rozwijać.

Następnym etapem rozszerzania działalności jest utworzony niedawno fundusz Sail Fund, w ramach którego założyciele o2.pl jako aniołowie biznesu inwestują w nowe projekty internetowe przedsiębiorczych młodych osób.

Do sukcesu przyczyniło się niewątpliwie to, że Brański i jego koledzy od razu przystąpili do budowania firmy jak do biznesu z krwi i kości, który ma przynosić zyski, a nie być tylko zabawą. Wszyscy właśnie rozpoczęli wtedy studia. Jedynie Jacek Świderski miał praktykę w prowadzeniu działalności gospodarczej, a do tego zacięcie prawnicze, wiedział, jak regulować sprawy księgowe i własnościowe. Postanowili, że jeśli ma to być znaczące przedsięwzięcie, także wkład finansowy nie może być mały. Każdy z nich wyłożył powyżej wartości przyzwoitego mieszkania.

- Panuje przekonanie, że przedsiębiorczość internetowa możliwa jest bez kapitału początkowego - mówi Michał Brański. - U nas inwestycje w infrastrukturę pochłonęły połowę kapitału.

Dwa lata pracy i ponad 100 tys. zł, czyli całe oszczędności zainwestowali w swoje przedsięwzięcie bracia Mariusz (23) i Piotr Truszkowscy (25). Nie uważają się za biznesowych żółtodziobów. Technologiami internetowymi zajmowali się przez kilka lat, założyli firmy Team Solutions i Stowarzyszenie TeamRadio. Aż w pewnym momencie uznali, że chcą stworzyć własny portal. Pomysłów mieli naprawdę wiele, wybrali Chomikuj.pl - dysk internetowy, w ramach którego użytkownicy mogą umieszczać wszystkie rodzaje plików i przeglądać zasoby innych.

Szybka sprzedaż projektu nie jest ich celem, choć pieniądze są ważne. - Wolelibyśmy ustrzec się błędów, które popełnia dzisiaj bardzo wielu młodych przedsiębiorców - mówi Mariusz Truszkowski. - Czyli odsprzedawania za relatywnie niewielkie pieniądze większej części biznesu, który sprawnie prowadzony może zyskać na wartości, a także stać się niekwestionowanym liderem nie tylko na rynku krajowym, ale nawet międzynarodowym.

Brański podaje jeszcze jeden argument przeciw pochopnej sprzedaży:
- Inwestorzy wymagają często zapisania w umowach ograniczeń odnośnie do działalności, bo boją się spółek i przedsiębiorców rozpraszających się; dla firm takich jak o2.pl, ekspansywnych, byłyby to niewygodne zapisy.

Michał Wrodarczyk (29) i Jarosław Adamski (31), założyciele Fru.pl, posiadającego w Polsce i Rumunii serwisy, poprzez które można rezerwować bilety lotnicze i hotele, sprzedali 35 proc. swojej spółki. Mieli twardy orzech do zgryzienia. Wrodarczyk, który część dzieciństwa spędził w Wielkiej Brytanii, jest w tym teamie bardziej spontaniczny, a do tego fanatyk squasha i podróży. Jego intuicja w połączeniu z twardo stąpającym po ziemi Adamskim zaowocowała decyzją: sprzedajemy, ale nie tracimy kontroli. Fundusz Tar Heel Capital wyłożył za ich pakiet 3,79 mln złotych.

- Te środki pozwoliły naszym projektom na bardzo szybki rozwój i dołączenie do polskiej czołówki w zaledwie kilka miesięcy - broni swojego posunięcia Michał Wrodarczyk. - Pieniądze dały nam komfort i rozmach, mogliśmy rozpocząć promocję serwisów rumuńskiego i polskiego, nadać szybsze tempo udoskonalaniu technologii.

Przyznaje, że wejście inwestora finansowego oznacza konieczność dostosowywania się do jego standardów pracy i drobiazgowego raportowania, ale comiesięczne spotkania są też egzaminem dla strategii firmy. Fundusz patrzy na jej wyniki bez typowych dla właściciela sentymentów. To taki dodatkowy "rachunek sumienia", potrzebny tym, którzy dopiero się rozwijają. - Mamy przy tym wszystkim ten komfort, że cały czas kontrolujemy spółkę, fundusz jest mniejszościowym udziałowcem - dodaje Wrodarczyk.

Ważne jest to choćby dlatego, że plany ma ambitne - zamierza budować podobne do Fru.pl serwisy w kolejnych krajach, myśli o rozwijaniu sieci firm turystycznych nie tylko w Polsce.

O tym, że na biznes trzeba patrzeć globalnie, mówi także Roman Scharf, współzałożyciel (obok Daniela Mattesa) firmy Jajah, oferującej w 122 krajach świata, w tym Polsce, tanie międzystrefowe i międzynarodowe połączenia telefoniczne w systemie VoIP:
- Fajnie jest skopiować portal już gdzieś funkcjonujący, ale ma to ograniczony zasięg. Sensowne przedsięwzięcie nie kończy się na jednym kraju.

Swoją pierwszą firmę Scharf założył 16 lat temu, w wieku 21 lat. Jajah jest jego trzecim projektem i działa niespełna trzy lata. Sukces go nie zmienił. Na spotkania służbowe potrafi przyjść w dżinsach i podkoszulku, co w połączeniu z jego młodzieńczym wyglądem i olbrzymią wiedzą biznesową daje zaskakujący efekt. Chętnie dzieli się doświadczeniami, a opowieści ilustruje szkicami na znalezionych w pobliżu kartkach czy serwetkach.

- Dobry, oryginalny pomysł jest zawsze sprawą najważniejszą, ale gdy się chce działać na dużą skalę, wszystkiego nie da się robić samodzielnie - uważa Scharf. - Pozyskanie dla Jajah inwestorów było bardzo ważne i nie chodziło nam nawet o pieniądze, ponieważ na ich brak nie narzekaliśmy. Deutsche Telekom, Intel Capital oraz Sequoia Capital wniosły infrastrukturę, bez której nie moglibyśmy teraz obsługiwać 10 mln ludzi na świecie.

I zapowiada, że najdalej za pięć lat Jajah prześcignie pod względem wartości fortuny założycieli Google czy MySpace. Nierealne? Czemu nie, przecież w każdym biznesie - nawet studenckim - nie ma rzeczy niemożliwych.

Monika Kruszewska
Jarosław Horodecki

Studencki projekt po amerykańsku

Młodzi Amerykanie już w drugiej połowie lat 70. startowali z przedsięwzięciami, które w przyszłości przyniosły im miliony. Oczywiście, przede wszystkim we właśnie powstającej branży IT.

Sama wizja ciekawego biznesu związanego z branżą nowych technologii nie wystarczy. Dobitnie pokazują to przykłady amerykańskich miliarderów, którzy zaczynali kariery w początkach ery komputerów. Owszem, zarówno Bill Gates, jak i Steve Jobs mieli mnóstwo pomysłów, ale miliardy dolarów zarobili przede wszystkim dzięki sprytowi, bezwzględności, wytrwałości oraz znajomości podstawowych reguł biznesu. W zasadzie przez wszystkie lata swojej działalności to raczej oni ucierali nosa wielkim koncernom, a nie na odwrót.

Zaledwie 20-letni Bill Gates, wraz ze swoim kolegą, o dwa lata starszym Paulem Allenem, w 1975 r. zapewnili firmę MITS, że mają gotowy język programowania dla ich komputera. Tyle że stworzyli go - i to w rekordowym czasie - dopiero po podpisaniu umowy. Podobnie Gates postąpił kilka lat później z IBM-em, dostarczając koncernowi system operacyjny, który wcześniej kupił od Tima Patersona. Warto dodać, że IBM chciał kupić pełną licencję, Gates wolał jednak zachować w swoim Microsofcie prawa autorskie do systemu, otrzymując nawet mniejsze pieniądze za udzielenie licencji. Było to mistrzowskie posunięcie, które dało firmie Gatesa pierwsze miliony dolarów. Paterson z kolei, autor najbardziej znanego systemu operacyjnego lat 80., jest znakomitym przykładem zdolnego programisty, który mógł zrobić karierę nie gorszą niż Bill Gates, lecz zabrakło mu żyłki do interesów.

Zawsze miał za to do tego smykałkę Steve Jobs. Znał się wprawdzie na komputerach, ale nie tak dobrze jak Steve Wozniak, który skonstruował pierwszego Apple'a. Jobs, w 1976 r. zaledwie 22-letni, miał za to świetne wyczucie rynku, nie bał się też wdrażania nowatorskich pomysłów. Właśnie dlatego w latach 80. zdecydował o stworzeniu pierwszych komputerów Mac, a obecnie robi furorę z iPodami i z iPhonami. Jobs zawsze wolał jedynie nadawać kierunek swojej firmie. Do zarządzania biznesem wynajął fachowców: zatrudnił m.in. Johna Sculleya, wcześniej CEO PepsiCo. Do pracy zachęcił go słynnym pytaniem: "Czy chcesz do końca życia sprzedawać słodzoną wodę, czy też może wolisz mieć szansę, by zmieniać świat?". Warto zwrócić uwagę na jedno: Jobs nie zamierzał sprzedawać swoich udziałów w Apple. Nie chciał pozwolić, by fundusze inwestycyjne miały wpływ na to, co zamierza robić. Podobnie postąpił i Bill Gates.

O tym, że nie warto za szybko zbywać zbyt wielu udziałów w swoich przedsięwzięciach świadczy przykład jednego z bardziej znanych serwisów społecznościowych Facebook, założonego w 2004 r. przez 20-letniego wówczas Marka Elliota Zuckerberga. Jedynie raz, w czerwcu 2004 r., Facebook Inc. otrzymał pokaźny zastrzyk gotówki - 500 mln dol. od Petera Thiela, założyciela PayPala, który dziś zajmuje się zarządzaniem funduszami hedgingowymi. Kolejne inwestycje to już sprawy groszowe, zważywszy, że wartość firmy szacuje się na blisko 15 mld dolarów. W następnych latach różni inwestorzy wpłacali sumy rzędu 15 - 60 mln dolarów. Wyjątkiem był zakup 1,6 proc. udziałów w Facebook Inc. przez Microsoft za 246 mln dolarów. Na większe inwestycje nie ma jednak szans. Zuckerberg w 2007 r. jasno dał do zrozumienia, że ani nie szuka dużego inwestora, ani również nie zamierza wchodzić na giełdę. Woli pozostać dalej niezależny.

Na pełną samodzielność od samego początku nie mogli liczyć Larry Page oraz Sergey Brin - programiści, którzy w 1998 r. założyli Google. Otrzymali 100 tys. dol. od Andiego Bechtolsheima, współzałożyciela Sun Microsystems, choć ich firma wówczas jeszcze nawet nie istniała... Zaledwie pół roku później uzyskali znacznie większy zastrzyk gotówki od dwóch dużych, rywalizujących ze sobą funduszy: Kleiner Perking Caufield & Byers i Sequoia Capital, które za 20 proc. udziałów w Google zapłaciły 25 mln dolarów. Konieczne okazały się jednak kompromisy. Jednym z nich było zatrudnienie w 2001 r. Erica E. Schmidta na stanowisku CEO. Zażądali tego udziałowcy zarządzający funduszami: John Doerr i Michael Moritz. Inna rzecz, że na tej akurat decyzji Page i Brin źle nie wyszli - mogli spokojnie zająć się realizacją swoich pomysłów.

W 2004 r. szefowie Google zdecydowali o wejściu na NASDAQ. Okazało się wówczas, że firma warta jest 23 mld dol., a Larry Page i Sergey Brin są młodymi multimiliarderami. Kontroli nad swoim Google nie utracili zresztą aż do dziś.

Źródło: manager magazin
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy