Jesienią ubiegłego roku - w kulminacyjnym momencie kryzysu finansowego wywołanego nieudanymi inwestycjami na rynku kredytów hipotecznych - pojawiły się informacje o ratowaniu zagrożonych banków przez egzotyczne fundusze o dziwnych nazwach. Singapurski Temasek Holdings objął 9,4 proc. akcji Merrill Lynch, jednego z najbardziej znanych na świecie banków inwestycyjnych, przed którego siedzibą na Wall Street stoi słynna rzeźba byka. Zainwestowały również w niego Kuwait Investment Authority i Korea Investment Corporation.
Z kolei Abu Dhabi Investment Authority wpompowała 7,5 mld dol. w Citigroup, kupując nową emisję akcji. To nie wszystko. Pakiet walorów Morgan Stanley został objęty przez China Investment Corporation, a Government of Singapore Investment Corporation nabyła papiery szwajcarskiego banku UBS i Citigroup. Łącznie fundusze wydały blisko 16 mld dolarów.
Ratowanie wielkich amerykańskich banków przez instytucje z Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz Azji uświadomiło finansistom z krajów rozwiniętych, że na rynkach pojawił się nowy wielki gracz. Narodowe fundusze majątkowe, bardziej znane pod angielską nazwą Sovereign Wealth Funds (SWF), są po funduszach emerytalnych, wzajemnego inwestowania i firmach ubezpieczeniowych największym inwestorem instytucjonalnym na rynkach światowych. Posiadają aktywa o wartości 2 - 3 bln dol., a według prognoz Merrill Lynch w ciągu najbliższych trzech lat wzrośnie ona do 8 - 10 bln dolarów. Są instytucjami państwowymi, lecz działają jak fundusze prywatne i zarządzają krajową częścią rezerw walutowych w sposób bardziej agresywny niż banki centralne.
Co spowodowało, że fundusze narodowe, które nagle weszły do gry, od razu zaczęły rozdawać karty? Przede wszystkim - wbrew temu, jak się wielu obserwatorom rynków wydaje - wcale nie stało się to tak szybko. Kierunek wyznaczył Kuwait Investment Office (KIO), który powstał w lutym 1953 roku. Założony został w Londynie, gdyż Kuwejt był wówczas brytyjskim protektoratem. Jednak od początku należał do szejka Abdullaha Al-Salem Al-Sabaha, który w 1961 r. przejął władzę po Brytyjczykach. Chciał, by jego państwo nie było zależne wyłącznie od ropy oraz gazu i dlatego dochody z surowców inwestował poprzez londyński fundusz. Z powodzeniem. W 1976 r. utworzono Rezerwowy Fundusz Przyszłych Pokoleń, na który odkładana jest część dochodów z ropy, z myślą o czasach, kiedy surowca zabraknie.
Trzy lata po kuwejckim SWF-ie powstał Revenue Equalization Reserve Fund w Kiribati (wówczas też brytyjski protektorat), którego źródłem były dochody z eksploatacji fosforytów.
W 1979 r., kiedy terytorium otrzymało niepodległość, złoża były już wyczerpane, ale fundusz pozostał. Obecnie zarządza aktywami wartości 400 mln dolarów. Nie jest to wcale tak mało, zważywszy, że wyspy są zamieszkane przez 100 tys. osób. Dochody wypracowywane przez tę instytucję mają istotny wpływ na finanse państewka położonego na polinezyjskich wysepkach rozrzuconych na Oceanie Spokojnym.
To przykłady godne naśladowania: kraj, który ma zasoby surowcowe, tworzy SWF jako rodzaj skarbonki na gorsze czasy. Gdy ceny naturalnego bogactwa spadają albo złoża się wyczerpują, można żyć z odłożonych oszczędności.
Istnieją jeszcze przynajmniej dwa inne powody, dla których warto tworzyć fundusze narodowe w państwach przeżywających surowcowy boom. Napływ gotówki w okresie, kiedy ceny ropy naftowej i gazu ziemnego są wysokie, przyczynia się bowiem do inflacji. Jeżeli pieniądze te zostaną związane w funduszu i zainwestowane za granicą, groźba niekontrolowanego wzrostu cen zostaje oddalona.
Boom surowcowy może też się stać groźny, ponieważ wszystkie inne sektory gospodarki nie mają wtedy szans rozwoju. To zjawisko tzw. zarazy holenderskiej. Lecz Holandia, która ma bogate złoża gazu, poradziła sobie z tym problemem i kwitnie tu wiele gałęzi przemysłu. Nie można tego natomiast powiedzieć o wielu państwach Bliskiego Wschodu czy Rosji, której gospodarka zawsze oparta była na eksploatacji surowców - niegdyś drewna, dzisiaj ropy naftowej i gazu.
Siłą naftowych potentatów jest pieniądz i ich finansowe ramię - SWF-y, istniejące niemal we wszystkich krajach mających roponośne złoża. W niektórych działa nawet więcej niż jeden. Najpotężniejszy jest Abu Dhabi Investment Authority (ADIA), posiadający aktywa o wartości 875 mld dolarów. To informacja sprzed kilku miesięcy, ale skokowa zwyżka cen ropy spowodowała, że zapewne teraz fundusz dysponuje grubo ponad bilionem dolarów.
W dodatku po akcji ratunkowej wobec Citigroup, ADIA jest najważniejszym akcjonariuszem tego największego na świecie banku. Zaraz za nim jest saudyjski książę Al-Waleed bin Talal.
Wzorcowy SWF utworzyła w 1990 r. Norwegia. Government Pension Fund of Norway ma aktywa wartości około 400 mld dolarów. To znaczy, że na każdego Norwega przypada prawie 100 tys. dol. oszczędności. Dochody funduszu (administrowanego przez zależny od norweskiego banku centralnego Norges Bank Investment Management) pochodzą głównie z ropy naftowej (na co wskazuje pierwotna nazwa tej instytucji - Petroleum Fund of Norway). Jego zadaniem jest gromadzenie publicznych oszczędności z przeznaczeniem na przyszłe emerytury. Inwestuje głównie w obligacje i giełdowe spółki na całym świecie.
Norweski SWF jest przykładem funduszu prowadzącego bardzo czytelną politykę pieniężną oraz jawny audyt. Zarządzający nim menedżerowie opracowali własny kodeks etyczny i spółki, które go naruszają, nie są uwzględniane w planach inwestycyjnych firmy. Z tego powodu pozbył się akcji takich korporacji, jak: Singapore Technologies, General Dynamics, Boe- ing, Lockheed, Finmeccanica, Safran, a przyczyną mogło być złe traktowanie pracowników przez przedsiębiorstwo, angażowanie się w projekty mające związek z technologiami jądrowymi lub łamanie praw człowieka.
Połowa inwestycji tego skandynawskiego SWF przypada na Europę, która jest mało dynamiczna, niemniej prowadzi interesy w sposób bardziej etyczny i przewidywalny niż Azja czy Ameryka. Co jednak nie oznacza, że norweski gracz unika agresywnych przedsięwzięć. Na początku dekady, kiedy rynki kapitałowe w USA i na Starym Kontynencie przeżywały bessę, to właśnie on był przez pewien czas największym nabywcą pakietów akcji giełdowych.
Na drugim biegunie państw zasobnych w złoża jest Wenezuela, gdzie wydobywa się dziennie 2,3 - 2,4 mln baryłek ropy, a kraj jest dziesiątym co do wielkości producentem na świecie w tej branży. Na początku 2002 r. wprowadzono tu nowe przepisy dotyczące pozyskiwania tego surowca. Podwyższono opłaty koncesyjne, a we wszystkich nowych projektach naftowych państwo przejęło co najmniej 51 proc. udziałów.
Jak niemal każde naftowe państwo, ma dodatni bilans handlowy w wymianie z zagranicą, jednak nadwyżka w handlu, mimo rosnących cen ropy, jest z roku na rok coraz mniejsza, zaś deficyt budżetowy ciągle rośnie. A to oznacza jedno: Wenezuela wydaje więcej, niż pozwalają jej na to gigantyczne wpływy z eksploatacji zasobów.
W 1999 r. utworzony został fundusz stabilizacyjny Fondo de Inversión para la Estabilización Macroeconómica (FIEM), tyle że posiada on majątek o wartości zaledwie 800 mln dolarów. W dodatku Sovereign Wealth Fund Institute ocenia bardzo źle jego przejrzystość. Eksperci pesymistycznie zapatrują się na przyszłość tego bogatego w surowce kraju. Wydobycie ropy zmniejsza się, a kiedy jej ceny spadną, Wenezuela przeżyje katastrofę.
Pieniędzy nie przejadają Rosjanie, którzy zakładając w 2004 r. Fundusz Stabilizacyjny, wzorowali się na norweskim SWF-ie. Jest wyodrębnioną częścią rosyjskiego budżetu i ma być źródłem dochodów państwa, gdyby cena baryłki ropy spadła poniżej 27 dolarów. Dziś trudno sobie wyobrazić, by kiedyś do tego doszło. A zatem dopóki Rosja ma wielkie wydobycie ropy, dopóty pieniądze będą płynąć szerokim strumieniem.
W lutym tego roku Fundusz Stabilizacyjny podzielono na Fundusz Rezerwowy oraz Fundusz Dobrobytu Narodowego. Pierwszy dysponuje majątkiem 125 mld dol., drugi - 33 miliardami. Rezerwowy jest czymś w rodzaju poduszki powietrznej dla rosyjskiego bud- żetu. Inwestuje wyłącznie w papiery bardzo bezpieczne, przede wszystkim obligacje z ratingiem AAA i wykorzystany może być w sytuacji załamania się cen ropy naftowej. Z tego względu wielu ekspertów w ogóle nie traktuje go jako typowego Sovereign Wealth Fund. Natomiast Fundusz Dobrobytu Narodowego ma charakter SWF - jego zadaniem jest osiąganie wysokiego zwrotu, a przy okazji zdejmowanie nadmiaru gotówki z rynku rosyjskiego, przyczyniającego się do inflacji.
Potentatami są bez wątpienia instytucje Dalekiego Wschodu. Agresywnym rynkowym graczem może się pochwalić Singapur, bogate pięciomilionowe miasto-państwo na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego. Jego społeczeństwo wyznaje cnoty typowe dla Azji Wschodniej, jak pracowitość, oszczędność, dyscyplina. Dzięki nim kraj ten nie tylko przekształcił się w jedno z najbardziej rozwiniętych miejsc na świecie, ale zaczął gromadzić ogromne rezerwy walutowe i nadwyżkę budżetową.
W 1981 r. Goh Keng Swee, ówczesny prezes Monetary Authority of Singapore (MAS), czyli banku centralnego, przedstawił premierowi Lee Kuan Yew propozycję utworzenia specjalnej instytucji, której zadaniem byłoby zarządzanie częścią tych rezerw i inwestowanie ich na globalnych rynkach. Tak narodził się Government of Singapore Investment (GIC), jeden z największych na świecie państwowych funduszy majątkowych, zarządzający aktywami o wartości 330 mld dolarów.
Jego wielkość wcale nie dziwi. Problemem Singapuru, tak jak kilku innych krajów azjatyckich, jest nadmiar rezerw walutowych. Sam MAS posiada środki przekraczające 176 mld dol., (tylko w ciągu ostatniego roku przybyło mu 30 mld dolarów). To aż nadto do zabezpieczenia stabilności kursu rodzimej waluty. W związku z tym GIC pewną ilość rezerw inwestuje, działając tak jak prywatny fundusz, który zainteresowany jest maksymalizacją zysku. Przetrwał wszystkie kryzysy finansowe: czarny poniedziałek 19 października 1987 r., kryzys azjatycki lat 1997 - 1998, załamanie się japońskiego rynku nieruchomości, pękanie baniek na światowych giełdach. Przez ponad ćwierć wieku jego średni roczny zwrot na aktywach wynosił 9,5 proc., licząc w dolarach amerykańskich i 8,2 proc. w rodzimej walucie. Osiągane zyski zasilają singapurski budżet.
GIC nie był pierwszym narodowym funduszem majątkowym założonym w Singapurze. W 1975 r. powstał Temasek Holdings, którego aktywa szacuje się na 150 mld dol., ale on wcale nie chce być zaliczany do SWF-ów. Przeczy jednak temu skala działalności tej instytucji. Temasek początkowo przejął kapitał państwowych spółek, którym zarządza jak agresywny fundusz inwestycyjny. Osiąga imponujący zwrot na aktywach: 19 proc. rocznie. Jest inwestorem strategicznym największych singapurskich firm: SingTel, DBS Bank, Singapore Airlines, PSA International, SMRT Corporation, Singapore Power and Neptune Orient Lines. Połowa aktywów to udziały w spółkach spoza tego kraju: Telekom Malaysia, indonezyjski PT Bank Danamon, pakistański NIB Bank, AustralianTelco Optus.
Warto podkreślić, że chińskie, singapurskie czy koreańskie narodowe fundusze majątkowe powstały nie z dochodów surowcowych, lecz z oszczędności. Po kryzysie azjatyckim z lat 1997 -1998 państwa te przekonały się, że z rozmysłem trzeba wydawać pieniądze. Zachowanie równowagi budżetu i rachunku bieżącego jest od tego czasu dla rządów Dalekiego Wschodu najważniejsze. Można by rzec, że w tej sprawie przesadzają. Zagraniczne rezerwy banków centralnych krajów zaliczanych do rynków wschodzących wynoszą około 3 bln dol. i są o 60 proc. wyższe od poziomu wymaganego przez najbardziej rozważne instytucje finansowe.
Wielka Brytania, która w XIX wieku była największym dostawcą kapitału dla reszty świata, ma dziś rezerwy wynoszące 60 mld dol., miasto-państwo Hongkong - 160 mld dol., czyli więcej niż zasoby czwartej gospodarki świata, Niemiec ze 144 mld dolarów.
SWF-y powstały po to, żeby wchłonąć, a także pomnożyć nadwyżki, jakie istnieją w krajach rozwijających się, ale ich wielkość i tempo rozwoju niepokoją finansistów oraz polityków. Czy to, że arabskie i chińskie fundusze majątkowe stają się znaczącymi akcjonariuszami wielkich banków inwestycyjnych, które z kolei kontrolują sporą część globalnej gospodarki, może nie mieć znaczenia politycznego?
Sir John Gieve, wiceprezes Banku Anglii, zaniepokojonych tą możliwością uspokajał finansistów w wystąpieniu na konferencji poświęconej zarządzaniu SWF-ami, która odbyła się w marcu w Londynie. Podkreślił, że narodowe fundusze, choć szybko się rozwijają, wciąż są graczami mniejszymi niż instytucje działające na zasadach czysto komercyjnych. Mają wprawdzie większe aktywa niż hedge funds, ale zwykle nie posługują się lewarami (agresywnym kredytem), więc ich wpływ na rynki finansowe jest mniejszy. Na razie raczej stabilizują rynek, kiedy dochodzi do kryzysu bankowego, i łagodzą spadki na giełdach. Inwestują długoterminowo, rozważniej niż fundusze hedge, nie wycofują się przy pierwszych sygnałach bessy. Nie promują nowych ryzykownych instrumentów, takich jak obligacje strukturyzowane, które przyczyniły się do bankowych kłopotów. Anglik najwyraźniej nie boi się politycznych implikacji inwestycji dokonywanych przez SWF-y, przekonany też, że jego kraj był i pozostanie bezpieczny.
Zobacz także:
- Fundusze inwestycyjne powiększają straty
- Poznaj najlepsze i najgorsze fundusze
- W listopadzie aktywa TFI zmalały do 70,9 mld
Czy to samo powiemy o Polsce? Nasz region także jest na celowniku finansowych potentatów ze Wschodu.
Rosja, która w ostatnich latach zakumulowała ogromne nadwyżki na rachunku bieżącym bilansu płatniczego oraz budżetowe (wszystko rzecz jasna dzięki sprzedaży ropy i gazu), może je zacząć ofensywnie lokować gdzie indziej, w tym w Europie Środkowo-Wschodniej, którą wciąż uważa za swoją strefę wpływów. Na razie to groźba potencjalna, ponieważ w ciągu niespełna pół roku istnienia Fundusz Dobrobytu Narodowego nie zwiększył swych aktywów, co świadczy, że w ogóle nie rozpoczął procesu inwestowania.
Wkrótce może się to zmienić i tego obawia się polski rząd. W lutym na posiedzeniu ECOFIN-u minister finansów Jacek Rostowski powiedział wprost: nie obawiamy się inwestorów zagranicznych; boimy się firm z mocnymi wpływami państwowymi, wykorzystującymi swój status nie po to, by osiągać zyski, lecz żeby zbudować silną pozycję polityczną, nawet za cenę strat.
Dlatego więc Polska opowiada się za większym wglądem w inwestycje dokonywane przez SWF-y na Starym Kontynencie. Jest również znamienne, że w przyjętej w marcu konkluzji - wspólnym komunikacie Rady Europejskiej znalazł się zapis: kontroli powinny podlegać fundusze, które będą się zachowywać w sposób "niehandlowy".
Witold Gadomski