Wilk bez zębów
11:00
22.12.2008
System, który ma bronić wydawców przed kradzieżą w Internecie materiałów dziennikarskich, jest w praktyce bezużyteczny.
To system zarządzania zawartością. Każdy właściciel może określić, co można robić z jego własnością - mówi Arkadiusz Dawid, prezes Bonnier Business Polska, wydawcy "Pulsu Biznesu". A Marzena Wojciechowska, radca prawny Izby Wydawców Prasy, wylicza zalety: - Za jego pomocą można zablokować wyszukiwanie przez konkretną wyszukiwarkę, pozwalając równocześnie na wyszukiwanie przez inne. Projekt ten jest bardziej uniwersalny niż dotychczas stosowany program Robot.txt, bo ten blokuje wyszukiwanie w ogóle. A przy jego użyciu można na przykład zablokować wyszukiwanie przez stronę News.google.com, a nie blokować strony Google.com.
Chodzi o ACAP (Automated Content Access Protocol), projekt World Association of Newspapers (WAN) i European Publishers Council (EPC), który ma umożliwić wydawcom prasy i książek kontrolę nad rozpowszechnianiem ich tekstów przez wyszukiwarki internetowe. Organizacje reprezentujące wydawców uznały, że przez publikację nagłówków i linków do artykułów wyszukiwarki same stają się dostawcami wiadomości i sporo na tym zarabiają kosztem wydawców. ACAP może być ulokowany we wszystkich możliwych elementach publikacji: fotografiach, dokumentach, animacjach, a nawet plikach muzycznych. Za jego pośrednictwem system odpowiedzialny za generowanie zawartości strony z materiałów przeznaczonych do publikacji odczytuje i interpretuje dane zawierające prawa autorskie oraz zgodę na przetwarzanie.
- Twórca ACAP-u, firma Rightscom, spotyka się z wydawcami na całym świecie i stara się ustalić, jakie są ich potrzeby, aby stworzyć jak najdoskonalsze narzędzie służące do ochrony praw wydawców - mówi Marzena Wojciechowska z IWP.
Takie spotkanie miało miejsce również w Polsce 22 września 2008 roku w Warszawie, jednak jego efekty są mało wymierne. - Jeszcze nikt nie określił się jednoznacznie na tak - mówi Maciej Hoffman, dyrektor generalny IWP.
Wydawcy, oczywiście, chcą się chronić przed wykorzystywaniem ich produktu w Internecie bez ich zgody. - Ale czy słusznie chcą je chronić przed wyszukiwarkami, które lojalnie odsyłają do stron wydawcy i tym samym generują nam ruch? - zastanawia się przedstawiciel jednego z dużych wydawnictw.
Gdyby nie tradycyjne media, przeglądarki takie jak Google News nie miałyby skąd czerpać informacji, ale wydawcy, mimo że w ten sposób mogą tracić potencjalnych czytelników swoich tytułów, nie są całkowicie przeciwni działalności wyszukiwarek. - Dzięki Google News mamy ogromny ruch na naszych stronach za darmo, nie trzeba nam promocji - mówi wydawca dużego tytułu. I dodaje, że 30-50 proc. ruchu na ich stronach newsowych pochodzi właśnie z wyszukiwarek. - A to, skąd użytkownicy przychodzą na naszą stronę, można sprawdzić na przykład przez usługę Google Analytics lub Gemius Traffic - tłumaczy.
Bezradność w sieci
Wydawcy za najważniejszy problem uważają masowe kopiowanie kontentu prasowego przez portale internetowe. Tutaj nowy program jest bezradny. - Niestety, ACAP nie ma takiej funkcjonalności, aby kontrolować kopiowanie. Ponadto przy skopiowanym lub omówionym artykule najczęściej jako źródło podaje się tytuł papierowej gazety bez linku do strony internetowej tego wydawcy, na której artykuł jest publikowany. Taka sytuacja zmniejsza oglądalność stron i pozbawia wydawcę znacznej części dochodów - mówi Marzena Wojciechowska z IWP. Wydawcy przestają rywalizować między sobą na papierze i konkurują z portalami internetowymi. - Podejmujemy wszelkie działania, by ścigać właśnie ten proceder - mówi Krzysztof Jurowski, zastępca redaktora naczelnego "Gazety Prawnej", odpowiedzialny za jej internetowe wydanie. - ACAP jest technologicznym rozwiązaniem, ale nie uchroni nas przed tym, przed czym naprawdę musimy się bronić. Na kopiowaniu zbudowano siłę portali internetowych. Wiara w to, że ACAP w tym pomoże, jest kompletnie nieuzasadniona - dodaje wydawca tygodnika opinii.
- ACAP nie daje możliwości rzeczywistego blokowania kopiowania tekstów przez portale, tylko ostrzega, że sobie tego nie życzymy - tłumaczy Michał Prysłopski, dyrektor działu Online w Presspublice.
Bo tylko teoretycznie, dzięki nowej technologii, wydawcy sami mogą decydować, której wyszukiwarce zezwolić na linkowanie do swoich artykułów, a której nie. W praktyce bez zaimplementowania w najważniejszych wyszukiwarkach na świecie ACAP jest bezużyteczny, a na to zdecydowało się zaledwie ponad 600 właścicieli internetowych witryn. 70 proc. z nich pochodzi z USA.
Stąd powściągliwość polskich wydawców w ocenie przydatności programu. - Na prezentacji trudno mi było dostrzec zalety, które skłoniłyby nas do natychmiastowego ruchu - mówi Piotr Zmelonek, dyrektor wydawniczy w "Polityce" Spółdzielni Pracy.
- Na razie mamy zbyt mało merytorycznych danych, by w jakikolwiek sposób to ocenić. Obecnie staramy się samodzielnie pilnować swoich tekstów. Być może ten system pomoże, jednak by to stwierdzić, musimy zobaczyć, czy zadziała - dodaje Katarzyna Białek, dyrektor zarządzająca Muratora SA. Artur Karda, kierownik projektu online w dziale rozwoju redakcyjnego Mediów Regionalnych, również podkreśla, że ich wydawnictwo nie ma jeszcze w tej sprawie stanowiska. Agora SA na obecnym etapie w ogóle nie chce się wypowiadać na temat ACAP-u, za to Axel Springer Polska uczestniczy w rozmowach dotyczących projektu.
- Intencja projektu ACAP jest dobra, choć operacyjnie niedoskonała. Zgadzamy się przecież na pojawienie się w sieci niewyczerpującego fragmentu naszego tekstu i linku do niego. Nie zgadzamy się natomiast na kopiowanie albo streszczenie bez linkowania - tłumaczy Arkadiusz Dawid z Bonnier Business Polska.
We własne ręce
Dlatego wydawcy próbują na własną rękę walczyć z nielegalnym kopiowaniem. - Ostatnio zaczęli umieszczać zastrzeżenia bezpośrednio na stronach, na których publikują artykuły. Niestety, nie są to skuteczne metody - mówi Marzena Wojciechowska z IWP. Na początku listopada 2008 roku Presspublica stworzyła jednak zespół do ochrony swoich tekstów w Internecie, który wyłapuje przypadki użycia materiałów z zasobów wydawnictwa w innych serwisach internetowych i sprawdza ich legalność. Osoby z zespołu, sami autorzy tekstów i redaktorzy przeglądają strony internetowe. Kiedy zachodzi potrzeba, zespół informuje właścicieli stron o konieczności uzyskania licencji albo abonamentu na wykorzystanie artykułów. Bo jak mówi Michał Prysłopski z Presspubliki: - ACAP jest jak wpięcie pomarańczowej wstążki "Popieram wolną Ukrainę", ale co dalej? Przecież sama chęć nic nie da. ACAP to wiara, że jak wydawcy ogłoszą, iż nie wolno tak robić, to problem się skończy.
"Polityka" również liczy na spostrzegawczość swoich pracowników, ale nie tworzy w tym celu specjalnego zespołu. - Tam, gdzie widzimy, że ktoś używa naszych tekstów, interweniujemy: piszemy e-maile, pisma, dzwonimy i informujemy o konieczności zaprzestania lub możliwości wykupu tekstu. Głównym celem jest to, by tekst sprzedać, a nie zabraniać korzystania z niego - mówi Piotr Zmelonek z "Polityki".
Czy więc ACAP ma szansę, aby zagościć na polskim rynku? Trudno w tej chwili o tym przesądzać. - Jest to uzależnione od modelu biznesowego stosowanego obecnie przez wydawców. Teraz jest czas reklamy internetowej i wydawcom zależy na jak największej oglądalności stron - od tego uzależnione są dochody w Internecie, więc nie zależy im na blokowaniu wyszukiwania - mówi Marzena Wojciechowska z IWP.
Co do jednej zalety ACAP-u jest przekonany Adam Gocała, dyrektor wydawniczy serwisów internetowych Grupy Wydawniczej Polskapresse: - ACAP wywołuje wilka z lasu. Otwiera dyskusję wśród wydawców dotyczącą ochrony treści, które wydawnictwa produkują i umieszczają na swoich stronach internetowych.
Marzena Śniegucka, KK
Źródło:
