Trujemy nasze wnuki
12:00
30.12.2008
Od 2000 roku jest szefem Instytutu Ziemi Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, czyli placówki specjalizującej się w kwestiach, które określają życie naszej planety. Z tej pozycji Sachs jest również stałym doradcą sekretarza generalnego ONZ ds. realizacji tzw. celów milenijnych, jakie mają być - ponoć - zrealizowane do roku 2012.
Po poprzednim "Końcu biedy" amerykański autor przed kilkoma miesiącami opublikował nowy obszerny tom pt. "Wspólne dobro" (Common Wealth). Zajął się w nim najważniejszymi bolączkami, z jakimi aktualnie boryka się ludzkość: przeludnieniem, ociepleniem klimatu, dziurą ozonową, zanikaniem gatunków w przyrodzie, biedą w niektórych regionach, a rozwarstwieniem na wszystkich kontynentach. Badania Instytutu Ziemi, które popularyzuje Sachs, dotykają spraw newralgicznych.
Przesłanie z nich płynące jest wyraźne: kult wzrostu, kumulacji kapitału, podboju przyrody, z jakim mieliśmy do czynienia co najmniej od epoki Oświecenia dobiega swych granic. Ziemia jako planeta okazuje się już być zbyt mała dla naszej ekspansji. Nie tylko niektóre gatunki zwierząt, ryb, ptaków czy roślin są zagrożone, o czym od czasu do czasu dowiadujemy się z mediów. Po raz pierwszy w dziejach zagrożony staje się też gatunek ludzki, który musi zmienić nawet niektóre podstawowe kierunki swojej aktywności, by się uratować.
Chcąc uporać się z szybko rosnącym zanieczyszczeniem środowiska i nadmierną emisją cieplarnianych gazów J. Sachs proponuje sześć podstawowych kierunków działań. Są to: zakończenie wyrębu lasów; ograniczenie emisji gazów płynącej z produkcji energii elektrycznej; zahamowanie emisji gazów ze środków komunikacji; oczyszczenie procesów produkcji w takich newralgicznych zakładach jak cementownie, stalownie i petrochemie; oszczędność energii i zmiana jej nośników (na energię atomową, wodną, solarną czy płynącą z siły wiatru).
Instytut Ziemi ostrzega, że jeśli natychmiast nie zastosujemy środków zapobiegawczych, to już za dwie, trzy dekady może być za późno: zginiemy pod nawałą odpadków i śmieci, a co ważniejsze, nie poradzimy sobie już ze zmianami klimatu, które - przy obecnym naszym stylu życia - staną się już nieodwracalne. Tzw. krzywa Keelinga jednoznacznie dowodzi, że temperatura na Ziemi rośnie, ostatnio coraz szybciej. Tylko tzw. termalna inercja, po części płynąca stąd, że morza i oceany ogrzewają się wolniej (ale też wolniej będą się ochładzały) powoduje, że ten wzrost nie jest jeszcze szybszy. Podobnie jak w przypadku dwutlenku węgla - to, co gromadzimy dzisiaj, odkłada się na przyszłe pokolenia. Innymi słowy, już dziś trujemy nasze dzieci i wnuków!
Książka J. Sachsa nosi podtytuł: "Ekonomia dla zatłoczonej planety". Jest już nas, mieszkańców planety, dzisiaj 6,6 mld. Już ciasno, a będzie jeszcze ciaśniej. Jak się z tym problemem uporać? Nie tylko ten autor radzi jako antidotum - szybką poprawę życia ludzi w regionach najbiedniejszych, a zarazem podnoszenie ich poziomu wykształcenia. Jak to zrobić? Rozwiązanie jest jedno: bogaci muszą pomagać biednym. Pomagają? Deklaracje już są, ale twarde fakty temu przeczą. Nikt nawet nie zbliża się do wytyczonego celu, jakim jest przeznaczenie 0,7 własnego PKB na cele pomocy rozwojowej (najbliżej są Japończycy, nieźle prezentuje się UE).
To dobrze, że książka J. Sachsa wyszła w USA, bowiem to supermocarstwo jest wstrzemięźliwe tak wobec celów wytyczonych w protokołach z Kioto, jak też w stosunku do pomocy rozwojowej, która w ich wydaniu ostatnio malała, miast rosnąć. Europa (UE), jak ostatnio widzimy i słyszymy, postawiła już sobie jako strategiczny cel walkę o tzw. pakiet energetyczno-klimatyczny. To bardzo dobrze. Choć bolesna to operacja, trzeba przez nią przejść. Jednakże niewielka Europa sama sobie nie poradzi.
Do tego przedsięwzięcia muszą włączyć się najwięksi. Niedawno pozytywne sygnały zaczęli wysyłać Chińczycy. Ba, nawet Rosja zajęła się tym problemem. Nie ma żadnej wątpliwości, że nowa administracja Baracka Obamy też będzie musiała się uważniej pochylić na tzw. problemami globalnymi. Bez współudziału USA, dzisiaj największego, obok Chin, truciciela się nie obejdzie. Do tej walki muszą przystąpić wszystkie państwa OECD. Żarty się skończyły, przestrzega - jakże słusznie - J. Sachs. Rozpoczęliśmy trudną debatę i wspinaczkę na niełatwy, stromy szczyt. Czy nam się uda?
Bogdan Góralczyk
Źródło:
