Branża samochodowa nie traktuje kryzysu poważnie?
10:18
05.03.2009
Fabryki z branży samochodowej mają spore problemy, a jak na razie nie zapowiada się na to, że ktoś wyciągnie do nich pomocną dłoń. Inne kraje oferują pomoc, a u nas kończy się jak zwykle na obietnicach.
Słowo "kryzys" zaczęło pojawiać się coraz częściej w polskich mediach pod koniec ubiegłego roku. Statystyczny Polak ma już pewnie dość ciągłego mówienia o tym, że jest źle, że kolejne zakłady mają problemy, a ludzie tracą pracę. Niestety w przypadku motoryzacji raczej nie prędko zwiększy się liczba optymistycznie nastrajających doniesień prasowych. Problem w tym, że motoryzacja, która jest jednym z największych sektorów przemysłu w Polsce oraz niekwestionowanym liderem eksportu oczekuje, a wręcz potrzebuje pomocy, a ona wciąż nie nadchodzi.
Sektor motoryzacyjny w naszym kraju rozwijał się nadzwyczaj dobrze. Do końca ubiegłego roku tempo tego rozwoju było wysokie. Jednak cały optymizm prysł jak mydlana bańka w ostatnich miesiącach 2008 roku, kiedy pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu. Załamanie na rynkach finansowych bardzo szybko wpłynęło na znaczne pogorszenie kondycji branży motoryzacyjnej. Decyzje zarówno dużych koncernów, jak i mniejszych firm były błyskawiczne. Rozpoczęto masowe cięcie kosztów, czyli ograniczanie produkcji, zwalnianie pracowników i zamykanie fabryk. Niestety traci na tym wiele osób. Bezpośrednio w przemyśle samochodowym zatrudnionych jest około 188 tys. osób. Tymczasem tylko z zakładów produkujących auta zwolniono do tej pory ponad tysiąc pracowników. Poza tym kolejne etaty straciło tysiące ludzi zatrudnionych u dostawców komponentów czy w agencjach pracy tymczasowej, o czym nie zawsze się wspomina. Negatywnym skutkom kryzysu miały zapobiec zapowiadane już w grudniu ubiegłego roku mechanizmy pomocy, przygotowywane przez rząd. Teraz jednak mamy już początek marca, a działań antykryzysowych wciąż nie widać. Czyżby także w tym przypadku skończyło się tylko na obietnicach?
Rządy krajów Europy Zachodniej starają się aktywnie walczyć z załamaniem w sektorze motoryzacyjnym. Wystarczy popatrzeć na naszych zachodnich sąsiadów, którzy wprowadzili dotacje do zakupu nowych, ekologicznych samochodów, w przypadku zezłomowania starego auta. Wpłynęło to na znaczny wzrost zainteresowania kupnem nowych aut, a co za tym idzie, na rozkręcenie produkcji w fabrykach. U nas niestety sprzedaż samochodów wciąż spada. Być może finansowa zachęta do kupna samochodu nie jest idealnym rozwiązaniem, ale stanowi jakąś pomoc dla branży. Także polski przemysł motoryzacyjny oczekuje, że w końcu ktoś się nad nim zlituje i wyciągnie pomocną dłoń. Powinno to nastąpić jak najszybciej, szczególnie biorąc pod uwagę widmo zbliżających się kolejnych zwolnień w polskich fabrykach. Ciężko w tej chwili powiedzieć jaką skalę będzie mieć redukcja etatów. Można jedynie prognozować, że przekroczy ona nawet 10 tys. Na pewno w trudnej sytuacji są pracownicy FSO, które prawdopodobnie zwolni 650 osób. Także niepewny jest los gliwickiego Opla. W obecnej sytuacji wszelkie redukcje są raczej nieuniknione. Fabryki popadają w coraz większe problemy i niestety takie wyjątki jak podwyżka płac w starachowickim MANie (należy pamiętać o tym, że firma pozbyła się już części załogi) nie świadczą jeszcze o przezwyciężeniu kryzysu.
Związkowcy zaczynają coraz odważniej upominać się o pomoc rządu. Apelują o natychmiastowe działania, które pozwolą na utrzymanie miejsc pracy w tej branży i uratowanie zakładów. W ramach sprzeciwu wobec pasywności rządzących, ma dojść do manifestacji. Co do tej pory zrobił rząd? W gruncie rzeczy można powiedzieć, że o kryzysie w naszym kraju tylko się mówi. Ministerstwo Gospodarki wciąż analizuje możliwości, poszukuje rozwiązań i opracowuje mechanizmy pomocy, a efektów w dalszym ciągu nie widać. Niestety takie oczekiwanie na cud może doprowadzić do jeszcze większego załamania w branży, a wtedy będzie już za późno na ratowanie niektórych przedsiębiorstw.
Piotr Czekajło
Źródło:
