Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Porozumienie marcowe

14:20 14.04.2009



- Osiągnęliśmy coś, co w Polsce wydaje się prawie niemożliwe, porozumienie - powiedział na konferencji prasowej tuż po zakończeniu negocjacji Janusz Śniadek, lider "S". - My tylko okresliliśmy 13 obszarów, z którymi wychodzimy do rządu, czeka nas kolejny etap rozmów - tonował entuzjazm kolegi Jan Guz, lider OPZZ. Rozmowy nie były łatwe, na wstępie, jak to ujął nieco złośliwie Bogdan

Grzybowski z OPZZ, trzeba było zresetować pracodawców. - Zacięli się jak komputer i wszystko na "nie". Zacinały się obie strony, i pracodawcy i związkowcy bali się, że jak w tym i w tym ustąpią, ich zaplecze, elektorat, koledzy tego im nie darują. Zdaniem Zygmunta Mierzejewskiego, wiceprzewodniczącego FZZ wynika to z braku zaufania. - Powinno się negocjatorom dawać swoisty glejt negocjacyjny, że masz prawo na różne ustępstwa, na różne kompromisy, do których w końcu dochodziło.

Efektem blisko dwumiesięcznych negocjacji czterech organizacji pracodawców: PKPP Lewiatan, KPP, BCC i ZRzP oraz trzech central związkowych: "S", OPZZ i FZZ reprezentowanych w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, jest pakiet działań antykryzysowych określanych jako "porozumienie marcowe". Składa się nań wspomniane przez związkowca 13 obszarów czyli tematów do negocjacji z rządem z trzech dziedzin: wynagrodzeń i świadczeń socjalnych, rynku pracy i stosunków pracy oraz polityki gospodarczej. - Wiele kwestii, które znalazły się w pakiecie jest wynikiem kompromisu - podkreśla PKPP Lewiatan. Pozostały jednak kontrowersje co do szczegółowych rozwiązań. Mimo istniejących różnic ustalono, aby porozumienie w sprawie przyjęcia rozwiązań na czas kryzysu, bo tak się oficjalnie nazywa pakiet, przekazać stronie rządowej. Teraz ruch jest w rękach rządu, to rząd powinien zaproponować zapisy i konkretne rozwiązania oraz przedstawić możliwości sfinansowania świadczeń. Pakiet przekazano wraz z listem do premiera. A rząd, sądząc z deklaracji ministra Michała Boniego w ekspresowym tempie przygotowuje projekty niezbędnych ustaw i już na początku kwietnia prześle je do Sejmu. - Strona rządowa zapewniała, że jeżeli my - pracownicy i związkowcy dogadamy się, a nie będzie to niekorzystnie oddziaływać na budżet, to nasze propozycje zostaną zrealizowane - przypomina Mierzejewski. Trzymamy premiera za słowo.

Już wcześniej przesłano do rządu porozumienie partnerów społecznych dotyczących koniecznych - ich zdaniem - zmian w gospodarowaniu funduszami strukturalnymi. Tu porozumienie było całkowite i bez żadnych kontrowersji. Związkowcy postulują szybsze wykorzystanie funduszy i ukierunkowanie programów operacyjnych na walkę z kryzysem.

Komu - ile?

Najistotniejsze w istniejącej sytuacji jest to, że obie strony porozumiały się w kwestii rozwiązań chroniących gospodarkę i rynek przed nadciągającą falą zwolnień grupowych. W ostatniej chwili dopisano do pakietu wywołujący wiele sporów i emocji punkt 13: "subsydiowanie zatrudnienia jako alternatywy wobec zwolnień grupowych". Koncepcja jest taka, aby firmy mocno dotknięte przez kryzys, w których zamówienia spadły o co najmniej 30 proc. i które musiałyby grupowo zwalniać pracowników, miały inne wyjście: mogłyby przenieść ich na pół etatu, płacić połowę wynagrodzenia, a z "pośredniaka" otrzymywałyby na każdego z nich po 400 zł, czyli 70 proc. zasiłku dla bezrobotnych. Pracodawcy najpierw chcieli, aby było to 50 proc. czyli 275 zł. W przypadku niżej zarabiających pracownik nie osiągałby nawet najniższego wynagrodzenia, więc związki zaprotestowały.

- I muszę z wielką satysfakcją powiedzieć, że po wymianie wszystkich argumentów, w tym przywołaniu przepisów unijnych oraz wynikających z konwencji 102 MOP dotyczących minimalnych norm zabezpieczenia społecznego, doszliśmy do kompromisu - mówi Grzybowski. Jeśli pracownik zarabiał a poziomie przeciętnej (ok. 3000 zł) uzyskałby ok. 62 proc. swojego dotychczasowego wynagrodzenia. W zależności od sytuacji firmy dopłaty byłyby wypłacane przez sześć do ośmiu miesięcy.

- Kompromis w tej sprawie uważam za wielki sukces, który położymy na stół w rozmowie ze stroną rządową - podkreśla związkowiec. Aby nie było nadużyć, partnerzy wymyślili gęste sito - kilkanaście szczegółowych kryteriów dla potencjalnych beneficjentów pomocy publicznej. Firmy musiałyby udowodnić, że to kryzys postawił je w obliczu bankructwa, np. że na pół roku przed kryzysem (przed 30 czerwca 2008) osiągały dodatni zysk operacyjny, miały zamówienia itp.

- Trzeba będzie określić, w których firmach ta groźba masowych zwolnień wynika rzeczywiście z kryzysu. Nie chcemy, aby do garnka z pomocą dorwali się ci, którzy zawsze stoją po nią w kolejce - wyjaśnia Henryka Bochniarz, szefowa Lewiatana.

Wpływ na utrzymanie miejsc pracy będzie miało także - zdaniem pracodawców - uelastycznienie czasu pracy. Jeśli firma nie ma zamówień, pracownik za tę samą pensję pracuje krócej - cztery czy sześć godzin, jeśli pojawia się pilny kontrakt, pracuje dłużej np. 10 godzin, ale wówczas nie dostaje za nadgodziny. Są również inne propozycje, m.in. wydłużenia z czterech do dwunastu miesięcy okresu rozliczeniowego czasu pracy. Dlaczego związkowcy zgodzili się na te niekorzystne dla pracownika rozwiązania? Uelastycznienie czasu pracy stało się swoistą kartą przetargową w trudnej dyskusji na temat ograniczenia umów terminowych, czyli zawieranych na czas określony. Na takich umowach, które łatwo zawrzeć i łatwo zerwać (wystarczy dwutygodniowe wypowiedzenie bez podania przyczyn i bez odprawy) pracuje w Polsce 3,5 mln osób, w większości młodych. Towarzyszą im liczne patologie godzące w pracownika. Choć np. po dwóch terminowych umowach pracownik powinien zostać zatrudniony na stałe, zwalnia się go i po miesiącu przyjmuje ponownie na taką samą umowę terminową. Niektóre umowy zawierano nawet na kilkanaście lat. W pakiecie zapisano więc "stabilizacja zatrudnienia poprzez ograniczenie stosowania umów na czas określony". - Doszliśmy tu do kompromisu, umowy będą zawierane najdłużej na dwa lata. Unijna dyrektywa nakazuje, by umowy terminowe zwalczać - podkreśla Grzybowski. Związki walczyły z nimi od dawna, bez efektu.

To, co nie wychodziło w czasie koniunktury, udaje się w kryzysie. Związki nie godziły się, a godzą na elastyczny czas pracy, pracodawcy nie chcieli ustąpić, a ustępują w sprawie umów. - Sporo problemów dotychczas nierozwiązywalnych stało się możliwych do rozwiązania - uważa J. Guz. Wymownym przykładem jest punkt 5 pakietu i nieco enigmatyczny zapis: - "wypracowanie w minimalnym wynagrodzeniu mechanizmów osiągnie 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia" (obecnie jest to 50 proc. - 1256 zł). Niejako "przy okazji" pracodawcy chcą, by zlikwidować tzw. ustawę kominową, a związkowcy ustawę o negocjacyjnym systemie kształcenia wynagrodzeń. Mają być wskaźniki tzw. rekomendowane, a nie ustalające przyrost płac w sposób sztywny.

W porozumieniu marcowym tematem nr 1 do rozmów z rządem jest "program kryzysowej pomocy dla społeczeństwa, w szczególności wsparcie dla rodzin najuboższych, poszkodowanych w wyniku kryzysu oraz zwiększenie środków na świadczenia socjalne w związku ze wzrostem liczby osób zwalnianych z pracy". Związkowcom chodzi o zwiększenie w gminach środków na pomoc dla bezrobotnych, a także np. o zniesienie opodatkowania zapomóg udzielanych przez związki, czy bonów towarowych.

Skąd na pakiet?

Partnerzy społeczni starali się znaleźć rozwiązania, których ewentualne skutki finansowe są możliwe do udźwignięcia przez budżet państwa - uważa Lewiatan.

- Mówimy do rządu: to są nasze propozycje, a teraz usiądźmy i policzmy, jaki potencjalnie budżet jest potrzebny na to, aby te nasze pomysły sfinalizować - tłumaczy H. Bochniarz. Jej zdaniem podczas negocjacji bardzo trudno było powiedzieć, jak przy tych różnych planach rządu zostały, czy też zostaną rozdysponowane pieniądze ze składek pracodawców i pracowników wpłacanych na Fundusz Pracy czy Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, ile można by dorzucić do proponowanego w pakiecie utworzenia w firmach funduszu szkoleniowego itp. itd. Nie wchodzi w grę jakiś poważny wzrost deficytu, jeśli jednak racjonalne pomysły z pakietu powodowałyby niewielki jego wzrost, to - według niej - nie należałoby ich odrzucać, bo ważniejsze jest, aby ludzie zostali na rynku pracy.

- Jeżeli traci się pół miliona miejsc pracy, to mniejsze wpływy do budżetu i większe wydatki na pomoc socjalną kosztowałyby państwo ok. 10 mld zł. To już wyliczyliśmy - argumentuje Mierzejewski. A Grzybowski stawia kropkę nad "i". - Tak naprawdę, gdyby Fundusz Pracy nie był ograbiany i traktowany jako środek do łatania dziury budżetowej, to na wypracowane w dwustronnym dialogu instrumenty, byłyby środki, nawet w nadmiarze. Składka 2,45 proc. od podstawy na FP przynosi rocznie ok. 8 mld zł, a na aktywne formy walki z bezrobociem przeznacza się z tego tylko połowę. W zeszłym roku - wylicza związkowiec - minister finansów zabrał z funduszu na świadczenia przedemerytalne, na jakieś staże i praktyki dla służby zdrowia, na szkolenia dla pracowników OHP i inne niezwiązane z rynkiem pracy cele blisko 2,5 mld zł.

Ile będzie kosztował pakiet, ile będzie mogło pójść z FP, FGŚP, czy rządowej rezerwy solidarności społecznej - dowiemy się zapewne wkrótce. Prace nad uszczegółowieniem kosztów trwają. Zagrożeniem dla porozumienia marcowego może być więc ewentualny brak środków.

- Jeżeli pakietowo opracowane porozumienie zostanie przez rząd potraktowane wybiórczo, przy użyciu argumentów, które zresztą mogą być racjonalne, że np. pewne propozycje pociągają zbyt wysokie koszty, więc należy z nich zrezygnować, to taka decyzja może okazać się nie do przyjęcia dla partnerów, zwłaszcza związkowców - uważa prof. Juliusz Gardawski, który uczestniczył w negocjacjach i bada cały proces autonomicznego dialogu. Obok tego "miękkiego" miejsca, są jednak i mocne strony. W ocenie profesora, po raz pierwszy w kilkunastoletniej historii dialogu społecznego w Polsce okazało się, że żadna z organizacji związkowych nie znajduje się - jak to ujął - w dość krępującej lojalności do partii rządzącej. - Wszystkie związki są równie od niej odległe.

A to, jak sądzę, sprawia, że podczas negocjacji mówią jednym głosem. - Nie było między nami żadnych sporów ani kontrowersji, uzbrajamy się nawzajem w argumenty, uzgadniamy wspólne stanowisko, stąd trudniej było pracodawcom z nami rozmawiać - relacjonuje Grzybowski. Ten wspólny, związkowy głos okazał się niezwykle potrzebny, gdyż zdaniem związkowców - pracodawcy stoją po jednej stronie, razem z rządem. - Rząd jest liberalny i tym razem to oni a nie jeden, czy drugi związek rozciągają nad rządem parasol. I tak naprawdę mamy podwójnie silnego partnera, po jednej stronie związki, po drugiej pracodawcy i strona rządowa.

W atmosferze porozumienia ma to jednak także dobre strony. - Jeżeli już dogadaliśmy się w tylu ważnych sprawach z pracodawcami to myślę, że łatwiej będzie teraz dogadać się z rządem.
Rzec można: byle szybko.

Irena Dryll

Źródło: Nowe Życie Gospodarcze
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy