Jest symbolem seksu, gwiazdą filmową i wzorem sukcesu w branży. Teraz seria wzbogaci się o nowe modele – pisze Valentine Low.
Kierowcy od dawna mają romans z Mini i jestem pewien, że będzie on trwał przez kolejne lata – stwierdził niedawno minister gospodarki Zjednoczonego Królestwa lord Mandelson na wieść o tym, że koncern BMW planuje produkcję dwóch nowych modeli w oksfordzkiej fabryce Mini.
Dwa nowe modele Mini, jeden z nich w wersji coupe, będą produkowane w fabryce koncernu BMW w Cowley koło Oxfordu. Na razie nowe Mini znajdują się w fazie koncepcyjnej i minie kilka lat, zanim pierwsze modele zjadą z taśm produkcyjnych. Przygoda Brytyjczyków z ich kultowym samochodem będzie więc trwać przez następne lata.

Lord Mandelson nie wspomniał oczywiście, że tak jak wiele wielkich romansów, ten także miał trudne początki. Kiedy w 1959 roku Mini trafił na rynek, jego sprzedaż była tak marna, że fabryka rozważała wstrzymanie produkcji. Mimo to autko zdołało podbić serca wyspiarzy. Wkrótce ten funkcjonalny pojazd dla klas pracujących stał się symbolem lat 60.
Jeździło nim wiele osobistości od Petera Sellersa i księżniczki Małgorzaty po członków The Beatles (każdy z nich miał swoje cacko zrobione na specjalne zamówienie). Zwycięstwo Mini w rajdzie Monte Carlo w 1964 roku umocniło jego status jako legendy motoryzacji.
Zanim auto pojawiło się w filmie „Włoska robota”, miało już pozycję światowej supergwiazdy. 50 lat później miłość do Mini wciąż kwitnie, chociaż – jak często bywa w długotrwałych związkach – lepiej nie zwracać zbytniej uwagi na najróżniejsze zmiany, jakie nastąpiły w ciągu tych wszystkich lat (nowy właściciel, zmodyfikowana sylwetka). Ale miłość jest ślepa. Nawet Alex Moulton, który pół wieku temu zaprojektował zawieszenie pierwszego modelu i któremu należy wybaczyć chłodną reakcję na pojawienie się BMW Mini, z radością przyjął wiadomość o planach koncernu.
– Jestem zachwycony – stwierdził i dodał, że najnowsze Mini są dobrze pomyślane i wykonane... po niemiecku.Brakuje im jednak innowacji, którymi mógł się poszczycić ich pierwowzór: poprzecznie zamontowanego silnika, napędu na przednie koła czy gumowego zawieszenia.
Wszystko to służyło wygospodarowaniu możliwie największej przestrzeni wewnątrz pojazdu. – Jechałem kiedyś do Brighton Mini z 1959 roku – wspomina Christy Campbell, autor książki „Mini: An Intimate Biography” – Był cudowny... niesamowicie prosty i pomysłowy.
Chociaż pierwsze egzemplarze nie odniosły sukcesu, losy samochodu odmieniły się, kiedy zaczęli do niego wsiadać ludzie pokroju Anthony’ego Armstronga-Jonesa, fotografa i filmowca znanego później jako lord Snowdon. Nie minęło wiele czasu, a każdy chciał mieć takie autko. – Nie kupowały ich wyłącznie gwiazdy popu, ale też konserwatywni ministrowie – przekonuje Campbell.
– Minister transportu Ernest Marples miał specjalny model do wożenia kijów golfowych.
Kiedy zakończono produkcję klasycznego Mini, BMW wprowadziło na jego miejsce nowy samochód. Był większy, bardziej sportowy i nie miał nic wspólnego z oryginałem. – Kupili angielski strój i przerobili go w sposób mało zabawny, ale skuteczny – podsumowuje Campbell.
Brak komentarzy...