Na alkoholu zarabiają nie tylko producenci i sklepy monopolowe. Procentowe trunki można kupić niemal na każdej stacji paliw, w supermarkecie i w osiedlowym sklepie. Alkohol stanowi również źródło dochodu firm turystycznych. Jednak najwięcej na sprzedaży piwa, wina i wódki zarabia państwo.
Polacy lubią się napić, a okazja zawsze się znajdzie. Grill, imieniny wujka Ryśka, chrzciny u sąsiada nie mogą obejść się bez czegoś mocniejszego. O ile lata PRL-u przyzwyczaiły do spotkań towarzyskich z udziałem nieodłącznego pół litra, tak ostatnie dwie dekady przyniosły prawdziwą rewolucję w zakresie dostępu do różnego rodzaju alkoholi. Dzisiaj można wybierać spośród kilkudziesięciu gatunków piwa, wina i wódki. A jeśli któryś okaże się niedostępny, wówczas właściciel sklepu jest w stanie sprowadzić go nawet z najodleglejszego zakątka świata. Oczywiście, nie za darmo.
Według raportu CASE-Doradcy przeciętny Polak w 2010 roku wypije 8,9 litra czystego spirytusu. Najczęściej pijemy piwo (88 proc. sprzedaży), na drugim miejscu plasuje się wódka (7 proc.), na trzecim zaś pozostałe alkohole, takie jak wino, whisky i brandy (5 proc.). Z kolei
badania firmy Nielsen wskazują, że
rynek alkoholi w Polsce w 2008 roku był wart 25 mld zł. W porównaniu do 2007 roku branża zanotowała wzrost sprzedaży o ponad 9 proc. w ujęciu ilościowym i o 16 proc. w ujęciu wartościowym. Oznacza to nie tylko rosnącą sprzedaż alkoholu, lecz także lepszą jakość kupowanych trunków.
Kraina mlekiem i winem płynąca Lampka wina do obiadu to już w niektórych polskich domach norma. Wzorujemy się na Francuzach, którzy dawno temu odkryli pozytywny wpływ wina na trawienie. Ostatnie lata pokazują, że moda na trunki zawierające 8-14 proc. alkoholu przekłada się na liczbę działających w Polsce winnic. Obecnie mamy ich ok. 400 o powierzchni ponad 400 ha. Jak szacuje Polski Instytut Winorośli i Wina, powierzchnia upraw za rok może powiększyć się nawet dwukrotnie. To także zasługa zmian w prawie, które wreszcie umożliwiło sprzedaż polskiego wina. Do tej pory cała
produkcja była wypijana przez właścicieli winnic, członków rodziny i przyjaciół oraz na degustacjach. Polska była jedynym krajem, gdzie nie można było sprzedawać rodzimego wina. A przecież każdy resort finansów jest zainteresowany wpływami z tytułu akcyzy.
Akcyza za wino wynosi 158 zł za jeden hektolitr, czyli na litrowej butelce białego, czerwonego lub różowego wina skarb państwa zarobi 1,58 zł.
Właściciele winnic czekają na jeszcze jedną zmianę w polskim prawodawstwie. Jak na razie winiarze muszą rejestrować działalność gospodarczą, a nie rolniczą. Z tego powodu nie mogą uczestniczyć w programach unijnych, które wspomagają modernizację rolnictwa. Zmuszeni są również do ubezpieczenia się w ZUS-ie, a nie w KRUS-ie, co zwiększa koszty prowadzenia winnicy.
Jak twierdzi Dariusz Radajak, przedstawiciel hurtowni wina Dierre Trade, Polacy coraz więcej wiedzą na temat wina. – Powoli obalany jest stereotyp, że białe wino spożywa się tylko do serów, a czerwone wyłącznie z dziczyzną i wołowiną. Kulturę picia wina w Polsce promują również znane osoby, które poza szerzeniem wiedzy o tym trunku w mediach często same zakładają sklepy z winami z całego świata.
W ten sposób postępuje m.in. Marek Kondrat, który od kilku lat prowadzi w
centrum Warszawy sklep z winami Winarium. Jego zdaniem biznes winny ma jeszcze charakter niszowy i brak mu tradycji. W podobnym tonie wypowiada się Włodzimierz Przybylski, dyrektor franczyzy dobrewina.pl. – Polacy najczęściej kupują wina w supermarketach, ale jeśli chcą liczyć na profesjonalną obsługę, duży wybór gatunków win, to wybiorą zakupy w specjalistycznym sklepie. Do takich punktów trafiają świadomi klienci, którzy często piją wina.
Zwiedzać i degustować Niektórym nie wystarczy już tylko smak dobrego wina. Kosztowanie różnych rodzajów alkoholi w zaciszu domowym to nie to samo co degustacja w miejscu produkcji, czyli na przykład we włoskiej winnicy. Jak się okazuje, turystyka to nie tylko zwiedzanie Florencji, Sieny i Pizy. – Enoturystyka, czyli „Podróże z Winem” są na Zachodzie realizowane od wielu lat, w Polsce również stają się coraz popularniejsze – twierdzi Wojciech Giebuta, przewodnik winiarski z firmy Wine Service. – Taki wyjazd ma charakter szkoleniowo-poznawczy, oprócz pilota w wyjeździe uczestniczy też przewodnik winiarski. W „Podróżach z Winem” biorą udział nie tylko koneserzy, lecz także osoby, które chcą się dowiedzieć, jak i gdzie produkuje się najlepsze trunki.
Koszt wyjazdu zależy od czasu jego trwania i przede wszystkim od odległości. Pięciodniowa wycieczka autobusowa na Węgry kosztuje 1950 zł. Za trwający tyle samo wyjazd do Toskanii z przelotem trzeba zapłacić 5300 zł. Najdroższe są wyjazdy na inne kontynenty. Dwa tygodnie spędzone na degustowaniu wina, zwiedzaniu winnic i lokalnych zabytków w Ameryce Południowej i w Afryce kosztują od 12 tys. zł do 14 tys. zł.
– Wizyty we wszystkich winnicach są szczegółowo planowane, a butelka wina próbowanego przez uczestników wycieczki warta jest czasem nawet 100 euro – opowiada Wojciech Giebuta. – Staramy się, aby organizowane przez Wine Service wyjazdy kończyły się nie tylko na degustacji. Dlatego w programie zawsze znajduje się zwiedzanie np. starówek miast, zabytkowych budynków i spożywanie posiłków charakterystycznych dla danego regionu. Wino może okazać się niezwykle dobrą inwestycją. Wystarczy spojrzeć na ceny uzyskiwane podczas licytacji w jednym z największych na świecie domów aukcyjnych – Sotheby’s. Średnie roczne obroty Sotheby’s sięgają 2 mld dolarów. Obok dzieł sztuki sprzedaje się tam również najlepsze gatunki wina. W 2008 roku obroty z tego tytułu wyniosły 44 mln dolarów.
Za najdroższą butelkę wina uznaje się zakupione w 1985 roku przez Malcolma Forbesa, twórcę miesięcznika „Forbes”, Chateau Lafite rocznik 1787. Wino kosztowało 105 tys. funtów brytyjskich i pochodziło z kolekcji Thomasa Jeffersona, trzeciego prezydenta USA. Jak twierdzi Wojciech Giebuta, takie nabytki kupuje się nie po to, żeby je pić. Są one po prostu dobrą inwestycją, na której za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat będzie można zarobić.
Każdy doświadczony barman wie, że piwo leje się po ściance, żeby piana nie zdominowała zawartości kufla. Oczywiście, sposób nalewania nie decyduje o walorach smakowych piwa. Te zależą od składu złotego napoju i jego receptury. O tym, że lubimy piwo, świadczy średnie roczne spożycie na poziomie 93 litrów na osobę.
Wśród największych graczy na rynku są SAB Miller Kompania Piwowarska (jej marki to m.in.: Tyskie, Lech, Żubr), Grupa Żywiec (m.in.: Żywiec, Heineken, Warka) oraz Carlsberg Polska (m.in.: Carlsberg, Okocim, Karmi). Łączny udział w rynku wymienionych firm wynosi 85 proc. Pozostałe 15 proc. przypada na mniejsze regionalne browary. Trudno w tym przypadku mówić o rywalizacji między dużymi i małymi firmami z branży piwnej.
Przedstawiciele lokalnych browarów twierdzą, że w zasadzie nie starają się konkurować z dużymi browarami, ponieważ z góry skazani są na przegraną. Nikt, kto produkuje 20 tys. hektolitrów piwa rocznie, nie wytrzymałby konkurencji z molochem wytwarzającym kilka milionów hektolitrów. Dlatego lokalne browary starają się dotrzeć do klientów, którzy docenią tradycyjny sposób warzenia piwa przy użyciu niemal zabytkowego sprzętu.
– Na polskim rynku piwa obserwuje się silny trend odchodzenia od małych lokalnych marek na rzecz silniejszych marek regionalnych i narodowych. Grupa Żywiec posiada w swym portfelu zarówo marki narodowe jak Żywiec czy Warka oraz lokalne tj. Specjal, Leżajsk, Brackie. Małe lokalne browary nie stanowią dla nas poważnej konkurencji – mówi Grzegorz Szczepański, dyrektor ds. korporacyjnych Grupy Żywiec.
Dla wzmocnienia pozycji rynkowej
firma postanowiła otworzyć piwiarnie działające pod logo Warki. Zarządzający siecią liczą, że do 2012 roku będzie działało 150 piwiarni na terenie całej Polski.
– Od partnerów biznesowych oczekujemy doświadczenia w branży gastronomicznej oraz zdolności do poniesienia inwestycji początkowej na poziomie 100-700 tys. zł – mówi Michał Kisielewicz, kierownik ds. rozwoju lokali wizerunkowych Grupy Żywiec.
Biznesplan przy wódce Polska jest obecnie czwartym co do wartości rynkiem wódki na świecie po Rosji, Ukrainie i Stanach Zjednoczonych. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Wódki, w 2008 roku co sekunda na całym świecie sprzedawanych było 16 półlitrowych butelek polskiej wódki. Aby w pełni zrozumieć istotę wysokoprocentowego biznesu, warto prześledzić kolejne etapy produkcji trunku, którego od wieków nie braknie na słowiańskich biesiadnych stołach.
Produkcja wódki rozpoczyna się w gorzelni, gdzie surowce skrobiowe, takie jak zboże, ziemniaki czy buraki cukrowe, poddaje się fermentacji.
– Istnieje mylne wyobrażenie, że alkohol, który jest do kupienia w sklepach, produkuje się w gorzelniach – mówi Józef Inorowicz, doradca prezesa zarządu Związku Gorzelni Polskich. – Gorzelnie nie produkują alkoholu przeznaczonego do bezpośredniego spożycia i nigdy nie produkowały. Wytwarzają natomiast spirytus surowy - nieoczyszczony alkohol etylowy, zwany destylatem rolniczym, który jest półproduktem w procesie wytwarzania alkoholi konsumpcyjnych.
Spirytus stanowi surówkę dla dalszych etapów łańcucha przetwórczego – destylacji do mocy 85-90 proc., a następnie rektyfikacji. Oba wspomniane procesy mają miejsce już nie w gorzelni, lecz w zakładzie produkującym alkohol spożywczy. Tam również następuje rozcieńczenie spirytusu do 40 proc. oraz rozlanie wódki do butelek.
Gorzelnia jest jednostką całkowicie oddzieloną od zakładu produkującego alkohol konsumpcyjny. Według klasyfikacji proponowanej przez Związek Gorzelni Polskich wyróżnić możemy gorzelnie rolnicze oraz przemysłowe. Średniej wielkości gorzelnia rolnicza jest w stanie wyprodukować około 2 mln litrów spirytusu rocznie. Moce wytwórcze gorzelni przemysłowych mogą być nawet kilkunastokrotnie większe.
– Gorzelnia rolnicza posiada też związek z gospodarstwem rolnym, o ile zakład wykorzystuje typowe surowce rolne, czyli zboża, ziemniaki, rośliny okopowe – wyjaśnia Józef Inorowicz. – Jeśli gorzelnia przetwarzała produkty przemysłu rolnego, odpady, to wówczas była określana jako przemysłowa. Ze względu na wielkość produkcji oraz zastosowane technologie rozróżnia się gorzelnie rolnicze i przemysłowe. Przyjęto, że gorzelnie rolnicze to takie, których wielkość produkcji nie przekracza pięciu milionów etanolu rocznie.
Gorzelnie produkują zawsze ten sam produkt. Dopiero
odbiorca destylatu rolniczego decyduje o jego przeznaczeniu. Związek Gorzelni Polskich nie posiada danych, jaka część sprzedawanej przez nie surówki przeznaczana jest do produkcji alkoholu spożywczego, a jaka na inne cele.
– To jest uzależnione od indywidualnych decyzji konkretnych przetwórców – tłumaczy Inorowicz. – Gorzelnie nie wiedzą dokładnie, jaka część wytwarzanego przez nie destylatu jest przeznaczana na odwodnienie, a jaka na rektyfikację, bo to zależy od nabywcy spirytusu. Często zdarza się niestety, że dobry żytni spirytus jest przeznaczany na odwodnienie, czyli na dodatek do benzyny.
Fiskusowi skapnie Koszt wyprodukowania litra destylatu rolniczego wynosi ok. 1,80 zł. Wysokiej jakości spirytus zbożowy o mocy 94 proc., z którego produkuje się najlepsze gatunki wódki, sprzedawany jest następnie w cenie ok. 2 zł za litr.
– Prosty rachunek wykazuje, że zarobek gorzelni na półlitrowej butelce wódki sprzedawanej w sklepie za 20 zł wynosi ok. 3 zł – wskazuje Inorowicz. – Ani gorzelnia, ani zakłady wytwarzające wódkę nie zyskują na jej sprzedaży tyle, ile zarabia państwo.
Wydawałoby się, że korzystnym rozwiązaniem byłoby przeniesienie działalności gorzelniczej w struktury zakładu produkcji wódki. Nie ma jednak prawnej możliwości produkowania alkoholu konsumpcyjnego w jednym zakładzie. Surówka musi być produkowana w gorzelni, a przerabiana w przystosowanej do tego jednostce wytwórczej, kontrolowanej przez inny podmiot. Fiskus ma w tym swój interes. Gorzelnie podlegają szczególnemu nadzorowi podatkowemu. Są one wprawdzie zwolnione z podatku akcyzowego, jednak żeby taką formę uprzywilejowania uzyskać, muszą przejść skomplikowaną drogę formalno-administracyjną.
Ustawa o podatku akcyzowym traktuje gorzelnie jako skład podatkowy i określa sposób ich kontrolowania przez urzędy celne. Chcąc przewieźć wyprodukowany spirytus z jednego składu podatkowego do drugiego, czyli z gorzelni do zakładu produkcji wódek, trzeba wnieść określone
zabezpieczenie akcyzowe. Zostało ono wprowadzone na wypadek kradzieży bądź zaginięcia cysterny transportowej. Dla gorzelni wiąże się to jednak z ogromnymi kosztami.
– Za litr przewożonego spirytusu, za który producent otrzymuje 1,75 zł, trzeba przedstawić
zabezpieczenie w wysokości 49,50 zł – mówi
specjalista ZGP. – Cysterna 30 tys. litrów spirytusu wymaga więc zabezpieczenia kontem bankowym bądź majątkiem w wysokości prawie 1,5 mln zł. Często średniej wielkości gorzelnia nie jest tyle warta. Dzięki zabiegom Związku Gorzelni Polskich urzędy celne od pewnego czasu przyjmują w ramach zabezpieczenia weksle składane przez gorzelników.
Kac po gorzelniach Wpływy budżetowe z tytułu akcyzy od wyrobów alkoholowych sięgnęły w 2008 roku w Polsce 5,88 mld zł. Ta kwota byłaby znacznie wyższa, gdyby nie istnienie szacowanej na 1,3 mld zł szarej strefy. Szacuje się, że niemal co dziesiąta złotówka wydawana w Polsce na mocne alkohole trafia do nielegalnych wytwórni. W ubiegłym roku służby celne i graniczne zatrzymały ok. 500 tys. litrów nielegalnego alkoholu.
Dla państwa to strata, a dla legalnych gorzelni dodatkowe zagrożenie. Z jednej strony prowadzą one nieustanną walkę o zdobycie konkurencyjnej pozycji na rynku, a z drugiej próbują odnaleźć się w gąszczu przepisów, których namnożyło się od czasów akcesji do Unii Europejskiej.
Europejskie regulacje nie służą bowiem branży produkcji wódki w Polsce. Zarówno Związek Gorzelni Polskich, jak i Stowarzyszenie Polskiej Wódki kategorycznie sprzeciwiały się projektowi Komisji Europejskiej, który definiował termin „wódka” jako trunek wytwarzany nie tylko ze zboża, ziemniaków i buraków cukrowych, lecz także kukurydzy, bananów oraz innych owoców. Wobec proponowanej dyrektywy sprzeciw wyraziły także organizacje z innych krajów „pasa wódki”, a więc Litwa, Finlandia, Łotwa, Estonia i Szwecja.
– Obecnie toczy się batalia o definicję polskiej wódki, geograficznie chronionego znaku „Polish Vodka” – wskazuje Inorowicz. Zespół działający w Ministerstwie Rolnictwa pracuje nad stanowiskiem w którym określa wódkę jako trunek produkowany wyłącznie z żyta i ziemniaków, jak również w tradycyjnej technologii gorzelni rolniczej. Zdaniem przedstawiciela ZGP nadmierna deregulacja rynku powoduje, że traci on tradycyjne znaczenie w polskiej gospodarce. W konsekwencji może doprowadzić nawet do całkowitego upadku branży.
– W 1997 roku prosperowało ok. 950 polskich gorzelni, w ubiegłym roku było ich już jedynie 250. Obecnie pozostało zaledwie ok. 80 takich zakładów – mówi Inorowicz i wskazuje na przyczyny trudnej sytuacji gorzelnictwa. – Z jednej strony konkurencja zagranicznych gorzelni przemysłowych jest coraz większa, a z drugiej brakuje woli politycznej, aby branżę gorzelniczą wspomóc, chociaż odgrywa ona tradycyjną rolę w polskiej gospodarce. Ale skoro politycy nie potrafią wspomóc sektora stoczniowego, który dla gospodarki ma dużo większe znaczenie, to trudno liczyć na sprawne działanie na rzecz słabego gorzelnictwa, które na dodatek w opinii publicznej pozostaje sektorem rozpijającym naród. A przecież surowy spirytus jest podstawowym surowcem wykorzystywanym w wielu dziedzinach przemysłu.
Błędne koło Na ubolewania środowiska polskich gorzelników jednoznacznie odpowiada dyrektor Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA), Krzysztof Brzózka. Jego zdaniem branża gorzelnicza już dawno przemieściła się ze sfery przemysłów strategicznych do przynoszących straty budżetowi państwa.
– Gorzelnie upadają nie tylko w Polsce, to proces widoczny na całym świecie – zwraca uwagę Brzózka. – Prawdziwy problem polega na tym, że wydatki państw europejskich na walkę z problemami alkoholowymi znacznie przekraczają budżetowe wpływy z akcyzy na alkohol.
Budżet państwa przeznacza 260 mln zł bezpośrednio na leczenie odwykowe. Szacuje się, że ok. 18-12 proc. wydatków na zdrowie ponoszonych przez państwa UE, przeznaczanych jest na pomoc osobom, których zdrowie zostało uszkodzone poprzez spożywanie alkoholu. Przy 48,9 mld zł, jakie do dyspozycji miał NFZ w ubiegłym roku, kwota ta może wynieść nawet ok. 5 mld zł.
– Kolejny element to koszty funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, którego znaczna część aktywności związana jest z zapobieganiem i karaniem łamania prawa przez osoby będące pod wpływem alkoholu – wylicza Krzysztof Brzózka. – Policja zatrzymuje rocznie ponad 170 tys. pijanych kierowców.
PARPA swoją działalnością chce doprowadzić do mentalnej zmiany w świadomości rodaków związanej z piciem alkoholu. Postulaty i wprowadzane w życie ustawy dotyczące wychowania w trzeźwości mają na celu odwiedzenie Polaków od zakorzenionej w zbiorowym pojęciu kultury picia. – Nie tylko polski fiskus w ostatecznym rozrachunku traci na alkoholowym biznesie – mówi Krzysztof Brzózka. – Państwa UE po stronie przychodów z tytułu akcyzy na alkohol notują 25 mld euro, ale wydają na niwelowanie skutków nieodpowiedzialnego używania alkoholu ok. 125 mld! Liczby dają odpowiedź na pytanie, czy warto przeciwdziałać spożywaniu alkoholu przez młodzież bądź osoby, które go nadużywają.
Europejskie agencje do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych są zgodne, że podstawowymi środkami prewencji powinny być: podwyższanie ceny oraz ograniczenie dostępności alkoholu osobom poniżej określonego wieku. Dla wytwórców trunków alkoholowych czasy będą coraz trudniejsze. Nikt współcześnie nie myśli poważnie o wprowadzaniu prohibicji, bo wtedy stracą wszyscy: producenci, pośrednicy, a przede wszystkim państwo.
Grzegorz Morawski, Daniel Wilk (miesięcznik Własny Biznes FRANCHISING)
Zakładamy gorzelnię Koszty inwestycji • zakup wyposażonego budynku z pozwoleniem na produkcję destylatu rolniczego: 800 tys. zł
Koszty miesięczne • koszt wytworzenia 20 tys. litrów destylatu rolniczego miesięcznie: 36 tys. zł
• wynagrodzenia pracowników: 2 x 1,4 tys. zł = 2,8 tys. zł
• media (energia): 1 tys. zł
Razem: 39,8 tys. zł
Spodziewane przychody przed opodatkowaniem Przy założeniu sprzedaży całej produkcji: 20 tys. litrów x 2,2 zł = 44 tys. zł
Spodziewane dochody 44 tys. zł minus 39,8 tys. zł
Dochód przed opodatkowaniem 4,2 tys. zł
Przedstawione zestawienie jest jedynie przykładowe – sugerujemy wykonanie własnego biznesplanu do konkretnych warunków biznesowych.