Coraz więcej kierowców ostrzega Michaela Schumachera przed powrotem. Mówią o ryzyku i wystawianiu się na szwank.
Twierdzą, że chodzi o reputację Niemca, który odchodził w glorii chwały. Coraz częściej pojawiają się jednak opinie, że może to być niebezpieczne także dla zdrowia 41-letniego kierowcy.
– Musiałem zaakceptować śmierć jako element mojej pracy – przyznaje Schumacher, siedmiokrotny mistrz świata Formuły 1, który ma szansę uratować prestiżowy sport przed upadkiem w przyszłym roku.
Śmierć towarzyszył mu na torze wielokrotnie.Przeważnie przejeżdżał koło niej w ułamku sekundy i zostawiał kostuchę na poboczu. Czasem nie potrafił nawet okazać szacunku umierającym.

Tak było w 1994 roku. To wówczas Niemiec zdobył swój pierwszy tytuł mistrzowski w Benettonie. Sezon rozpoczął fantastycznie – wygrywał w Brazylii i Japonii. Wtedy kłopoty z bolidem miał brazylijski kierowca wszech czasów Ayrton Senna. W San Marino na torze Imola Senna wygrał bezpośrednią walkę z Schumacherem w kwalifikacjach.
Już wtedy Schumacher widział śmierć. Panowanie nad bolidem stracił Austriak Roland Ratzenberger. Podczas wyścigu poza konkurencją było dwóch kierowców: Senna i Schumacher. To dzięki tej zaciętej walce miliony ludzi widziały śmierć Brazylijczyka. Na dobrą sprawę widziały ją właśnie oczami Niemca. To on jechał tuż za rywalem, a kamera w jego bolidzie rejestrowała koszmar.
W zakręt Tamburello obaj wpadli z ogromną szybkością. Spod Williamsa prowadzonego przez Sennę buchnęły iskry, kierowca stracił panowanie nad autem, nie działały hamulce, pędził wprost w betonową ścianę. W ostatniej chwili nawet przyspieszył. Chciał przyspieszyć umieranie?
Schumacher wygrał wyścig. Kibice byli wstrząśnięci jego zachowaniem, okazywaniem radości. Schumacher płakał w związku z Senną sześć lat później. Gdy pobił jego rekord zwycięstw w F1...
Michael podkreślał wielokrotnie, że nie myślał o śmierci, siadając za kierownicą.
– Wychodząc z domu, nie zastanawiałem się, czy wrócę, ale czy wygram – twierdzi.
Sam jednak raz myślał, że umiera. Stało się to w 1999 r. na torze Silverstone. Wówczas zawiodły go hamulce i choć w sumie złamał tylko nogę, to do dziś wspomina, że czuł, jak przestaje pracować jego serce. Dziś trudno w to uwierzyć, ale złamana noga to najpoważniejszy uraz, jakiego nabawił się siedmiokrotny mistrz świata w 250 startach w F1. Jego powrót do F1 stał jednak pod znakiem zapytania z powodu wypadku na motorze.
„Schumi” uwielbia adrenalinę. W lutym na torze w Kartaginie stracił kontrolę na 190-konną Hondą CBR 1000 RR Fireblade. Doznał urazu kręgosłupa. Kontuzja wydawała się niegroźna i początkowo Michael nie martwił się swoim szalonym hobby. Jednak w lipcu uchyliły się przed Schumacherem na nowo drzwi do F1.
I znów klamkę nacisnęła śmierć, która zwiedziona opuszczała pokój szpitalny na Węgrzech, w którym leżał Felipe Massa. Brazylijczyk uległ groźnemu wypadkowi po tym, jak w kwalifikacjach na Hunga-roringu śruba z bolidu Rubensa Barrichello wbiła się w jego kask.
Wtedy w głowach bossów Ferrari narodził się pomysł, by znów posadzić za sterami „Schumiego”. Ich marzenia rozwiali lekarze, którzy stwierdzili, że kark zawodnika nie jest jeszcze na to gotowy. Włoski zespół jest związany z Niemcem od 1996 r. Przejście było kontrowersyjnym krokiem. Ferrari nie święciło wówczas wielkich sukcesów. Michael odszedł z Benettona jako dwukrotny mistrz świata.
Ekipa z Maranello przychyliła mu jednak nieba. Nie tylko dobrze płaciła, ale zgodziła się, by ściągnął ze sobą Rossa Brawna, genialnego konstruktora i stratega, który był mózgiem Benettona. W pierwszym sezonie zajęli jednak trzecie miejsce, w drugim byli blisko mistrzostwa, ale nie po raz pierwszy Schumacher sięgnął po brudne zagrania.
Już w 1994 r. rozbił Damona Hilla, zapewniając sobie w ten sposób mistrzostwo. W 1997 r. podczas Grand Prix Europy zderzył się z Jacques’em Villeneuve’em, za co został ukarany wyzerowaniem konta punktowego. W 1998 r. „Schumi” był wicemistrzem, a rok później wypadek na Silverstone zamknął mu drogę do tytułu.
Wydawało się, że przejście do Ferrari miało tylko sens finansowy, a jednak razem z Brawnem stworzyli bolid, którego nikt nie był w stanie pokonać przez kolejne pięć lat. Skuteczność Niemca była tak duża, że F1 zrobiła się nudna. Padały nawet opinie, że należy zmienić przepisy i nakazać Schumacherowi występowanie w innym zespole.
Teraz władze w F1 odetchnęły z ulgą, że „Schumi” wraca. Najdroższy sport motorowy świata zmaga się z kłopotami. Z powodów finansowych uciekają sponsorzy. Zmiany przepisów także mogą zmienić atrakcyjność widowiska (zakaz tankowania). Przynajmniej przez rok F1 będzie jednak teraz pożądana przez kibiców.
Autor: Oskar BerezowskiBrak komentarzy...