Po nudnawej procesji w Bahrajnie niedzielny wyścig w Melbourne dał Formule 1 szansę na odkupienie win. Dzięki betonowym murkom, śliskiej nawierzchni i niepewnej pogodzie, które pomagały przełamać aerodynamiczny impas, ujrzeliśmy pierwszą rundę walki o mistrzostwo.
Kierowcy zespołu Red Bull Sebastian Vettel i Mark Webber, ustawieni stylowo w pierwszym rzędzie, byli jedynymi, którzy liczyli na wyścig bez niespodzianek. Wszyscy pozostali oczekiwali, że nieprzewidywalna natura australijskiego wyścigu obróci się na korzyść ich i samego sportu.
Po Bahrajnie toczyła się debata. Niektórzy wzywali do wycofania zakazu tankowania podczas wyścigu, inni chcą szerszych opon, przycisków push-to-pass (zwiększających chwilowo moc, by ułatwiać wyprzedzanie) albo miękkiego ogumienia, które się rozpada oraz sprawia, że kierowca popełnia błędy i musi zjechać do pit stopu. Pojawił się nawet pomysł, by start odbywał się kolejności odwrotnej do miejsc zajętych w poprzednim wyścigu.
Od początku martwiłem się o zakaz tankowania, bo przez większą część kariery, w ciężkim bolidzie ze słabą przyczepnością i zawodzącymi hamulcami, próbowałem uniknąć wypadku.
Nasz sport stał się naprawdę nudny w latach dominacji Michaela Schumachera w Ferrari.

Potrafię jednak zrozumieć, czemu miliony osób oglądające wyścig w Bahrajnie w telewizji były rozczarowane. Musimy odczekać kilka GP, nim potępimy nowe zasady, niemniej wszystko wskazuje na to, że zmiany są potrzebne. Tyle że choć bolidy wyglądają podobnie, to modele z sezonu 2010 – z dłuższym rozstawem osi, większymi zbiornikami paliwa i bez szybkiego wlewu – nie pozwolą na łatwy powrót do specyfikacji z sezonu 2009. Dlatego na razie musimy zapomnieć o powrocie do tankowania podczas wyścigów. Bridgestone nie dostarczy opon, które przedwcześnie i gwałtownie tracą wydajność, więc i ten punkt możemy skreślić z listy.
W 2008 r. powołano zespół roboczy ds. braku wyprzedzeń i postanowiono, że odpowiedzią na ten problem będzie redukcja docisku aerodynamicznego o połowę. Bolid Brawn GP przeskoczył to ograniczenie dzięki niesławnemu podwójnemu dyfuzorowi.
Redukcja docisku i eliminacja aerodynamicznych ozdobników, rosnących na samochodach niczym nowotwory, były krokami słusznymi, ale niewystarczającymi.
To jasne, że najlepsze wyścigi zdarzają się w wilgotnych warunkach, tak więc czemu nie dać bolidom podobnej przyczepności na suchej nawierzchni? Byłoby to w porządku, poza faktem, że seria GP2 i kilka innych stałyby się szybsze, a na mokrym torze bolidy F1 wyglądałyby na zbyt powolne. Zmuszenie zespołów do startu ze słabszymi hamulcami wydłużyłoby strefy hamowania i zwiększyłoby szanse wyprzedzania. Jednak to docisk i opony generują obciążenia dla układu hamulcowego, a wprowadzenie obowiązkowych komponentów hamulcowych o słabej wydajności to całkiem inna sprawa.
W krótkiej perspektywie moglibyśmy wprowadzić dwa pit stopy zamiast jednego, ale to tylko dodałoby akcji w alei serwisowej i stworzyło większe pole do błędów, zamiast dać nam spektakularne wyprzedzanie, na jakie wszyscy oczekują.
Nowe przepisy, które zmuszają 10 najlepszych kierowców do startu na oponach, na których przeszli oni kwalifikacje, to czynnik ograniczający różnorodność strategii wyścigowych. Problem polega na tym, że komputery i sprytni stratedzy zwykli dochodzić do tych samych wniosków.
Inna szybka poprawka polegałaby na ograniczeniu obrotów silnika (do powiedzmy 17 tys.), by potem zezwolić na ograniczony dostęp do zakresu mocy 18 tys. RPM na czas wyprzedzania. Byłoby to tanie i proste.
Zaczynając wyścig z ciężkim pełnym bakiem, kierowcy łatwo popadają w mentalność maratońską, a nie sprinterską. Na GP w Bahrajnie jedno okrążenie wykonywano średnio o 6 s wolniej niż podczas kwalifikacji.
Kierowcy byli nazbyt ostrożni, szczególnie zbliżając się do pierwszego zakrętu. Jestem przekonany, że w ten weekend pokażą więcej agresji, która została przykryta potrzebą oszczędzania paliwa w czasie wyścigu. Nie jest dobrze, gdy kierowca wyścigowy spogląda na kontrolkę paliwa zamiast na obrotomierz.
Trwajcie w wierze, normalna posługa może być i będzie przywrócona już wkrótce.
Autor: Martin Brundle
Brak komentarzy...