Znajdź firmę

-
Nazwa
Miejscowość  
 
  » zaawansowane
  • Szukaj:
szukaj

Najpopularniejsze

-

firma wiarygodna finansowo
Licencja na zaufanie - Certyfikat Firmy Wiarygodnej Finansowo
Jeżeli celujesz w zaufanie kontrahentów, pokaż się z wiarygodnej strony. Zdobądź Certyfikat i dołącz do grona solidnych przedsiębiorców z zasadami.

reklama 

Polecamy

-
Załóż sklep internetowy i zarabiaj Wypełnij e-wniosek EDG-1 Wypełnij e-wniosek VAT-R Gazeta Podatkowa

Masz firmę?
Masz kredyt do 3 mln zł, bez zaświadczeń.
Sprawdź!

reklama

Wiadomości - Czytaj codzienny przegląd prasy

Kiedy duży zje małego

12:00 10.05.2010

Z prezesem Spółdzielni Mleczarskiej Ostrołęka Tadeuszem Nadrowskim rozmawiają: Jan Bazyl Lipszyc i Roman Wieczorkiewicz.

- Jaka jest wiosna 2010 roku dla branży mleczarskiej?

- W ciągu ostatnich miesięcy sytuacja nie zmieniła się na lepsze, a czas płynie. Jest wiosna, a to znaczy, że w ostrołęckim, największym mlecznym zagłębiu w kraju będzie coraz więcej mleka. Naszą specyfiką jest duża sezonowość. A jak przybywa mleka u rolników, to my produkujemy więcej mleka w proszku i masła. A w lecie spożycie tłuszczów jest mniejsze i tworzą się zapasy.

Z mojej kilkudziesięcioletniej praktyki wynika, że mleko w proszku jest dobrym wskaźnikiem koniunktury w branży, od niego zaczynają się wszystkie hossy i bessy. I ja pierwszy czuję, co będzie za miesiąc czy trzy, bo Ostrołęka ma dużą proszkownię, możemy robić po 1000 ton proszku miesięcznie.

- Powiedział Pan, że Ostrołęka jest papierkiem lakmusowym branży, bo jesteście mocno nastawieni na produkcję mleka w proszku...

- ...byliśmy.

- A oparcie się na jednym produkcie, zwłaszcza tanim, niemarkowym, nie jest najlepszą strategią.

- Doskonale o tym wiem i od dziesięciu lat robię wszystko, żeby sytuację mleczarni zmienić. Spożycie mleka w Polsce nie rośnie i 30 proc. produkcji trzeba wyeksportować. Mamy proszkownię, spadek po epoce towarzysza Gierka. Zostaliśmy z nią ożenieni bez możliwości rozwodu. Powinniśmy wybudować drugą serownię, która by przerabiała w sezonie 500 tys. litrów mleka, ale to jest kosztowna inwestycja, na którą nas teraz nie stać.

Nasza strategia jest wymuszona sytuacją, w której jesteśmy. Późno weszliśmy na rynek galanterii, Ostrołęka przespała swój czas i teraz gonimy innych. Postawiliśmy na produkty probiotyczne, takie jak mleko ESL, sery i masło z kwasami omega 3 i 6 oraz na własną markę - Milandia.

Spółdzielczość mleczarska na wielu polach przegrywa z zachodnim kapitałem.

- Nadal jednak w czołówce największych firm mleczarskich w Polsce są Mlekpol, Mlekovita, Piątnica, więc sama forma własności nie przesądza o sukcesie czy porażce.

- To są trzy spółdzielnie na 120. A było 400. Mam pretensje do polityków, że nie było odważnego, który by 20 lat temu powiedział, jaka jest strategia dla polskiego mleczarstwa. Sieci handlowe, z którymi teraz musimy współpracować, w całości należą do obcego kapitału.

- Czy to politycy, a nie mleczarze, powinni byli 20 lat temu określić strategię dla branży? Kto na ten temat wie więcej - minister rolnictwa czy wy? Czy to nie związki i stowarzyszenia branżowe powinny strategię opracować?

- Powinni ją ogłosić politycy na wniosek branży. Ale ona jest podzielona, każdy pilnuje tylko swojego interesu. Moim problemem jest, że Ostrołęka została w spadku po poprzednim systemie z proszkownią, czyli z produktem wrażliwym na wahania koniunktury światowej i kursów walut.

- Średnie firmy, takie jak Ostrołęka, zawsze będą w gorszej sytuacji w konkurencji z wielkimi. Może trzeba przestać działać samemu?

- Rozmawialiśmy z wieloma firmami. Szukamy najlepszego rozwiązania dla Ostrołęki. Nie można mi zarzucić, że tylko siedzę i pilnuję stołka.

- Jaka, poza konsolidacją, może być przyszłość polskiego mleczarstwa?

- Jest kilka powodów, dla których konsolidacja nie będzie przebiegać tak jak powinna. Jednym z niewielu dobrych przykładów było przejęcie przez nas małej mleczarni w Nidzicy w 2005 roku - zrestrukturyzowaliśmy ją, uszanowaliśmy interesy pracowników i rolników. Robimy tam żółte sery.

Ale na ogół przejmuje się nie na przyjaznych warunkach, ale żeby skorzystała tylko firma przejmująca.

- Jest w Polsce kilka dużych firm i one sobie poradzą. Ostrołęka mieści się w licznej grupie średnich. Jaka przyszłość je czeka? Jaką powinny mieć strategię?

- Najpierw trzeba powiedzieć - jaką strategię mają ci duzi. Chcą być jeszcze więksi. Po co mają przejmować zakłady, szarpać się z ludźmi, restrukturyzować? Przejmują skup mleka, dając wyższą cenę. I wypierają z handlu.
Masło było po 16,5 zł, potem po 15,5. W styczniu jeden z gigantów rzucił do sieci masło po 10,50. Taką cenę duży wytrzyma, średni nie. Takie są praktyki i o tym trzeba głośno mówić. To tylko kwestia czasu, gdy jeden drugiego zje.

- Jak długiego?

- Gdyby to były spółki akcyjne, to już dawno mniejsi by poupadali. Spółdzielnia może obniżyć cenę za mleko swoim członkom. Jak długo przetrwa, to jest kwestia wytrzymałości rolników. Ale to nie potrwa dłużej niż kilka lat.

- A czy wy dacie sobie radę?

- To zależy od sytuacji. Ja jestem dobrej myśli, bo mamy nowy zakład, nowe dobre produkty. Jeśli uda nam się w krótkim czasie zwiększyć sprzedaż, to przeżyjemy. Gdybyśmy stawiali na mleko w proszku, poleglibyśmy.

- Na co stawiacie?

- Świat poszedł w kierunku zdrowej żywności. Odżywiamy się niezdrowo, jemy za dużo chemii. My stawiamy na mleko ESL, a nie na UHT, na sery i masło z tłuszczami omega 3 i 6. Nie jesteśmy zainteresowani łamaniem norm, szukaniem tańszych zamienników. Nikt mi nie powie, że jeśli kostka miksu kosztuje złotówkę, to może być dobrej jakości.

- Czy sami mleczarze nie powinni dbać o standardy, o jakość? Czy to nie jest rola związków i organizacji zrzeszających firmy z branży?

- Ich cele są różne, częściowo sprzeczne. I króluje doraźne myślenie - przeżyć jeszcze ten rok, a co będzie dalej, o tym się nie myśli.

- Kilku mleczarniom udało się wylansować własne marki - mleko łaciate Mlekpolu, serek wiejski Piątnicy. Czy macie taką szansę?

- Od kilku lat lansujemy markę Milandia, od niedawna Milani (serki smakowe) i Milander dla żółtych serów. I idzie nam to bardzo dobrze.

- Z jakimi sieciami handlowymi współpracujecie?

- Współpracujemy z blisko 70 proc. sieci działających na rynku polskim. Produkujemy też marki własne, bo to lepsze niż przerabianie mleka na proszek.

- Wiele firm narzeka na warunki współpracy z sieciami.

- Ja też. Nie podobają mi się te wszystkie opłaty, ale nie ma wyjścia, skoro oddaliśmy handel w ręce innych. Jest kilka firm, które mają dobre marki i silną pozycję, jak choćby Piątnica, którą handlowcy proszą o towar, a ja muszę negocjować i patrzeć, czy przyjmą moje wyroby. Mogę się pogniewać na nich, ale wtedy wracam do produkcji proszku.

- Czy uda się ministrowi Sawickiemu te relacje sieci-producenci zmienić?

- Nie. Nie widzę u niego determinacji, to są ruchy pozorne.

- Marki własne - czy to duży procent produkcji Ostrołęki?

- Około jednej trzeciej produkcji, to jest znacząca wielkość. Stawiamy na rozwój naszych marek, ale marki własne to mniejsze zło niż ograniczenie produkcji albo przerób mleka na proszek.

- Będziecie w najbliższym czasie inwestować? Jeśli tak, to w co?

- Mamy już nowoczesne linie produkcyjne, teraz musimy dokupić ich końcówki, czyli maszyny pakujące. Mamy też pomysły na unikalne produkty. To będzie dla nas ważny i trudny rok, zadecyduje w dużej mierze o przyszłości. Inwestycje będziemy częściowo finansować z własnych środków, częściowo z kredytu. Wystąpiliśmy też o unijne dofinansowanie.

- Jak ocenia Pan unijną politykę wobec rolnictwa i przetwórstwa?

- W 2005 roku, chyba jako pierwszy, mówiłem, że potrzebna jest interwencja na rynku mleka w proszku. Doczekaliśmy się jej półtora roku później. A krowie nie można powiedzieć - przestań dawać mleko, bo ja nie mam co zrobić z proszkiem. To jak mam oceniać tę politykę?

- A propozycja zniesienia kwot mlecznych?

- Gdyby ktoś to proponował od 2007 roku, powiedziałbym - natychmiast znosić, bo była hossa na mleko w proszku. Teraz jest zupełnie inna sytuacja. A jaka będzie w 2015 roku? Czy otworzą się jakieś nowe rynki, jaka będzie koniunktura na mleko w proszku? To jest ruletka, nie da się przewidzieć, co będzie.

- Czy możliwe jest, m.in. poprzez fundusze promocji, zwiększenie spożycia mleka w Polsce?

- Każdy chce promować własną markę, a efektów ogólnych kampanii reklamujących np. picie mleka nie widzę. Nie mamy takich marek jak coca-cola, a na własne kampanie promocyjne stać tylko największych.

- Około 30 proc. produkcji mleczarń idzie na eksport. I każdy robi to na własną rękę, choć razem byłoby łatwiej i skuteczniej wchodzić na inne rynki.

- Ostrołęka jest za małą firmą, żeby samemu eksportować, robimy to przez firmy handlowe. Ale to znaczy, że musimy się z nimi dzielić zyskiem. Pewnie, że lepiej było dogadać się w gronie producentów i robić to wspólnie, ale to się nie udaje, choćby ze względu na różne osobiste animozje. Na algierskich przetargach na mleko w proszku liczy się duży partner, który może zaoferować 20-30 czy 50 tys. ton. A jeśli z Polski występuje 5-6 firm, każda z ofertą na 3 tysiące, to jaka jest ich siła negocjacyjna?

- Branża nie jest w stanie w takich sytuacjach dogadać się i stworzyć wspólnego frontu?

- Nie. Duzi uważają, że dadzą sobie sami radę i będę zjadać mniejszych, to tylko kwestia czasu. My mamy nowoczesne zakłady, najnowocześniejsze w Europie, ale rolnictwo bardzo rozdrobnione. U mnie na Kurpiach rolnicy mają po 2-3 krowy, a na Zachodzie po kilkadziesiąt. Oni do tego dochodzili latami. Gonimy ich i to szybko, ale jest tak, że teraz mamy większe moce przerobowe niż mleka do przerobu. Nasze mleczarstwo przeinwestowało i wielu prędzej czy później zjedzą koszty tych inwestycji.

- Co poza mlekiem w proszku, eksportujecie?

- Sery i masło - na Słowację, do Czech, na Węgry i do USA.

- A na Wschód?

- Mam niedobre doświadczenia z solidnością kontrahentów z czasów, gdy pracowałem w branży mięsnej. Są też trudne procedury, certyfikaty, dużo biurokracji. Przegrywamy tam z firmami zachodnimi, które ubezpieczały transakcje i mogły sobie pozwolić na ryzyko.

- Wracamy do tego, o czym mówił Pan na początku rozmowy - braku strategii dla branży. Czy czas na jej stworzenie już minął?

- Tak. Duże firmy, które urosły przez te 15 czy 20 lat nie zgodzą się na realizację jakiejś wspólnej strategii, mają inne cele niż ci, którzy walczą o utrzymanie się na rynku. Mniejsi muszą robić to, co my - wchodzić w nowe wysoko marżowe produkty, szukać swojej niszy, swojej specyfiki.
Źródło: Rynek Spożywczy
Komentarze:

Brak komentarzy...

Napisz swój komentarz


Za treść komentarzy odpowiadają ich autorzy