Za nami kolejna i zarazem ostatnia debata przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi. Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski mieli szansę, aby przekonać do siebie obywateli i pozyskać głosy tej niezdecydowanej jeszcze części społeczeństwa. Czy im się to udało?
Jak w poprzedniej debacie, tak i tym razem kandydaci odpowiadali na pytania z trzech bloków tematycznych: polityka społeczna, gospodarka oraz polityka zagraniczna. Jednak zamiast merytorycznej dyskusji, zafundowano nam kolejne przedstawienie pełne wzajemnych oskarżeń i przypisywania sobie sukcesów.
Debata rozpoczęła się od wyciągnięcia ręki na zgodę przez Bronisława Komorowskiego, na co Jarosław Kaczyński odpowiedział wręczeniem dokumentu, który miał udowodnić, że Polska jest podzielona i tym samym zaprzeczyć słowom Bronisława Komorowskiego z poprzedniej debaty, że mamy jedną silną Polskę. Taki początek debaty nie zapowiadał spokojnej dyskusji.
Kandydat PiS zarzucił obecnemu rządowi nieodpowiedzialność oraz obarczył go winą za brak odpowiedniej pomocy osobom poszkodowanym w powodzi. Natomiast w odpowiedzi na pytanie o zmiany, które miałyby sprawić, że młodzi ludzi pozostaną w Polsce i znajdą tu pracę zabrakło mu konkretów. Bronisław Komorowski także zajął się oskarżeniami pod adresem konkurenta ripostując, że rząd PiS był specjalistą od planów niezrealizowanych. W odniesieniu do rynku pracy dla młodych ludzi zaznaczył, że jeżeli wyrównamy w Polsce poziom życia z krajami zachodnimi, to młodzi ludzie pozostaną w kraju.
Jarosław Kaczyński prawie każdą swoją wypowiedź zaczynał od weryfikowania wypowiedzi kandydata PO z poprzedniej debaty. Zarzucił mu nieustanny blef zamiast mówienia prawdy jednocześnie wskazując na zasługi rządu PiS.
Debata przesiąknięta była ciągłym obrażaniem konkurenta i wzajemnymi pretensjami. Czuć było rosnące napięcie, czasami wręcz wrogość i agresję.
Największą porażką środowej debaty były jednak odpowiedzi na pytania związane z gospodarką. Kandydaci nie odpowiadali na pytania, skupiając się na innych kwestiach, które różnią rząd PiS i PO.
W tym bloku tematycznym kandydat PiS zarzucił, że „przyjazne państwo” to tylko reklama Palikota. Natomiast jego rząd obniżył podatki i deficyt, jednak wszystko powtórnie zniszczył rząd PO. W podsumowaniu wymienił to, co chce zmienić:
Na końcu ponownie dodał, że obecny wzrost gospodarczy to zasługa jego rządu. Wyliczył również błędy Bronisława Komorowskiego.
Z kolei kandydat PO zwrócił uwagę, że należy obniżyć deficyt budżetowy, ale nie kosztem zwiększenia podatków. Proponuje zwiększenie wieku emerytalnego - dłużej pracować mieliby jednak tylko Ci, którzy zgodzą się na to dobrowolnie i będą chcieli mieć wyższe emerytury. Rządowi PiS zarzucił natomiast, że uprawiał i nadal uprawia kłamstwo prywatyzacyjne siejąc w ludziach strach. Zwrócił również uwagę na fakt, że Polska jest w Europie fenomenem i trzeba zrobić wszystko aby obronić wzrost gospodarczy. Wskazał, że rząd PO obronił Polskę przed kryzysem i nadal to będzie robił.
Z każdą minutą debata nabierała ostrości. Wyczuć można było nawet obłudę: kandydaci wielokrotnie proponowali sobie współpracę i chęć zgody, jednocześnie kłócąc się i zarzucając sobie kłamstwa. Jarosław Kaczyński sprawiał wrażenie, jakby jego głównym zadaniem w tej debacie było atakowanie Bronisława Komorowskiego i wytykaniu mu jego błędów. Trzeba mu przyznać, że był do tego dobrze przygotowany. Kandydat PO zajął się z kolei kontratakiem i odpieraniem zarzutów.
Jedno jest pewne, każdy kto liczył na merytoryczną debatę kandydatów na Prezydenta RP nie może czuć się usatysfakcjonowany. Obejrzał za to dwóch kandydatów zapewniających o chęci zgody i porozumienia, którzy chyba nie do końca zdają sobie sprawę co te słowa w rzeczywistości znaczą.
4 lipca 2010 roku Polacy nie będą mieli łatwego zadania. Będą musieli wybrać między jednym kandydatem, który mówi o potrzebie prezydentury współpracy, która będzie ponad partiami, a drugim chcącym jednoczyć naród. W obu jednak przypadkach swoimi czynami nie dają temu przykładu.
Barbara Sielicka
Bankier.pl
Brak komentarzy...