Rekordy świata i sprzedaż trudnym klientom - asertywność pomaga
11:00
06.07.2010
W 1984 roku Steve Cram, światowej klasy biegacz, brał udział w biegu na 1500 metrów. Tego dnia był w nadzwyczajnej formie fizycznej, a jego trenerzy głęboko wierzyli w możliwość osiągnięcia celu wielu lat przygotowań – zdobycie rekordu świata.
Kiedy Cram jako pierwszy z grupy biegnących wyszedł na ostatnią prostą, wydawało się, że nic już nie stanie mu na przeszkodzie do zwycięstwa. Genialna dynamika, płynność ruchów, niewiarygodna prędkość. Sekundy dzieliły go od słów: „Panie i panowie, zdobywcą nowego rekordu świata w biegu na 1500 metrów jest...”. Nagle kątem oka dostrzegł, że zaraz za nim znajduje się jego wielki rywal – Sebastian Coe. W ułamku sekundy, może nawet nie do końca świadomie, przez głowę Crama przebiegła myśl: „Nie powinienem być tutaj, to Coe jest rekordzistą świata”. Zawahał się, na ułamek sekundy stracił płynność biegu, a wraz z tym cenne ułamki sekund. Tego dnia szansa na rekord świata została stracona. Ale już w następnych latach Steve Cram pobił kilka rekordów świata i był pierwszym biegaczem, który przebiegł dystans 1500 metrów poniżej 3 minut 30 sekund.
Przykład Steve’a Crama świetnie pokazuje dwie ważne prawdy o sukcesie i rozwoju osobistym w pracy i w życiu prywatnym.
Prawda pierwsza: podstawowe sprawy to podstawowe sprawy
Bez świetnego przygotowania fizycznego, kondycyjnego oraz bez opracowanej strategii rozgrywania biegów Cram do końca życia rozprowadzałby peleton mistrzom świata, mistrzom olimpijskim, rekordzistom świata. Być może kiedyś wygrałby jakiś bieg organizowany na głębokim zapleczu kadry brytyjskiej, ale nigdy nie spłynąłby na niego splendor światowej imprezy sportowej. Cram do treningów się przykładał, raczej nie narzekał (przynajmniej jego biografie o tym nie wspominają). Asertywne podejście do życia, przejawiające się tutaj jako pokora wobec wyzwania oraz szacunek dla innych biegaczy, pozwoliło mu osiągnąć formę fizyczną odpowiednią dla mistrza świata, zwycięzcy, rekordzisty. Cóż to bowiem za mistrz, który wygrywa przez przypadek, przez błędy lub kontuzje innych? Formalnie jest to mistrz, ale nie ma on charakteru mistrza i nie jest w stanie powtórzyć tego wyczynu w mniej dla siebie sprzyjających warunkach.
Prawda druga: odpowiednie nastawienie do samego siebie oraz do innych to klucz do sukcesu tak jak dobry finisz jest kluczem do zwycięstwa w biegu
Zejdźmy teraz z piedestału „rozwoju” i „nastawienia” i pomówmy konkretnie. Pomówmy o znaczeniach. Znaczenie czyli to jak rozumiesz daną rzecz, sytuację, działanie, osobę, cechę. Znaczenia są najważniejszą rzeczą, która kształtuje twoje życie, ponieważ w ten sposób decydujesz co cię spotyka, czego się uczysz, jakie informacje pozyskujesz z codziennego istnienia.
Twoje znaczenia czyli to co myślisz o sobie, swoich możliwościach, otaczających cię ludziach, stanowią podstawę Twojego działania. Czasami bardzo cię wspierają, czasami podstawiają nogę.
Większość rzeczy, sytuacji, działań, osób i cech trudno jednoznacznie określić czy są one wadami, rzeczami negatywnymi, czy zaletami, rzeczami pozytywnymi. Dużo zależy od sytuacji – i „sytuacja” to też słowo z piedestału. Dużo zależy od tego jakie znaczenie danej rzeczy przypisują osoby biorące udział w danej sytuacji. Gdy ty jesteś jedną z takich osób, możesz samodzielnie zadecydować czy dana rzecz, sytuacja, działanie, osoba, cecha, jest dla ciebie dobra albo zła, skuteczna albo nieskuteczna. Nie musisz sugerować się opiniami innych, możesz mieć własną opinię i na jej podstawie podejmować decyzje.
Gdy Steve Cram biegł jako pierwszy na ostatniej prostej, powinien przestać myśleć o tym jak to wygląda, że on jest szybszy od rekordzisty świata. Powinien przestać się porównywać z Sebastianem Coe, bo w ten sposób pozbawiał się pozytywnego wizerunku siebie (Coe jest mistrzem, ja na to nie zasługuję – typowy przejaw biernego myślenia i zachowania). Powinien raczej pomyśleć „ok, Coe jest świetnym biegaczem, ja też jestem świetnym biegaczem, ta rywalizacja jest wspaniała”. W ten sposób zadbałby o swoje prawo do uznania zasług i jednocześnie zadbałby o prawo swojego przeciwnika do szacunku w rywalizacji.
A przecież równie dobrze mógłby pomyśleć „Mój przeciwnik to cymbał, nie należy mu się, muszę skopać mu tyłek”. Twoje zasługi i twoja szansa na zwycięstwo są w porządku, ale pomniejszasz w ten sposób przeciwnika. To nieskuteczna strategia, ponieważ takie podejście nie kończy się na myśleniu – przejawia się również w wypowiedziach (ton, dobór słów). Do przejawiania się w działaniach zwykle nie dochodzi, bo ludzie się jednak hamują (chociaż przypadek Tonyi Harding i Nancy Kerrigan pokazuje, że niekoniecznie).
No i przy tym myśleniu, celem wcale nie jest odniesienie zwycięstwa – wystarczy, że będziesz o miejsce wyżej niż twój znienawidzony przeciwnik. Możecie być na dwóch ostatnich miejscach, a ty wciąż będziesz czuć zadowolenie. Widzisz niebezpieczeństwo?
Gdy nie odbierasz przeciwnikowi (a szerzej – innym ludziom) jego/ich wartości, świadczy to o twojej klasie jako człowieka. Tylko mali podli zawistnicy czują się lepiej, gdy gnoją innych.
Teraz przykład z bardziej biznesowego podwórka. Historię tę opowiedział mi pewien uczestnik na jednym z prowadzonych przeze mnie szkoleń ze sprzedaży.
Ewa pracowała w firmie od dwóch lat. Miała część bardzo zadowolonych klientów i część, z którymi w żaden sposób nie mogła nawiązać kontaktu – podobno w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Gdy w firmie nastąpiła reorganizacja działu sprzedaży i pojawiła się nowa specjalistka, Magda, zaczęła ona obsługiwać część klientów Ewy. Pewnego dnia Magda dokonała udanej transakcji z jednym z najtrudniejszych klientów Ewy. Ewa była aż sina ze złości. Magda nie zrobiła nic ponad to co robiła Ewa, a jednak zdobyła zlecenie. Jak to się stało?
Otóż Ewa nadała nieskuteczne znaczenie temu klientowi. Po pierwszym kontakcie sprzedażowym z tym trudnym klientem w swoich notatkach wpisała „cham”. Tych kilka liter sprawiało, że gdy tylko miała się z nim skontaktować, jej nastrój gwałtownie się pogarszał. Nic dziwnego, że starała się go jak najszybciej załatwić, najlepiej tak, by więcej nie musieć go oglądać. Magda natomiast, świeżynka w tej firmie, nie miała żadnych przekonań odnośnie klientów. Nie korzystała z notatek koleżanki, tylko po prostu pojechała do klienta, by przeprowadzić z nim udaną transakcję. Gdy wróciła do firmy z podpisanym kontraktem, sporządziła własną notatkę do akt klienta. Napisała: „bardzo miły”.
Asertywne podejście do życia sprawia, że nikomu nie wystawiamy jednej cenzurki na całe życie. Rozumiemy, że każdy może mieć zły dzień, a jego przyczyny nie mają nic wspólnego z nami. Nie wszyscy umieją radzić sobie z emocjami, nie wszyscy potrafią pstryknąć palcami i przełączyć się na nowego klienta z nastawieniem jakie do tej pory między nimi istniało. Możesz na bieżąco uaktualniać cenzurkę klientów, przyjaciół, rodziny. Jesteś wolny, jesteś wolna, od przekonania „raz złodziej, zawsze złodziej”. Możesz samodzielnie podjąć decyzję czy klient to pacan, czy też warto dać mu (i sobie) jeszcze jedną szansę. Oczywiście najpierw wytłumaczywszy emocjonalne napięcie, zadawnione krzywdy i omyłkowo skasowane ważne emaile.
Jeśli masz ochotę zmienić znaczenia jakie nadajesz swojemu życiu, swojej karierze, na bardziej skuteczne, zapraszam cię na wakacyjną przygodę z asertywnością – na moje jubileuszowe, 50-te szkolenie w lipcu lub do lektury mojej książki pt. „Naucz ich jak mają cię traktować!” (Wydawnictwo Onepress, 2010).
/ Bartłomiej Stolarczyk, www.asertywnosc.edu.pl