Kosztowny triumf eco drivingu
Ruszasz z piskiem opon i zawsze musisz być pierwszy przy następnych czerwonych światłach? Lubisz mieć zapas mocy pod pedałem gazu i dlatego wskazówka obrotomierza nie schodzi poniżej 3 tysięcy? Nie brudzisz sobie rąk sprawdzaniem ciśnienia w ogumieniu, bo ufasz, że zrobił to wulkanizator w czasie sezonowej zmiany opon? Jesteś dumny, bo udało ci się urwać kolejny kwadrans na trasie z Warszawy do Wrocławia? Tak jeżdżąc, jesteś antytezą ekokierowcy i zmorą dla odpowiedzialnego fleet managera. Kim jest ekokierowca? To osoba, która szanuje środowisko, oszczędza paliwo i swój pojazd oraz stwarza znacznie mniejsze zagrożenie dla siebie i innych uczestników ruchu drogowego. Ekokierowca to wzorzec wymarzony przez motoryzacyjnych idealistów, promowany od kilku lat przez Komisję Europejską, kształtowany w niektórych krajach już od pierwszych lekcji nauki jazdy. I wciąż spotykany na drogach w śladowych ilościach.
Liczące się na rynku marki samochodowe akcentują ekologiczne walory ich najnowszych modeli. Każdy gram zmniejszonej emisji dwutlenku węgla jest powodem do chwały za sprawą hybrydowych napędów, sześcio- a nawet ośmiobiegowych przekładni, energooszczędnych opon i nadwozi, interaktywnych nawigacji upłynniających jazdę i pomagających w oszczędzaniu paliwa. Popularny od kilku lat w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej eco driving coraz silniej znajduje odbicie w konstrukcjach paliwooszczędnych pojazdów, jednak realne sukcesy ekojazdy zależą głównie od umiejętności i chęci „eko” kierowców. A tych nie da się przeprogramować w serwisie…
Zawodowcy czy zawodnicyJacy są polscy kierowcy, którzy „dla chleba” co dnia przejeżdżają dziesiątki bądź setki kilometrów, by dotrzeć z towarem czy usługą do klientów, albo wożą zarobkowo pasażerów? Czy ich profesjonalizm przejawia się w wyrazistych i pozytywnych zachowaniach na drodze? W szczególności czy starają się jeździć bezpiecznie i w sposób przyjazny dla środowiska?
Przeważa taka opinia: Ufają świętemu Krzysztofowi i swoim jeździeckim talentom.
Z jazdy czynią wyścigi. W samochodach z kratkami i witkami anten CB wyprzedzają pozostałe pojazdy na szosie, popychają zderzakami i otrąbiają „zawalidrogi wlokące się” 130 km/h lewym pasem autostrady, bez wahania wjeżdżają na skrzyżowania na „dojrzałym pomarańczowym”, a nawet na czerwonym świetle. Oczywiście nie wszyscy, zapewne nawet nie większość kierowców zawodowo prowadzących auta osobowe, dostawcze czy ciężarowe igra z prawami fizyki i z prawem o ruchu drogowym, jednak to ci najbardziej agresywni „wypracowują” złą opinię o całym środowisku zawodowców za kierownicą. Czy są sposoby, by z „zawodników rajdowych” uczynić „zawodowców” bez cudzysłowu?
Kierowca optymalny Optimus po łacinie znaczy najlepszy. Najlepszy w danej zbiorowości może być tylko jeden; w firmie zatrudniającej dziesiątki, a nawet setki osób chodzi o to, żeby każdy wykonujący dane czynności robił to co najmniej dobrze, zgodnie z ustaloną procedurą i oczekiwaniami. A jakie są procedury i oczekiwania wobec kierowców?
Pracodawcy precyzują swoje wymagania w różny sposób. Całkiem liczni ograniczają się do sprawdzenia prawa jazdy kandydata na kierowcę, co bardziej dociekliwi żądają dodatkowo zaświadczenia z policji o „stanie konta punktów karnych”. W nielicznych firmach są szczegółowe procedury zobowiązujące do bezpiecznej jazdy, poprzedzone szkoleniami, treningami i sprawdzianami. Głównym oczekiwaniem pracodawcy jest: jak najprędzej wróć, abyś mógł wykonać kolejne zadanie. A jak jeździć? Tak, jak cię nauczyli na kursie na prawo jazdy…
Otóż to dalece niewystarczające przygotowanie. Nawet jeśli ktoś od lat jeździł prywatnie, głównie na krótkich trasach, rzucony na głęboką wodę może sobie nie poradzić z bezpiecznym prowadzeniem samochodu, zwłaszcza na dłuższych trasach i w intensywnym ruchu. Nawigacja, etapowanie trasy, kalkulacja czasu i ryzyka, nawet parkowanie z dala od domu i macierzystej firmy może być zadaniem ponad siły kierowcy żółtodzioba czy kierowcy „niedzielnego”. Nic dziwnego, że nowicjusze w zawodzie kierowców (czy młodzi pracownicy zobowiązani posługiwać się autem w czasie pracy) są najczęstszymi ofiarami wypadków przy pracy, w tym tych ze śmiertelnym skutkiem. Przyczyna leży w kiepskim lub żadnym przygotowaniu do wykonywania obowiązków zawodowego kierowcy.
Defensive drivingW krajach anglosaskich od dziesiątków lat popularne są szkolenia jazdy defensywnej (defensive driving) określanej jako „prawo do ratowania życia, czasu i pieniędzy na drodze, mimo niekorzystnych warunków otoczenia i działań osób trzecich”. To forma dokształcania kierowców wykraczająca poza podstawowe zasady ruchu drogowego i techniki jazdy. Jej celem jest umiejętność przewidywania niebezpieczeństw na drodze i zmniejszanie ryzyka utraty kontroli nad pojazdem. Popularne w Polsce treningi bezpiecznej jazdy tylko w małym stopniu nawiązują do tej idei.
Smart driving i eco driving Jeszcze więcej rad z zakresu bezpiecznych zachowań na drodze można zaczerpnąć ze szkoleń typu smart driving, czyli jazdy sprytnej i przewidującej. Bazując na już posiadanej wiedzy i umiejętnościach jazdy defensywnej można nauczyć kierowcę taktyki jazdy ofensywnej, możliwie najbardziej dynamicznej, ale w granicach obowiązujących przepisów drogowych i bez kreowania nadmiernego ryzyka. W ciągu kilku godzin można poznać sztuczki doświadczonych kierowców.
Spalenie jednego litra benzyny zawsze powoduje emisję 2,35 kg CO²
Kolejnym stopniem wtajemniczenia może być eco driving, czyli jazda ekonomiczna i ekologiczna. Została ona zdefiniowana w połowie lat 90. XX wieku w Szwajcarii i Finlandii, po tym jak pojawiły się silniki benzynowe, a kilka lat później także wysokoprężne, z wtryskiem paliwa sterowanym przez komputer. Silniki te umożliwiają inną technikę jazdy, w szczególności szybszą zmianę biegów na wyższe i wykorzystanie zadowalającego momentu obrotowego silnika w niskich zakresach obrotów. Eco driving, czyli ekojazda, stwarza możliwość zaoszczędzenia 10-20 procent paliwa bez zmiany dynamiki jazdy, a jeśli pożenić eco driving ze smart drivingiem, to okazuje się, że ekokierowca może dojechać do celu szybciej, a co najważniejsze – bezpieczniej niż niejeden „kozak” gwałcący przepisy ruchu drogowego i obficie „palący gumę” oraz nadmierne ilości benzyny…
Wystarczy wiedziećW Polsce eco driving (równie często pisze się ecodriving) stał się popularny trzy lata temu, głównie za sprawą poznańskiej Szkoły Auto wspieranej przez Skodę Auto Polska. W ścisłej współpracy z trenerami z Eco Driving Finland (są pionierami tej techniki jazdy od 1997 r.) poznaniacy stworzyli i z powodzeniem stosują metodę szkolenia ekojazdy w grupach kilkunastoosobowych w ciągu 5-6 godzin. Każdy uczestnik na własnej skórze może się przekonać, że dzięki prostym zmianom w technice kierowania i obserwacji drogi zmniejszy zużycie paliwa przeciętnie o 15 procent i pojedzie… bardziej dynamicznie niż czynił to wcześniej.
W szczególności przekonało się o tym tysiąc osób uczestniczących zeszłego lata i jesieni w szkoleniach w cyklu „Eco driving bezpiecznego Poznania”. Zwykli kierowcy, przeważnie jeżdżący prywatnie, poświęcili pół dnia na chwilę teorii i parę godzin jazd szkoleniowych w zwykłym ruchu na miejsko-podmiejskich ulicach. Instruktorzy Szkoły Auto otworzyli im oczy na skądinąd oczywiste, ale dla nich nowe sposoby obserwacji drogi i jak najwcześniejszego (najłagodniejszego) reagowania na wszelkie powody do zmiany prędkości i kierunku jazdy. Płynność jazdy, unikanie gwałtownych przyspieszeń i hamowań, jazda na możliwie najwyższym biegu, na możliwie najniższych obrotach, hamowanie silnikiem, a gdy jest to celowe – także dotaczanie się na luzie, wyłączanie silnika, gdy zatrzymanie ma potrwać dłużej niż pół minuty – to podstawowe chwyty ekokierowcy. Łatwe do zapamiętania i stosowania na co dzień.
Pięć podstawowych zasad ekojazdy:
1) włączaj wyższy bieg najszybciej, jak to możliwe;
2) jedź na najwyższym możliwym biegu przy najniższych możliwych obrotach silnika;
3) przyśpieszaj dynamicznie, wciskając zdecydowanie pedał gazu;
4) jedź płynnie i przewiduj sytuacje, jakie cię mogą spotkać na drodze;
5) hamuj silnikiem, zdejmując nogę z pedału gazu.
Za cenę adrenaliny
Eco driving to świadome minimalizowanie zużycia paliwa przy jednoczesnym maksymalizowaniu komfortu i bezpieczeństwa jazdy. Jedyną ceną, jaką musi zapłacić ekokierowca jest… utrata silnych emocji, wyzwalanych podczas agresywnej i bardzo dynamicznej jazdy. Jadąc „eko” raczej nie zaznamy zastrzyków adrenaliny. Choć optymalne wykorzystanie wiedzy i umiejętności takiej jazdy także może być ekscytujące, podobnie jak satysfakcja, że przejechało się na przykład trasę Poznań – Warszawa w przyzwoitym czasie czterech godzin, zużywając o cztery, pięć litrów mniej paliwa niż kolega w takim samym wozie jadący „nieeko” i który dotarł do celu ledwie 15 minut wcześniej.
Z punktu widzenia kierowcy-wyścigowca te 15 minut dodatkowego czasu jazdy to „niepowetowana strata”. To, że firma została narażona na zwiększone koszty, że mechanizmy auta prędzej się zużyją (i bardziej straci ono na wartości), że wreszcie kierowca, który być może co chwilę ocierał się o śmierć, a w każdym razie narażał na zarejestrowanie przez foto- czy wideoradary, na mandaty i utratę punktów – jakby nie ma znaczenia. Również to, że wyczerpany ryzykowną jazdą kierowca-handlowiec, serwisant czy szkoleniowiec będzie w znacznie gorszej formie psychofizycznej w momencie podejmowania jego zasadniczych obowiązków zawodowych. Doraźny cel, jakim jest jak najszybsze pokonanie trasy, zdominował cel globalny, jakim jest wykonywanie podstawowych obowiązków zawodowych przez mobilnego pracownika-kierowcę.
Ekosceptycy Dotychczasowe sukcesy na polu popularyzowania eco drivingu w Europie, w tym w Polsce wydają się być połowiczne. W szczególności stał się popularny „Heavy Eco Driving”, czyli ekojazda w transporcie ciężarowym i autobusowym. Po prostu możliwe do uzyskania oszczędności na paliwie, na systemach hamulcowych, na oponach sięgają kilku tysięcy euro rocznie w skali jednego tira czy autokaru. Właściciele tych pojazdów wymuszają stosowanie ekojazdy i mają coraz bogatsze instrumentarium do kontroli zachowań kierowców. W Finlandii, Szwecji i Hiszpanii umiejętność ekojazdy stała się przedmiotem oceny na egzaminie na prawo jazdy. W Szwajcarii jeździć eko muszą umieć wszyscy policjanci, listonosze, pracownicy firm komunalnych i taksówkowych.
Na rodzimym gruncie „szum medialny”, jaki towarzyszył popularyzacji przez Szkołę Auto eco drivingu uczynił wiedzę na ten temat łatwo dostępną (w prasie, w internecie), wzbudził też gorące dyskusje. Entuzjastów zyskał w zasadzie tylko wśród prywatnych użytkowników aut, którzy za wszystko muszą płacić z własnej kieszeni. O ile można zrozumieć sceptycyzm i ironię ze strony niewolników testosteronu żądnych silnych emocji, o tyle zadziwia brak szerszego zainteresowania ze strony właścicieli i zarządców flot samochodowych, którym z natury rzeczy nie powinny być obojętne skuteczne metody obniżania kosztów eksploatacji i zmniejszania ryzyka szkód wypadkowych.
EcoentuzjaściNiekwestionowany sukces idea ekojazdy odnosi za to na gruncie konstruktorów i producentów samochodów. Jest bowiem zbieżna z przymusem minimalizowania emisji dwutlenku węgla przez pojazdy najnowszych generacji.
Inżynierowie na wyścigi stosują w nowych modelach techniczne systemy oszczędzania paliwa. Najprostsze to wyłącznik pracy silnika po zatrzymaniu, przełącznik ładowania akumulatora uaktywniający ten proces tylko podczas hamowania silnikiem, zwiększenie liczby biegów do co najmniej sześciu, siedmiu, nawet ośmiu w autach osobowych, opony o mniejszych oporach toczenia, poprawiona aerodynamika. Droższe i bardziej skomplikowane to napędy hybrydowe, interaktywne nawigacje satelitarne sygnalizujące korki i wytyczające trasy alternatywne.
Popularne stają się też proste wskaźniki podpowiadające kierowcy, kiedy najlepiej włączyć wyższy lub zredukować bieg. Jednym słowem wszystkie te „eko” rozwiązania zachęcają kierowcę albo wyręczają go w czynnościach skutkujących zmniejszeniem zużycia paliwa – optymalizujących pracę układu napędowego i upłynniających jazdę.
Spalenie jednego litra ON zawsze powoduje emisję 2,66 kg CO²
Wystarczy zapłacić dodatkowych kilka czy kilkanaście tysięcy, by mieć auto, które samo umie jeździć „eko”.
Pragnę w tym miejscu zauważyć, że ten sam cel zminimalizowania zużycia paliwa można osiągać po zaledwie kilkugodzinnym przeszkoleniu i zaakceptowaniu zasad ekojazdy, w każdym rodzaju pojazdu silnikowego – bez tych wymienionych wyżej wynalazków i bez dodatkowej opłaty w cenie nabycia takiego samochodu. Bowiem tajemnica ekojazdy kryje się w… prawej stopie kierowcy, naciskającej na pedał gazu i w tych obszarach jego mózgu, które tą stopą kierują.
W poszukiwaniu mentalnego ekoczipa Byłoby wspaniale, gdyby dotychczasowym pokoleniom kierowców można było wszczepiać do umysłu ekoczip – przestawiający ich mentalnie na ten sposób jazdy. Niestety to wciąż science fiction.
Popularyzatorzy ekojazdy zderzyli się z barierą mentalną (nie oni pierwsi). Jest bowiem nieodłączną cechą większości kierowców przekonanie o ich wystarczającej, żeby nie powiedzieć znakomitej, wiedzy na temat kierowania pojazdami mechanicznymi. Gdy już schowają prawo jazdy do kieszeni, stają się „odporni na wiedzę” mającą doskonalić, pogłębiać lub weryfikować ich dotychczasowe nawyki i umiejętności. Tak jest też z ekojazdą. Przez większość kierowców została odrzucona jako rzecz być może dobra, ale wymagająca zmiany ich przyzwyczajeń i nawyków. Do tego to jazda „niemęska” – tak się im przynajmniej wydaje.
Budujące jest tylko to, że prawie wszyscy, którzy zmusili się do odbycia fachowego szkolenia „eko”, zasadniczo zmieniają pogląd na ten nowoczesny i inteligentny sposób jazdy. Inna rzecz, że dopóki sami nie muszą płacić za paliwo, za naprawy samochodu i ponosić kosztów jego szybszej utraty wartości – mogą się kierować jedynie idealistycznym przesłaniem ekologicznym. Tu jest pole do działania dla ekomenedżerów flot, znalezienie i zastosowanie skutecznych narzędzi ekonomicznych do wymuszenia ekozachowań u flotowych kierowców. Najpierw jednak ci menedżerowie sami muszą się przekonać o celowości i zaletach takiego stylu jazdy.
Tomasz Talarczyk, egzaminator i wykwalifikowany instruktor doskonalenia techniki jazdy