Chociaż „trzej królowie” polskiego piwowarstwa – Kompania Piwowarska, Grupa Żywiec (kontrolowana przez Heinekena) i Carlsberg Polska opanowały około 90% rynku w naszym kraju, nie oznacza to, że niezależne od nich browary poszły w zapomnienie. Nieczęsto można zobaczyć ich reklamy w telewizji, ale starają się przyciągnąć klientów czymś innym – większą różnorodnością i wyższą jakością sprzedawanych produktów. W połowie maja w światku piwoszy i piwowarów duże poruszenie wywołała informacja o planowanym wznowieniu produkcji złocistego trunku w Lwówku Śląskim. Historia niewielkiego browaru była bardzo burzliwa. Mimo że szczycił się on 800-letnią tradycją i nieźle radził sobie w okresie Polski Ludowej, nie udało mu się przejść przez proces transformacji ustrojowej. Mimo wielu prób ratowania wytwórni (m.in. pozyskania licencji na produkcję czeskiego „Premiera” i próby prywatyzacji pośredniej – utworzenia Browarów Karkonoskich), w 1998 roku ogłoszono jej upadłość. Prawie rok później udało się znaleźć inwestora – był nim Wolfgang Bauer, dzięki któremu wznowiono w Lwówku produkcję piwa. I to znakomitego, o czym świadczą nie tylko liczne nagrody, ale przede wszystkim uznanie w środowisku birofilów.
Brak porozumienia z władzami miasta doprowadził jednak do ponownego zamknięcia zakładu w 2007 roku. Kiedy wydawało się, że wszystko stracone, na horyzoncie pojawił się Browar Ciechan, który kupił część udziałów w lwóweckiej wytwórni i kilka tygodni temu wznowił produkcję.
Przez cierpienie do gwiazd
Leżakowanie "Ciechana" |
To właśnie Browar Ciechan trzeba umieścić wysoko w rankingu tych, które dobrze radzą sobie na niełatwym rynku. Mimo burzliwej przeszłości dziś jest producentem jednych z najbardziej rozpoznawanych marek, które zajęły miejsca na sklepowych półkach obok piw „koncernowych” i zyskały uznanie konsumentów. Najstarszemu browarowi na Mazowszu udało się przetrwać lata dziewięćdziesiąte, ale po wykupieniu Browarów Warszawskich (których był częścią) przez austriacką Brau Union został zamknięty w 2001 roku. Inwestor znalazł się już rok później, był nim Marek Jakubiak reprezentujący firmę Gambrynus. Udało mu się wznowić produkcję w ciągu kilku miesięcy, ale następne pół dekady nie były łatwym okresem. Lata tłuste przeplatały się z chudymi, a częste zmiany na stanowisku prezesa nie świadczyły o stabilności spółki. Przełomem okazał się rok 2007, w którym udało się odzyskać płynność finansową przedsiębiorstwa. Następne 12 miesięcy to 30-procentowy wzrost sprzedaży i modernizacja browaru, który od tego czasu jest już stale widoczny poprzez swoje marki „Ciechan Wyborne”, „Miodowe”, „Porter” czy „Stout”, które bez żadnych kompleksów prezentują swoje etykiety u boku piw koncernowych.
Naturalnie, nie wszystkie małe i średnie browary mają za sobą długą historię i dziedzictwo PRL-u. Z firm o kilkunastoletniej tradycji na uwagę zasługuje z pewnością Browar Amber z Bielkówka pod Gdańskiem. Jest też przykładem tego, jak operatywność i innowacyjność może doprowadzić do dużego sukcesu.
Proces butelkowania w browarze Amber |
Głównym bohaterem tej historii jest Andrzej Przybyło, rolnik, który w 1990 roku założył rozlewnię piwa. Cztery lata później na rynku pojawiło się pierwsze piwo pod marką Amber, która w krótkim czasie wyrosła wokół rozlewni. Browar praktycznie co roku dołączał do swojej oferty nowe produkty, nie ograniczając się do „jasnego pełnego”, które w tym czasie, głównie za sprawą kampanii piwa EB, królowało w polskich domach. Oryginalność i jakość była i jest doceniania w wielu plebiscytach i przeglądach. W 2007 roku Amber rozpoczął produkcję piwa Koźlak, które stało się jego sztandarową marką.
W tym miejscu warto też wspomnieć o pierwszym polskim mikrobrowarze „Spiż”. Powstał on w 1992 roku we Wrocławiu, obecnie posiada placówki również w Katowicach i Miłkowie. Produkuje naturalne, niepasteryzowane i niefiltrowane piwo, które, nalewane wyłącznie „z kija”, można kupić w połączonych z warzelnią restauracjach i niewielu lokalach współpracujących z mikrobrowarem. Mimo relatywnie wysokich cen zazwyczaj trudno znaleźć w nich wolne miejsce. Zwłaszcza na wrocławskim rynku, gdzie nie jest nie lada atrakcją, zwłaszcza dla turystów z zagranicy.
Państwo winne bardziej niż koncern
Dystrybutorem piwa Grolsch na polskim rynku jest Kompania Piwowarska |
Trzeba jednak napisać też kilka pochlebnych słów o koncernach piwowarskich. Po pierwsze, ich oferta zaczęła się poszerzać, skutkiem czego pojawiło się kilka chwalonych przez specjalistów piw (na przykład Żywiec Porter). Ponadto zazwyczaj duże firmy zajmują się dystrybucją na naszym rynku zagranicznych i często znakomitych piw. Po trzecie, mimo że przejmując niektóre firmy doprowadzali do ich upadku, niektóre marki udało się dzięki temu ocalić – choćby w formie etykiety na butelce. Trzeba pamiętać jednak o tym, że dla holdingów nadrzędnym celem jest zysk, trudno więc dziwić się, że prowadzą własną politykę. Zdecydowanie więcej pretensji można mieć do... Ministerstwa Skarbu Państwa i dawnego Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Prywatyzacje przeprowadzone w latach dziewięćdziesiątych miały kluczowy wpływ na obecny wygląd polskiego rynku piwa. Cały proces trwał 7 lat, co sprawiło, że niektóre spółki nie były już w stanie sprostać wymogom konkurencyjności. To stało się przyczyną upadku Browarów Górnośląskich (które zresztą szybko się odrodziły i przeszły "pod skrzydła" Van Pur). Inne wytwórnie sprzedawane były często niestabilnym inwestorom spoza branży, w dodatku za niską cenę. Najwyższa Izba Kontroli miała zastrzeżenia m.in. do przejęć Leżajska, Browaru Szczecin, Browarów Warmińsko-Mazurskich czy Browarów Dolnośląskich Piast.
Lepiej, ale gorzej Małe i średnie browary, nie mogąc konkurować z koncernami na polu reklamy, wybrały zupełnie inną drogę. Na pierwszym miejscu postawiły jakość, która dopiero miała stać się przyczyną wzrostu sprzedaży. Niestety, zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych strategia ta często doprowadzała je na skraj bankructwa. Wtedy to rynkowe sukcesy święciło wspomniane już EB czy 10,5, które nowoczesną kampanią promującą lekkie piwo w amerykańskim stylu trafiły w gusta spragnionych Zachodu konsumentów. Małe, lokalne browary kojarzyły się mocno z poprzednią epoką, od której chciano jak najszybciej uciec. Trzeba było kilkunastu lat, by przywrócić do nich zaufanie. Mimo że nadal niekoncernowe piwa mają tylko ułamek rynku browarniczego w Polsce, nastawienie do nich zaczyna się zmieniać. Powoli, choć konsekwentnie, stają się synonimem dobrego gustu. Chociaż nadal picie najpopularniejszych marek jest „fajne jak w reklamach”, to nieznana etykieta wywołuje raczej ciekawość niż zażenowanie.
Mateusz Szymański
Bankier.pl
m.szymanski@firma.bankier.pl